Wiadomości
Udostępnij:
Kayah o stracie najbliższych i problemach zdrowotnych: Byłam w totalnej depresji
-
20.04.2026 18:51
-
Aktualizacja: 20:25 20.04.2026
O trudnych doświadczeniach, w tym odejściu najbliższych, depresji, ale i pozytywnych zmianach w życiu, trosce o siebie i wdzięczności na antenie Polskiego Radia RDC w audycji Beaty Jewiarz "Kobiety Rakiety" mówiła Kayah, wybitna piosenkarka, autorka tekstów i producentka. Artystka zapowiedziała nowy jazzowy album. - Muzycznie jesteśmy już gotowi - zapewniła.
Beata Jewiarz, Polskie Radio RDC: To wielka przyjemność, wielkie święto na naszej antenie. Nie przypominam sobie, kiedy gościłaś u nas ostatni raz.
Kayah: Ja też już tego nie pamiętam...
Wybrałaś na początek audycji utwór Baby Love "Mother's Finest". Słychać wyraźnie, że masz serce "funky", które chyba jest w tobie od zawsze. Przyznałaś w jednej z rozmów, że twoja mama słuchała jazzu, lubiła jazz.
W moim domu słuchało się dużo jazzu. Generalnie mój tata nam to zaszczepił. Nie tylko jazz - była też muzyka klasyczna, ale ona w tamtych czasach kojarzyła mi się z wielkim stresem, ponieważ naszą niedzielną tradycją było, że zasiadaliśmy do śniadania, a tata zmieniał winyle i przepytywał mnie. To był taki egzamin, czy kojarzę style, epoki i nazwiska kompozytorów. Wiadomo, że było to dla mnie dosyć stresujące. Podobnie było z jazzem, ale akurat po jazzie "poruszałam się" lepiej. A skoro zagraliśmy już "Mother's Finest"… zaszczepiono mi również miłość do muzyki funk, do soulu. U nas w domu dużo się słuchało Roberty Fleck, zresztą we wszystkich domach, w których dorastałam, bo także w Białymstoku, u rodziny mojej mamy. Jakoś dzieliliśmy te gusta i właściwie na tej piosence ("Mother's Finest" - red.), której wysłuchaliśmy, się wychowywałam i nie ukrywam, że wciąż jest moim marzeniem, aby móc zagrać ją na koncercie. Od takiej muzyki w pewnym sensie zaczynałam z zespołem Zgoda, ale to było bardzo, bardzo wcześnie jak na Polskę, byliśmy pewnego rodzaju egzotyką. Z różnym skutkiem. Kto wie, być może za jakiś czas będę miała odwagę pójść akurat w taką stronę. Kiedyś powiedziałam, że w pewnym momencie dorosnę do wieku jazzowego i właśnie to się dzieje w tej chwili.
Jesteś tuż przed nagraniem płyty jazzowej.
Tak, jesteśmy w trakcie, muzycznie jesteśmy już gotowi. Zaśpiewałam cztery piosenki, ale muszę ich posłuchać, bo jestem bardzo krytyczna. (…)
A kiedy ta nowa płyta?
Na pewno w tym roku. (…) Ja wiem, że już nie wolno mi wierzyć, bo obiecywałam to wiele razy, ale wiele było przyczyn, przez które się nie zabrałam za tę kolejną moją płytę, taką, na którą czekają fani. Co nie znaczy, że piosenek nie mam. Co więcej, mam nagrane nawet już trzy. Po prostu takie były circumstances (pl. okoliczności – red.), że się tak wyrażę. Wiecie, ludzie, na to potrzeba czasu. Zresztą ja mam tak, że gdy zaczynam coś robić, to się poświęcam temu totalnie. Jak mówiłam, zeszły rok był dla mnie dość okrutny, absolutnie nie zostawił mi przestrzeni na myślenie o muzyce, o pracy nad płytą, chociaż obiecywałam.
Czy nie jest tak, że teraz, po tylu już latach bycia w tak zwanym show-biznesie, masz tego "czuja" do talentów? Wspierasz przecież młodych, widzisz od razu, nawet jeżeli to jest początek drogi, że to jest "to".
Pamiętając, jak trudne były moje początki i jak okrutne (…), zawsze chciałam wspierać ludzi też nieświadomych tego, jak wygląda rynek muzyczny. Bardzo chciałam ich wspierać uczciwie, wręcz im matkować i dzielić się moimi doświadczeniami, również tymi złymi. Wspieram zawsze ludzi, i to w każdej dziedzinie, kiedy widzę, że są to pasjonaci, bo pasja jest ogromną sztuką i wartością.
Jak bardzo zmienił się twój głód na życie, na poznanie - czy on rośnie, czy zwalnia w obliczu doświadczeń?
Zeszły rok (2025 - red.) przyniósł mi bardzo trudne doświadczenia. Pierwszym ciosem była śmierć mojego ukochanego psa, bez którego nie wyobrażałam sobie życia. Drugim ciosem, kilka dni później, była śmierć mojego taty. A trzy miesiące później śmierć mojej mamy.
Jak wygląda takie codzienne życie Kayah, Katarzyny?
Może przejdźmy bardziej przez ciało, powiem to jako taką dygresję i ciekawostkę. Byłam na warsztatach ruchu somatycznego z Janem Lewem, który ma 87 lat. Niesamowity człowiek, jeśli chodzi o świadomość i nazywanie tego, w jaki sposób ciało pracuje, czego potrzebuje. (…) On powiedział piękną rzecz, która dała mi dużo do myślenia o tym, co jemy – że tak naprawdę najważniejsze w tym jest energia (…), ważne jest, z kim jemy. Nie ukrywam, że doświadczenia zeszłego roku trochę mnie zgięły. Do końca zeszłego roku kompletnie nie umiałam się pozbierać. (…) Moja mama była tą codziennością, bo mieszkałyśmy razem, więc wracanie do pustego domu najpierw było dla mnie bardzo trudne, że nie wita mnie pies, a potem ta ciemność w drzwiach do mojej mamy, brak zapachów pichcenia z kuchni, brak odgłosów telewizora, który mama oglądała, brak tej lampki. Ja oczywiście sobie przez pierwsze tygodnie tę lampkę włączałam, żeby mieć chociaż namiastkę i tę iluzję, że mama jest. Ale wciąż mi się zdarza siadać na mamy fotelu i rozmawiać z mamą, i naprawdę mam gdzieś, czy wydam się niektórym słuchaczom śmieszna. Po prostu czuję, jak pojawia się zapach perfum mojej mamy, bardzo intensywnie, potem znika, potem znowu się pojawia. To jest naprawdę niesamowite dla mnie, bardzo mnie wzrusza. Natomiast nie dbałam o siebie w ogóle. No po prostu nie miałam sił o sobie myśleć. Byłam w totalnej depresji, aż Agata Bożem, która jest moją menadżerką, namówiła mnie, żeby sobie pomóc, bo musimy zdać sobie sprawę z tego, że kiedy dusza choruje, sami możemy po prostu nie dać sobie rady. Wdrożyłam farmakologię - antydepresanty - która bardzo pomogła mi stanąć na nogi. Pomogła mi też dać sobie siłę właśnie do tego, żeby wreszcie się sobą zająć, zwrócić na siebie uwagę, zrozumieć, że są pewne naturalne mechanizmy, z którymi muszę się pogodzić, które muszę zaakceptować. I że nie mogę po prostu zaprzepaścić daru, jakim jest życie. Zaczęłam pracować nad sobą i zaczęłam mieć rytuały, takie proste poranne rytuały, które bardzo dobrze mi robią na cały dzień. Najpierw oczywiście pilnuję, żeby wstać prawą nogą, żeby postawić prawą nogę na podłodze jako pierwszą. Potem wykonuję gimnastykę stóp.
Co to takiego?
To z chińskiej medycyny – najpierw podnoszę pięty, potem kurczę palce po 50 razy, potem podnoszę palce. Potem wstaję, ścielę łóżko, chyba że kot leży na łóżku.
Jak ma na imię kot?
Rudas. Miał się nazywać Garfield, ale mama się na Rudaska uparła i już tak zostało, ale też już jest leciwy. Ale jest. I jestem za to bardzo, bardzo wdzięczna.
POSŁUCHAJ CAŁEJ ROZMOWY NA RDC.PL
Audycji "Kobiety rakiety" i innych programów Polskiego Radia RDC można słuchać w Warszawie na 101 FM, w pasmach lokalnych albo online na www.rdc.pl/player.
Źródło:
Autor:
RDC /OW, jo
Kategorie: