Jest najstarszą Polką, która zdobyła Mount Everest. Joanna Kowalczuk w RDC: Poczułam się królową świata

  • 30.05.2026 12:31

  • Aktualizacja: 12:35 30.05.2026

Na szczycie poczułam się królową świata – mówiła w Polskim Radiu RDC Joanna Kowalczuk. Najstarsza Polka, która zdobyła Mount Everest, była gościem w audycji "First Class. Sukces po polsku". W rozmowie z Mateuszem Szymkowiakiem zdradziła, jak definiuje sukces, opowiedziała o trudnych momentach w drodze na szczyt, a także zdradziła, jakie ma dalsze plany i marzenia związane ze wspinaczką. 

Prosto z lotniska, na które przyleciała po zdobyciu najwyższego szczytu ziemi, przyjechała prosto do studia Polskiego Radia RDC. Mowa o Joannie Kowalczuk, dyrektorce ds. marketingu polskiej marki kosmetycznej. Najstarsza Polka, która weszła na Mount Everest, była gościem Mateusza Szymkowiaka w audycji "First Class". To program o tych, którzy odnieśli w życiu sukces i w różnych dziedzinach nie mają w Polsce równych.

Posłuchaj całej rozmowy | Joanna Kowalczuk 

Czym dla Joanny Kowalczuk jest sukces?

Tymczasem Joanna Kowalczuk przyznała w rozmowie z naszym dziennikarzem, że nie samo osiągnięcie sukcesu jest dla niej najważniejsze. 

Mało się zastanawiam nad tym, czy w moim życiu osiągnęłam sukces czy nie. Dla mnie zdecydowanie najważniejsze jest to, żeby żyć po swojemu, w zgodzie ze sobą, żeby się realizować, żeby spełniać marzenia, bo ja jestem człowiekiem, który wierzy w to, że jeżeli ma się jakiś cel, ma się jakieś wielkie marzenie i konsekwentnie się do niego dąży, to nie ma rzeczy niemożliwych i nawet na Marsa można polecieć – wskazała. 

Jak dodała, to z domu wyniosła to, że musi dążyć do swoich celów. 

Mój tata zawsze mi powtarzał, że żeby coś osiągnąć, ja muszę cały czas do tego zmierzać i cały czas mieć przed oczami to. Zaszczepił mi taki perfekcjonizm, który czasami bywa dla mnie kłopotliwy, bo ja zawsze myślę, że mogłam lepiej, mogłam inaczej. Ale rzeczywiście jest też tak, że ja się nie cofam, czyli nie rozpatruję tego, co by było gdyby. Tylko stawiam sobie kolejny krok, kolejny, kolejny i kolejny – zdradziła. – Stawiałam sobie poszczególne cele i poszczególne etapy przed sobą. Czyli jutro mam do zrobienia to i to, i jeżeli jutro to zrobię, to będę się zastanawiać nad kolejnym krokiem – wyjaśniła. 

Z dziewczyny znad morza do himalaistki 

Joanna Kowalczuk pochodzi z Gdańska i tam też mieszka. Jak przyznała, nigdy nie wyjeżdżała w góry. Tym bardziej zaskakująca jest jest droga. 

Moi rodzice nie byli zainteresowani tym trybem spędzania wolnego czasu i jeżeli jakakolwiek moja sportowa działalność dochodziła tutaj do głosu, no to była związana stricte z wodą, ewentualnie lekkoatletyką. Dosyć wcześnie założyłam rodzinę, zaczęłam pracować, więc te góry w ogóle też nie istniały. Wiedziałam, że są, wiedziałam, że ludzie po nich chodzą. Nie było czasu w ogóle nawet na to, w ogóle się nawet nad tym nie zastanawiałam. Tak naprawdę moją pierwszą górą w życiu było Kilimandżaro – powiedziała na naszej antenie. 

Wulkan w północno-wschodniej Tanzanii zdobyła w 2017 roku, mając 43 lata. Ta myśl zakiełkowała jej w głowie pod koniec 2016. 

– W grudniu zobaczyłam Kazbek (wulkan w Gruzji – red.), zobaczyłam w miasteczku ludzi, którzy szykowali się do wspinania, kompletowali sprzęt. Siedząc i patrząc na ten przepiękny wierzchołek, było dla mnie nieprawdopodobne, że my jesteśmy tutaj na dole, a ktoś za chwilę z tym plecakiem wejdzie na szczyt Kazbeku. Zapytałam potem moją koleżankę, która chodzi po górach, czy byłoby możliwe, żebym ja taki Kazbek weszła. Ona powiedziała: "Aśka, jesteś wysportowana, absolutnie tak, ale no nie masz żadnego doświadczenia. Nie wiesz co to raki, nie wiesz co to czekan, nie wiesz co to chodzenie z liną. Więc zacznij od Kilimandżaro. Nie od Gubałówki. I ja na to Kilimandżaro pojechałam i się zakochałam – wspominała. – Zakochałam się w plecaku, zakochałam się w wyprawie, zakochałam się w chodzeniu, w pokonywaniu codziennie odległości, wysokości i tak zaczęła się moja przygoda. Oczywiście potem zaczęłam prawidłowo, czyli wróciłam do Polski i zaczęłam wspinać się w Tatrach, uczyć się w ogóle wspinaczki i uczyć się chodzenia, ale absolutnie zakochałam się w wyprawach w góry wysokie – opowiadała. 

"Poczułam się jak królowa świata"

Na naszej antenie zdradziła też, jak wyglądała jej ostatnia wyprawa, czyli zdobycie Mount Everestu. Dokonała tego w pięcioosobowym zespole – czterech mężczyzn i ona. Wejście na najwyższy szczyt ziemi, na 8848 metrów, zajmuje około półtora miesiąca. 

Trzeba się adaptować do wysokości, trzeba robić takie podejścia klimatyzacyjne, potem znowu wraca się do bazy. Baza jest na 5300 metrach, więc to nie jest tak, że cały czas idzie się pod górę. Trzeba też restować, bo organizm musi mieć czas na na adaptację, na regenerację – tłumaczyła. 

Dodatkowym utrudnieniem była dla niej infekcja. Między innymi dlatego pojawiły się u niej momenty zawahania. 

– Pierwszy raz czegoś takiego doświadczyłam. Normalnie na wyprawach ja się czuję bardzo dobrze, szybko wchodzę w ten klimat, aklimatyzuję się i nie mam większego problemu. Tutaj akurat było dla mnie osobiście przedziwnie, bo była infekcja, ja się bardzo źle czułam, plus miałam bardzo silny męski zespół. I tak się zdarzyło, że wiecznie byłam z tyłu, wiecznie kończyłam jakby ten cały peleton i zaczęło zaczęło wchodzić we mnie taki cień, że ja nie dam rady, że jestem najsłabszym ogniwem. I to nie jest kwestia poddawania się mojego, tylko ja sobie zdawałam sprawę, że jest to najwyższa góra świata, że to jest góra, która naraża ludzi na utratę zdrowia, często życia i jeżeli ja będę tym najsłabszym ogniwem, a będziemy zespołem cały czas, to ja mogę epłynąć na tempo tego zespołu i ja mogę przez to wpłynąć na pozostałych członków ekipy. I zaczęłam myśleć o tym, że chcę zrezygnować, żeby ich nie narażać – opowiadała. 

– Potem, gdy przyszedł moment ostatecznego ataku i wchodziliśmy do obozu numer cztery, ja miałam przed sobą szerpę, czyli przewodnika wysokogórskiego, wywodzącego się z tamtego rejonu, z Nepalu, który miał taką specyfikę podchodzenia, że czekał ze mną na końcu. W momencie, kiedy grupa odsuwała się na około 30 kroków, on, można powiedzieć, podbiegał, czyli szybko podchodził do nich, bo miał taką wydolność, a mnie się to niestety nie udawało. Ja szłam swoim tempem, czyli krok za krokiem i miałam świadomość, że w momencie, kiedy nasz lider odwraca się i patrzy na całą grupę, ja wiecznie jestem z tyłu. Ja wiecznie jestem te 20-30 kroków z tyłu. I narastała we mnie ogromna ogromna frustracja – mówiła. 

Znowu ten cień się pojawił i gdy doszliśmy do czwartego obozu, ja weszłam do namiotu i zaczęłam płakać, ale to był tak straszliwy płacz, że mój tłumacz nie mógł w ogóle mnie uspokoić, nie wiedział co się dzieje. Ja mówię: "Michał, pozwól mi, pozwól mi, ja muszę wypłakać emocje, ja muszę wypłakać frustracje, bo ja po prostu nie wyjdę na atak". A czekały nas tylko tam chyba cztery czy pięć godzin restu i musieliśmy startować do góry – opowiadała. 

 Szczyt jednak zdobyła. Przyznała, że poczuła się jak królowa świata. 

Przyznaję się bez bicia, że tak. Dlatego, że udało mi się mimo tych wszystkich tłumów, które rzeczywiście są na Evereście. Mnie udało się być tak, że ja byłam na szczycie praktycznie sama. Poniżej była grupa chyba sześciu czy siedmiu osób z Rosji – powiedziała. 

Tym samym Joanna Kowalczuk stała się najstarszą Polką, która weszła na Mount Everest. 

Mój znajomy szukał w internecie, jaka była najstarsza Polka na szczycie Everestu i wychodzi na to, że pani Ania Czerwińska. Miała około 50 czy 51 lat. Ja w maju, 12 maja akurat na wyprawie, skończyłam 52 lata – zaznaczyła.

"Deprecjonujemy się jako kobiety"

W rozmowie z Mateuszem Szymkowiakiem zaznaczyła, że płeć nie jest przeszkodą, żeby zdobywać najwyższe szczyty. 

My się deprecjonujemy jako kobiety. Myślimy właśnie, że możemy być słabsze, możemy być gorsze, możemy nie podołać. Ale myślę, że mamy zupełnie inne zalety i panowie też to w górach potrafią docenić, bo mamy w sobie niezłomność i mamy właśnie to, że potrafimy pewne rzeczy wypłakać, potrafimy powiedzieć o naszych frustracjach, ale potem po prostu robimy swoje – podkreślała. 

To nie jest jeszcze ostatnie słowo Joanny Kowalczuk, jeśli chodzi o wspinaczkę.

– Myślę, że tego nie odpuszczę. Oczywiście to jest tak, że pracując na etacie, ja muszę tę pasję łączyć z moimi możliwościami urlopowymi. I tak jestem wdzięczna mojej firmie za wyrozumiałość, bo jednak nieobecność w firmie półtora miesiąca to to nie jest mało, ale myślę, że że kolejne urlopy będę również przeznaczać na góry wysokie – zaznaczyła. 

Joanna Kowalczuk zdobyła już 6 z 7 szczytów Wulkanicznej Korony Ziemi. Brakuje jej jeszcze Mount Sidley na Antarktydzie. 

Źródło:

RDC

Autor:

Patrycja Lorenc