Powstanie Warszawskie. 81. rocznica
Polskie Radio RDC pamięta o Bohaterach Warszawy. 1 sierpnia na antenie Polskiego Radia RDC głos oddajemy Powstańcom i osobom pielęgnującym pamięć o Powstaniu Warszawskim.
Zanim w hutnictwie szkła nastali Hordliczkowie
Już po koniec XVI wieku Jan Zamoyski, hetman wielki koronny, posiadał huty szkła. W XVIII stuleciu, XI ordynat Aleksander Zamoyski (1770-1800) rozpoczął produkcję szkła (1791-1800), a kontynuował jego brat i spadkobierca, Stanisław Kostka (1775-1856), XII ordynat. Ordynackie huty szklane jednak nie wyszły ze swoimi produktami poza obręb ordynacji, bowiem przydawały się na rynku wewnętrznym, m.in. butelki do piwa z browaru Zwierzyniec. Par koło Tomaszowa Lubelskiego był pierwszą osadą hutniczą (1791), a następnie powstała huta w Janowie Lubelskim. W tej drugiej, poza butelkami produkowano szyby i wykonano 500 tafel okiennych do pałacu w Klemensowie, który był – po opuszczeniu pałacu w Zamościu i zamianie twierdzy zamojskiej na dobra jadowskie (pow. radzymiński), główną siedzibą rezydencjonalną ordynatów zamojskich.
Pomijając czasy najdawniejsze, w XVIII wieku, obok zamiłowania do sztuk pięknych, król Stanisław August starał się królewskie miasta rozwijać także w dziedzinie przemysłu i popierał podobne działania wśród wielkich właścicieli ziemskich. Oni zaś, pochodzący najczęściej z możnych, wpływowych rodów, w swych dobrach tworzyli nie tylko liczne manufaktury, wspierali rzemiosło itd., ale zakładali również huty szkła, kwalifikowane do przemysłu mineralnego.
Huty te stanowiły źródło szkła użytkowego (okna, naczynia codzienne, butelki), jako dobra konsumpcyjne dla właścicieli, przynosiły dochody, a w niektórych produkowano szkło artystyczne. Wcześniej, zanim powstały, przedmioty ze szkła kupowano w dużych miastach lub składano zamówienia w odległych hutach w Polsce i za granicą.
Ciekawym przykładem jest wielki klucz dóbr Międzybóż, należący do Czartoryskich, którzy w wyniku małżeństw i skupiania kapitału, zgromadzili majątek na tyle duży, że pozwalał on im na uczestnictwo w wielkiej polityce (ekspansja ugrupowania „Familii”). Klucz majątków, o którym mowa znajdował się na Podolu (mąż Izabeli z Flemmingów, Adam Kazimierz Czartoryski był generałem ziem podolskich) i początkowo był w rękach Sieniawskich, Czartoryskich, Tarłów i Dönhoffów.
Stan majątkowy Czartoryskich poprawił się, a można powiedzieć, że doprowadził do ich bogactwa dzięki małżeństwu Augusta Czartoryskiego (1697-1782, ojca wspomnianego Adama Kazimierza) z wdową, Marią Zofią z Sieniawskich (1698-1771) 1° Stanisławową Dönhoffową, która wniosła Czartoryskim liczne dobra (i kapitały), w tym odziedziczone po zmarłym pierwszym mężu.
Nie wnikając w procesy własnościowe i ich chronologię, Czartoryscy byli w posiadaniu: huty kryształowej w starostwie lubaczowskim (po 1717 roku), huty w Starym Siole koło Lwowa, w Michunkach Lasowych (Leśnych, pow. latyczowski, to zakład z dziedzictwa Sieniawskich), huty szkła w Latyczowie (pierwotna własność J. Tarły), oraz huty w Berezówce (Sieniawskich, następnie Czartoryskich). Oczywiste, że zakłady te prowadzili wyspecjalizowani administratorzy albo były wydzierżawiane, przynosząc właścicielom zyski, jak i niezbędne zaopatrzenie oraz wyposażenie dworów.
W zaborze rosyjskim – Królestwo Polskie; Golicyn korzysta z fachowców Hordliczki
W Słowniku Geograficznym Królestwa Polskiego można znaleźć kilkadziesiąt wsi i miast, których nazwy sugerują produkcję hutniczą, a z części haseł słownika dowiadujemy się o istnieniu w danej miejscowości czy wsi huty szklanej. To niewielki procent, a co ciekawe, większość tych hut znajdowała się na terenach wschodnich, określanych teraz mianem kresów. W Królestwie Polskim w granicach wyznaczonych przez zaborcę znajdujemy na przykład huty szkła (II poł. XIX w.): w Hucie Aniołów nad Bzurą (pow. łódzki), w Aminie (pow. bychawski, gm. Horodyszcze, gub. lubelska), w Barczącej (pow. nowomiński), w Chocianowiczach (pow. łaski, łódzkie) – ta huta produkowała na potrzeby dworu w Pabianicach i in.
W pierwszej połowie XIX wieku rząd Królestwa Polskiego (F. K. Drucki-Lubecki), w związku z niekorzystną dla Polaków sytuacją celną, udzielał inwestorom w przemyśle kredytów, niektóre potem umarzając, aby produkcja przemysłowa na ziemiach polskich nabrała rozpędu. Korzystali z tych możliwości włókiennicy, cukrownicy, metalowcy, ale i hutnicy szklani.
Warto zauważyć przemysłową działalność Sergiusza Golicyna w powiecie węgrowskim, który (ożeniwszy się z Marią Ewą z Jezierskich z Garbowa w powiecie lubartowskim, a zasiliwszy jej majątek środkami ze swoich dóbr rosyjskich), poza założeniem gorzelni, stawów rybnych, rozbudową pałacu w Starej Wsi oraz kościoła, wystawił też hutę szkła (budowa w l. 1840-1842). Nazwana od nazwiska właściciela „Golicynowem” położona była przy szlaku z Węgrowa, przez Tończę do Stoczka. Fachowców hutników S. Golicyn sprowadzał z Niemiec i Czech, ale najpierw posiłkował się pracownikami od Ignacego Hordliczki z Barczącej, a potem z osady Czechy w powiecie garwolińskim. Pracowali też ludzie z Huty Mińskiej (pow. nowomiński, ob. miński). Nazwy miejscowości, z których sprowadził Golicyn pracowników mówią też o mnogości hut szklanych (niewielkich, jak można sądzić): Huta Borowska (pow. lubelski), Huta Jarczewska (pow. łukowski), Huta Myśliszewska i Huta Kolonia (pow. radomski), Huta Moczydła (pow. nowomiński), Huta koło Zegrza (pow. pułtuski), Huta (pow. żelechowski). Liczba pracowników powoli się jednak zmniejszała, co wiązano z kryzysem lat 70. XIX w. w tej gałęzi przemysłu. W 1871 roku w Guberni Siedleckiej istniało 5 hut szkła.
Od powstania styczniowego do Wielkiej Wojny
Kolejnym okresem rozwoju przemysłu były lata po powstaniu styczniowym 1863, kiedy zrozumiano, iż zbrojne próby odzyskania niepodległości przyniosły zbyt wiele ofiar, a na tej fali pojawiły się hasła pracy organicznej i pracy u podstaw, czyli pozytywizm.
Istniejące huty szkła, jak np. firma Ignacy Hordliczka przechodziły doskonały okres, inne zaś dopiero powstawały. Budowanie nowych hut obserwujemy od początku XX wieku do wybuchu tzw. Wielkiej Wojny w 1914 roku, a nawet przed samą wojną, bo jeszcze w 1913 roku. Można wymienić niektóre mniejsze i większe huty, ich siłę wskazując m.in. poprzez liczbę zatrudnionych pracowników (robotników).
A więc: Huta Towarzystwa Akcyjnego Reich i S-ka w Zawierciu (1884) z poziomem zatrudnienia do 830 osób; huta H. Levego w Dąbrowie (pow. łukowski, 1901), 600 osób; huta J. W. Sawickiego w Pelcowiźnie (1889), 520 osób. Z racji dziejów rodu Hordliczków, interesujący nas teren Guberni Siedleckiej: huta Izraela Fraenkela w Dąbrowie (pow. puławski), 600 pracowników; Dubeszno (pow. włodawski), 500 osób, no i największa, zasobna w pracowników huta „Czechy” Hordliczków (podawana do dziś za przykład przedsiębiorstwa patronackiego, ze względu na „ojcowski” stosunek właściciela do osób zatrudnionych), z pond 800 pracownikami.
Nie da się nie zauważyć kolejnych zakładów w kraju: huty „Hortensja” oraz „Kora” w Piotrkowie, huty H.L. Fiszmana, huty „Ruda Opalin” (pow. chełmski), huty w Wołominie (Sz. Kon, dotychczasowy właściciel młyna w Międzylesiu, pow. radzymiński; 1908, ekspansja na rynku rosyjskim, odznaczenie za jakość produkcji od dostawcy dla dworu carskiego), huty w Legionowie (de facto huty „Jabłonna”, 1897). W drugiej połowie XIX i na początku XX wieku, w Królestwie Polskim w ramach przemysłu mineralnego, aż 20 % zatrudnionych stanowili pracownicy hut szkła (na drugiej pozycji po cegielniach).
Powstałe huty szkła w XIX wieku – te największe i najbardziej prężne – w XX w. istniały, ale po 1918 roku powstawały również nowe. Poza hutami w Legionowie, Wołominie czy Wyszkowie, na dziś warszawskim Targówku działały huty: firma Kijewski i Scholtze (1878-1909), huta „Targówek” Morica Weigmeistra (1909) oraz „Weneda” Szymański, Kurowski i S-ka (1920), „Huta i Rafineria Szkła „Targówek” Kazimierz Klimczak i S-wie (jako K. Klimczak 1925, a potem od 1930/1931).
Nie ucieczka, a chęć rozwoju
Poza Zgierzem, w którym Hordliczkowie zresztą też mieli swoje interesy, ich huta szkła Czechy, najpierw działająca na gruntach dzierżawionych, wysunęła się dość szybko na czołówkę zakładów szklarskich w Królestwie Polskim, a znana była i na pozostałych ziemiach polskich w okresie zaborów.
W osadzie Czechy, gdzie swoją fabrykę przenieśli, produkowali różnego rodzaju szkła, kryształy, ale także szyby do okien. Trąbki (gmina Pilawa, pow. garwoliński) służyły jako majątek ziemski (folwark hodowlany) oraz stanowiły osadę pracowniczą.
Zanim szklana produkcja ulokowała się pod Garwolinem, założyciel fabryki Ignacy Hordliczka (1786-1854) przeszedł drogę kariery od skromnego subiekta w czeskiej Pradze po właściciela wytwórni octu. Pochodził z Czech, wychował się w dobrze sytuowanej rodzinie, ale wcześnie stracił rodziców. Miał trzech braci; jego zamiłowanie do szkła i chęć założenia własnej huty należy wiązać z dzieciństwem, które upłynęło mu w okolicach Nowego Boru i Kameneckiego Senova, gdzie istniały już liczne fabryki, produkujące przedmioty ze szkła.
Młody Hordliczka, po okresie praskim, znalazł się w Głogowie na Śląsku, pracując tam w fabryce octu. Gdy zgromadził fundusze, przyjechał do Warszawy. Założył produkcję octu winnego, co pozwoliło mu zebrać kolejne sumy kapitału. Gdy poczuł się na siłach (a miał również doświadczenia przemysłowo-handlowe), wraz z dwoma partnerami przystąpił do wytwarzania wyrobów szklanych. W majątku ziemskim Barcząca koło Mińska Mazowieckiego, Jan Knaute prowadził już mały zakład hutniczy. Hordliczka, wraz z kupcem Alojzym Szmelcowskim oraz właścicielem dóbr Barcząca Hilarym Tyborowskim (który wydzierżawił teren), utworzył spółkę i rozwinął działalność hutniczą. Z czasem brakowało surowca, a przede wszystkim drewna do pieców hutniczych, wobec tego - już sam, bo pozostali członkowie spółki odeszli z niej - kupił majątek ziemski wraz z dużym obszarem lasu w powiecie garwolińskim. Będące w pierwszej ćwierci XX w. w rękach rodziny dobra Huta Garwolińska, Cyganówka, Trąbki, Budy, nie wskazując poszczególnych właścicieli hipotecznych, miały łącznie 2261 ha ziemi, głównie lasów. Tam, w Garwolińskiem, stali w krótkim szeregu największych właścicieli ziemskich, tuż za Zamoyskimi z Podzamcza k. Maciejowic.
Działania Ignacego Hordliczki (a potem jego dwóch bratanków, Edwarda i Wilhelma) były prekursorskie nie tylko z tytułu rozwiązań technicznych i wzornictwa. Ze względu na brak fachowców w kraju, sprowadził on grupę cudzoziemców (głównie Czechów z rodzinami), którzy zadomowili się pod Garwolinem na stałe; ich potomków można jeszcze spotkać w tamtym regionie do dziś. Pracownikom swoim stworzył wyśmienite warunki: osiedle fabryczne, szkołę, sklep i inne udogodnienia. Hordliczka stworzył zupełnie nową osadę fabryczną, tak jak w Żyrardowie Łubieńscy, a potem Filip de Girard, zaś w podwarszawskich Markach bracia Briggsowie. Największy rozwój Huty Czechy przypadł na czasy następców Ignacego, tj. jego bratanków: Wilhelma (1814-1880) i Edwarda (1821-1889) Hordliczków.
Jeszcze za życia, jako założyciel osady fabrycznej, ale i właściciel majątku ziemskiego, I. Hordliczka postawił dwór, który (wraz z pierwszym skromnym domem) istnieje do dziś, a do reformy rolnej 1945 (choć właściwie i dłużej) oraz nacjonalizacji fabryki, był siedzibą kolejnych pokoleń Hordliczków. Huta Czechy miewała kłopoty, niemniej przetrwała wszystkie trudne chwile, zmieniając niekiedy profil produkcji (ale zawsze szkło), jak też strukturę organizacyjno-własnościową. Członkowie rodziny Hordliczków spolonizowali się, wchodząc w związki małżeńskie z przedstawicielami polskich rodzin ziemiańskich czy burżuazyjnych. Pozostawili po sobie dobrą pamięć w Trąbkach, jako solidni pracodawcy, społecznicy, zaangażowani w sprawy lokalne, jak i uczestniczący w działaniach niepodległościowych.
Monografia polskich Hordliczków
Poza jednym przypadkiem powrotu do Czech, potomkowie obu linii, po Edwardzie i Wilhelmie, są do dziś w Polsce, choć – jako potomkowie po kądzieli – noszą inne nazwiska. Z jednej strony byli elitą społeczeństwa i stanowili przykład dla innych przemysłowców czy w ogóle ludzi interesu, z drugiej – są rodziną, która w swych długich dziejach przeżywała wzloty i upadki, a nawet skandale. Poprzez losy wojenne, ale i wcześniejsze wydarzenia z okresu dwudziestolecia międzywojennego, niektórzy z potomków braci Edwarda i Wilhelma odnajdują się, odkurzając historię: zarówno tę, która jednak była i jest przekazywana przez poprzednie generacje, jak i tę dotychczas zgromadzoną na strychu drewnianego dworu. Dworu czy domu, który wymagając remontu dachu, raptem odkrył przed światem bogactwo archiwum rodzinnego. Z połączenia treści archiwalnych dokumentów, relacji członków rodziny i innych (oral history) oraz iście benedyktyńskiej kwerendy prasowej, powstała opowieść (z aparatem naukowym, ale i o charakterze reportażowym) o bardzo ciekawej familii. Opowieść, dla której przyznanie miana monografii nie jest przesadą – przeciwnie, jest to olbrzymi zbiór sprawdzonych, zweryfikowanych naukowo faktów, które niemal w 100% znalazły się w jednym tomie. Monografie rodzinne mają to do siebie, że zazwyczaj są dzielone na poszczególne linie czy gałęzie. Jest rzadkością udana próba umieszczenia tak wielu historii poszczególnych członków rodziny w jednym opracowaniu. Zawsze jakieś skróty muszą być, ale jeśli rozwinie się długie drzewo genealogiczne tej rodziny, to o każdej niemal osobie, umieszczonej na tym wykresie, można coś przeczytać w książce.
O dziejach czeskiej, ale spolonizowanej rodziny Hordliczków, przemysłowców, ziemian, społeczników, dla której osiedlenie się, a potem trwanie na polskiej ziemi było wyborem świadomym, wynikającym najpierw z marzenia o sukcesie gospodarczym, a potem już z serca, w programie dyskutują i opowiadają: dr Anna Ogonowska, prezes Fundacji Koszary Przywróćmy Pamięć, Krzysztof Kot, wiceprezes Fundacji – współautorzy książki Śladami Hordliczków (Garwolin 2024) i Krzysztof Czyżewski, potomek Edwarda Hordliczki – współrealizatora sukcesu i rozwoju rodziny.
Lit. (wybór):
- T. Epsztein, S. Górzyński, Spis ziemian Rzeczypospolitej Polskiej w roku 1930; województwo lubelskie, województwo lwowskie, Warszawa 1990;
- P. Jermakowicz, Rozwój idei przedsiębiorstw patronackich w XXI wieku, „Economics and Management”, nr 2, Warszawa 2014;
- K. Kossowska, Fabryka szkła, kryształów i szyb do okien Ignacego Hordliczki 1822-1982, red. J. Kossowski, Kraków 1983;
- J. S. Nowak, Hutnictwo szklane w dobrach podolskich rodów Sieniawskich, Czartoryskich i Tarłów. Michunki Lasowe, Stare Sioło, Berezówka, Latyczów (1721-1782) [w:] Rozprawy Muzeum Narodowego w Krakowie; file:///C:/Users/Dom/Downloads/rmnk2012__p0015-0180.pdf - dostęp 15.03.2025;
- W. Puś, Statystyka przemysłu Królestwa Polskiego w latach 1879-1913. Materiały źródłowe, Łódź 2013;
- W. Puś, Rozwój przemysłu w Królestwie Polskim 1870-1914, Łódź 1997;
- W. Puś, Przemysł ziemiański Guberni Siedleckiej w l. 1879-1913, b.d.;
- Z. Rostkowski, ks., „Huta Szkła Golicynów” w powiecie węgrowskim w latach 1840-1878, „Wschodni Rocznik Humanistyczny”, tom III, Radzyń Podlaski 2006;
- Z. Rostkowski, ks., Książę Sergiusz G. Golicyn Firs. Dziedzic starowiejski, Warszawa 2006;
- J. E. Szczepański, Wojenne adresy Legionowa. Huta Szkła, „Nasza Historia” nr 6, Legionowo, czerwiec 2020;
- M. Więcek, Lokalizacja hut szkła na (pod)warszawskim Targówku, „Szkło i ceramika”, nr 3, Warszawa 2016.
Kategorie:
OGÓLNY OPIS PODCASTU
Rody i Rodziny Mazowsza
Mamy w Polsce i na Mazowszu całą mozaikę rodzin. Są rody wielkie, możne i zasłużone, które przez wieki miały znaczenie polityczne, wsławiały się mecenatem kulturalnym i szeroką działalnością filantropijną. O wszystkich tych rodach staramy się mówić w tej audycji, najczęściej z udziałem ich członków lub z pomocą historyków.
"W Łańcucie, bodaj już od 40 lat, pracuje pani Aldona Cholewianka-Kruszyńska, która jest wielką znawczynią tego zamku. I jak ja jej przesyłam zdjęcie jakiegoś obrazu, który gdzieś odnalazłem, to ona od razu mi mówi, na którym gwoździu on wisiał przed ewakuacją w 1944 roku" [Maciej Radziwiłł]
O nowych i nieco dawniejszych odkryciach poloników, głównie obrazów, ale też innych zabytkowych przedmiotów, związanych z rodziną Radziwiłłów i jej krewnymi, w audycji mówił Maciej Radziwiłł, fundator i założyciel Fundacji Trzy Trąby (syn Alberta i Anny z Czartoryskich).
20.09.2026
49 min 32 s
Tadeusz Wincenty Skąpski (1902–1963), syn Jana i Zofii z Odrowąż-Pieniążków, jako były ziemianin po II wojnie światowej i tzw. reformie rolnej, musiał szukać miejsca dla siebie, aby zarabiać na życie i utrzymanie rodziny. Pochodzenie społeczne zamykało mu wiele dróg, ale dzięki swojemu wykształceniu i pomysłowości, przez dekadę (1951-161) administrował majątkiem ziemskim (doświadczalnym) Zakładu Naukowego Instytutu Upraw, Nawożenia i Gleboznawstwa w Puławach. Zakład mieścił się w Regułach (gm. Michałowice, pow. pruszkowski), w przedwojennej własności rodziny Trylskich.
To Tadeusz Skąpski jako pierwszy, próbował na większą skalę rozpropagować w Polsce kukurydzę „pękającą”, prażoną, którą później poznaliśmy… szczególnie w kinach. Jego jeden z synów, najmłodszy, Rafał Skąpski (1951) towarzyszył ojcu podczas obróbki kukurydzy, dlatego dobrze pamięta ten okres.
Jest to jeden z niewielu przykładów, aby ziemianie lub ich potomkowie, w okresie władzy ludowej, choćby krótko, żyli i pracowali tak, jak przed wojną. Zawsze jednak byli bacznie obserwowani przez służby bezpieczeństwa i z czasem byli usuwani z dworów, PGR-ów czy z rolniczych zakładów naukowo-doświadczalnych, nawet wówczas, gdy wyniki naukowe i finansowe, majątki te miały dobre. Historię ojca przypomina nasz gość, kończąc jednocześnie refleksje na temat pamięci o jego rodzinie, widocznej coraz częściej we wsiach, w których rodzina Skąpskich żyła i pracowała.
Wydawca, były wiceminister kultury, rodzinny archiwista i historyk – Rafał Skąpski jest gościem programu.
13.09.2026
52 min
Książka niesie istotne uniwersalne przesłania, ukazując historię Polski od konfederacji barskiej niemal po dzień dzisiejszy, poprzez losy jednej, dużej rodziny. Jest tu udział w wielkich zrywach narodowych, jest odradzanie się po klęskach, są wielkie tragedie i wielkie gorące uczucia, ofiarność i pracowitość. A to Polska właśnie! – chciałoby się rzec za Wyspiańskim. Polska spójna, ale i podzielona równocześnie, Polska indywidualnych wyobrażeń, które, mimo różnic jedność jednak stanowią. Ta opowieść to żywi ludzie i prawdziwe wydarzenia – tak pisze Wydawca książki Antoni i jego dzieci. Szkic do portretu rodziny, Warszawa 2025 (wyd. Fundacja Historia i Kultura), autorstwa Rafała Skąpskiego, prawnika, wydawcy, byłego wiceministra kultury. To już czwarta książka w całości lub w części pamiętnikarska, traktująca o dziejach rozległej rodziny Skąpskich.
Autor z tej okazji otrzymał Nagrodę Sądecczyzna im. Szczęsnego Morawskiego (XIX edycja), przyznawaną właśnie przez Fundację Historia i Kultura.
Tak potężny zbiór publikacji rodzinnych, nad którym prace trwały kilka, a może kilkanaście lat, jest przyczynkiem, aby porozmawiać nie tylko o głównym bohaterze, Antonim Skąpskim (1813-1915), ale o rodzinie w ogóle: czy na przykład w czasach Polski międzywojennej wszyscy w rodzinie znali się i robili familijne zjazdy? Czym jest pamięć rodzinna osobista, bardzo prywatna, a czym publiczna, gdy społeczność lokalna chce uhonorować swego dawnego dziedzica, dobroczyńcę, patriotę?
O tym wszystkim w programie mówi Rafał Skąpski, autor książki, poświęconej swemu pradziadowi i jego potomkom.
30.08.2026
38 min 28 s
Sobiescy i Stuartowie. Blask i widmo korony to wystawa w Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie, poświęcona kilkunastoletnim zaledwie, ale ważnym i niezmiernie ciekawym związkom między królewskimi rodzinami władców Polski (Sobiescy) oraz Anglii, Szkocji i Irlandii (Stuartowie). Ekspozycja przypomina aspekty polityczne, ale przez sztukę, głównie portrety oraz rzemiosło artystyczne. Było to możliwe, gdyż oba rody, choć należące do pretendentów do koron swoich krajów, utrzymywali dwory, tak jakby nadal byli monarchami. Świadomie, gdyż ich roszczenia, oczekiwania i walka, miały nie zmniejszać, a przeciwnie – utrzymywać ich najwyższy status społeczny. Wobec tego, na swoich dworach zatrudniali artystów wysokiej miary, którzy portrety i inne formy sztuki, wykorzystywali nie tylko dla tworzenia piękna, ale nade wszystko, starali się tą drogą podkreślać właśnie ową iluzoryczną, ale zgodną z wolą rodów, ich społeczną pozycję.
Dobór eksponatów, opisy i aranżacja, ukazują również, iż jest to historia konkretnych ludzi, którzy z powodu biegu historii i braku możliwości jego zmiany, przeżywali swoje indywidualne tragedie, choć na początku małżeństwa Jakuba i Marii Klementyny, także chwile radości i nadziei.
Jak piszą autorzy ekspozycji, łączy [ona w sobie] wyjątkowe dzieła sztuki, pamiątki osobiste i dokumenty, także z kolekcji prywatnych, które nigdy dotąd nie były udostępniane szerokiej publiczności. Mamy więc m.in.: portret Marii Klementyny Sobieskiej, Jakuba III Stuarta – oba autorstwa Antonio Davida. Możemy zobaczyć portrety ich synów: Karola Edwarda Stuarta i Henryka Benedykta, a dalej: zegarek Marii Klementyny (choć historia i proweniencja tegoż jest dyskusyjna, o czym więcej w programie), modlitewnik królowej Marii Stuart, ryciny rzymskich pałaców, w których mieszkali małżonkowie z dworami.
Warto dodać, że wśród konsultantów merytorycznych wystawy i osób, które zechciały wypożyczyć niektóre eksponaty rodzinne, jest Piotr Piniński (ur. 1956), prezes Rady Fundacji Lanckorońskich, syn Stanisława Aleksandra (1925-2009), ekonomisty oraz finansisty (syna Mieczysława 1895-1945, właściciela dóbr Zielona z Pajówką i in. na przedwojennych Kresach II RP) i Jean Isabel z Grahamów ze szkockiej rodziny książąt Montrose. Wspomniany Piotr Piniński jest w 9 pokoleniu, bezpośrednim potomkiem Jakuba III Stuarta i Marii Klementyny z Sobieskich, którego przodkiem był ich pierwszy syn, Karol Edward Stuart (1720-1788), pretendent, jak i jego ojciec do korony angielskiej, szkockiej i irlandzkiej.
Był 1 września 1719 roku. Najpierw per procura, a potem faktycznie, na ślubnym kobiercu stanęli: Jakub Franciszek Stuart (1688-1766, dynastycznie noszący imię Jakuba III), pretendent do tronu Anglii i Szkocji, syn Jakuba II (1633-1701), ostatniego katolickiego i rządzącego absolutnie króla ww. krajów, który w wyniku tzw. chwalebnej rewolucji, opuścił kraj (zostając de facto wygnańcem), i Marii z Modeny, a obok Jakuba III – Maria Klementyna (1702-1735), córka Jakuba Ludwika Sobieskiego (1667-1737), królewicza, pretendenta do tronu Polski (wielokrotnie mającego nadzieję na koronę) i jego żony, Jadwigi Elżbiety z Wittelsbachów (1673-1722), z linii Pfalz-Neuburgów, księżniczki neuburskiej.
W ten sposób rozpoczęła się (w formie ekspozycji) opowieść o dziejach tego małżeństwa na tle dziejów Polski i Europy, o czym w programie mówi dr Marta Gołąbek, kuratorka – współautorka wystawy Sobiescy i Stuartowie. Blask i widmo korony, prezentowanej w salach wystawowych Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie.
23.08.2026
41 min 03 s
Jeszcze przez większą część XIX wieku Sokołów Podlaski był miastem prywatnym. Gdy zmieniły się uwarunkowania prawne w okresie zaborów, miasto zostało państwowe/rządowe, natomiast poszczególne rody były właścicielami hipotecznymi niektórych nieruchomości w mieście, ale przede wszystkim majątków ziemskich. Od chwili, gdy pojawili się tam Hirchmannowie, klucz majątków wzbogacił się też o przemysł, w postaci m.in. wielkiej cukrowni „Elżbietów”.
Jak przebiegał historia rodów, które władały Sokołowem Podlaskim i jego okolicami w XIX i XX wieku, w 2 części programu, opowiada Piotr Rybak z Pracowni Dokumentacji Dziejów Miasta w Sokołowie Podlaskim.
09.08.2026
36 min 43 s
Gdy Mikołaj Sepieński (zm. ok. 1432), sekretarz wielkiego księcia litewskiego Witolda, sędzia ziemski poznański i poseł na Sobór w Konstancji 1415 roku, otrzymał dobra sokołowskie, Sokołów był już grodem niejako zagospodarowanym. Przyznane przez księcia Witolda prawa miejskie w 1424 roku, potwierdziły pozycję nowego miasta na Podlasiu. Od czasów Mikołaja Sepieńskiego aż po 1944 rok, Sokołów wraz z folwarkami Kupientyn, Przeździatka i in., był de facto miastem prywatnym. Jego właścicielami były rody możne i znane: Sepieńscy, Sokołowscy, Kiszkowie, Radziwiłłowie, Krasińscy, Ogińscy, a potem Kobylińscy, Hirchmannowie, Sobańscy i Malewiczowie.
O historycznych właścicielach podlaskiego Sokołowa (potem Sokołowa Podlaskiego) w części 1 programu mówi Piotr Rybak, historyk z Pracowni Dokumentacji Dziejów Miasta w Sokołowie Podlaskim.
02.08.2026
37 min 39 s
Historia polskich rodzin jest częścią nie tylko dziejów narodu i kraju, ale jej znaczenie można szczególnie zauważyć w społecznościach lokalnych. Pamięć o nich buduje bowiem tożsamość małych Ojczyzn. Czasami jest tak, że losami kolejnych pokoleń są zainteresowani członkowie tychże rodzin, ale równie często, pochłonięci bieżącym życiem, nie zajmują się oni tym w ogóle. Może więcej szczęścia więc mają te familie, których działalność zawodowa, artystyczna, społeczna czy wszelka – publiczna, wznosi się ponad przeciętność.
U naukowców, regionalistów czy miłośników – amatorów, można zauważyć też zainteresowanie konkretną, jedną osobą, której osobista historia splata się z tą „wielką” historią, co skutkuje tym, że możemy o nich przeczytać w encyklopediach, biogramach itd. Gdy sięga się jednak głębiej, okazuje się, że nie tylko rodzinny luminarz jest ważny, ale niemal w każdej generacji, można znaleźć coś, co zasługuje na uwagę.
Czy rodziną Wodiczków byłby ktoś zaciekawiony, gdyby nie jej główny reprezentant, Bohdan Wodiczko (1911-1985), światowej sławy dyrygent? Jego losy i zasługi na polu artystycznym, są częścią narodowej kultury. Przodkowie zaś, choć też należeli do uzdolnionych artystycznie, prawdopodobnie zginęliby w „pomroku dziejów”.
Pierwszy z tej rodziny, Wacław Wodiczko (1857-1942), będąc wykształconym muzycznie Czechem, został zaproszony do Zwierzyńca k. Zamościa przez rodzinę największych w Polsce właścicieli ziemskich – ordynatów Zamoyskich. Był dyrygentem i prowadzącym (w randze oficera) orkiestry wojskowe na Węgrzech i w Rosji i w tym fachu pracował u Zamoyskich.
Był dwukrotnie żonaty: 1° z Anną z Felklów, a po jej śmierci - 2° z Anną z Topczyńskich, którą jako 27-letni wdowiec poślubił już w Zamościu. Z pierwszego małżeństwa miał on syna Franciszka (1882-1950), którego potomstwo (sześcioro dzieci, z których dorosłości dożyło pięcioro) to bohaterowie tej sagi.
Franciszek należał do nietuzinkowych postaci: ukończył Gimnazjum Państwowe w Suwałkach (w latach 1890-1900) i klasę skrzypiec w warszawskim Instytucie Muzycznym. […] był […]: kolejarzem, działaczem społecznym, członkiem zarządu w Lidze Morskiej i Kolonialnej, sołtysem w Jabłonnie, opiekunem społecznym i organizatorem życia publicznego, strażakiem i członkiem zarządu Ochotniczej Straży Pożarnej w Wołominie, kapelmistrzem i nauczycielem muzyki w warszawskich szkołach, komisarzem spisowym i wreszcie urzędnikiem oraz członkiem zarządu miejskiego w Wołominie (pracował w referacie gospodarki komunalnej i USC). Franciszek Wodiczko zmarł 17 grudnia 1950 r. w Wołominie, w wieku 68 lat [D. Michalik, „Rodzina Wodiczków”, źródło: fundacjaoda.pl].
To właśnie Franciszek, mający za sobą różnorodne doświadczenia zawodowe oraz społeczne, w 1935 roku zamieszkał wraz z rodziną w Wołominie. Kupił willę „Stasin”, stanowiącą przykład letniskowej zabudowy Wołominka. Obszar ten, należący do Gustawa Granzowa, był – przykładem Henryka Woyciechowskiego po drugiej stronie torów kolejowych – parcelowany, a na dużych działkach osiedlali się przedstawiciele zazwyczaj inteligencji, szukający pośród wołomińskich sosen spokojnego, z początku tylko porą letnią, rodzinnego życia.
Jednym z dzieci Franciszka i jego żony, Anny z Gosławskich, był ww. Bohdan Wodiczko, który naturalnie umiejętności artystyczne i miłość do muzyki, wyniósł z domu. Osiągając wybitną pozycję w świecie muzyki klasycznej jako dyrygent, nie zapominał o Wołominie, w którym mieszkali na stałe rodzice, a po śmierci ojca Franciszka, przez 21 lat była tu jeszcze matka. Życie zawodowe, związki małżeńskie oraz losy wojenne sprawiły, że wołomiński dom, choć będący w sercach, stał się rzeczywiście (zgodnie z pierwotnym planem) siedliskiem wakacyjnym. Niemniej, sąsiedzi zapamiętali doskonale tę kulturalną rodzinę (wraz z nienagannymi manierami Franciszka), która, gdy się zbierała w swej willi, lubiła grać na różnych instrumentach.
Te wspomnienia sąsiadów weszły też do jednych z pierwszych relacji historycznych, dotyczących Wodiczków w Wołominie, które po 2000. roku, zaczęła gromadzić nowa właścicielka tejże posesji. Zniszczony, potem opuszczony dom bowiem, Wodiczkowie zdecydowali się sprzedać. Nabywczyni, choć początkowo myślała o tym miejscu jako o siedzibie swej firmy, szybko zorientowała się, że kupiła dom z duszą, którego historia powinna zostać zapisana. Z konieczności technicznej zburzona willa, ustąpiła miejsca nowemu budynkowi, w którym znalazły się pomieszczenia na salon, poświęcony nie tylko Bohdanowi, ale całej rodzinie Wodiczków.
Czym jest Izba Muzealna Wodiczków, dlaczego powstała Fundacja „Oda”, ale przede wszystkim o ciekawych dziejach rodu Wodiczków, w programie opowiada założycielka i prowadząca Izbę, Danuta Michalik.
Więcej: http://fundacjaoda.pl
26.07.2026
52 min 34 s
IDEA OSI
Mało kto chyba pamięta, że przy cukrowni w Guzowie był dwuhektarowy park, stworzony przed wojną przez Sobańskich dla mieszkańców wsi. Dzięki temu zachowana została oś widokowa (Guzów – Szymanów), a ponadto, ratowało to park główny (przy pałacu) przed naturalną „ekspansją” ludzi, którzy oczywiście chcieli mieć stały dostęp do jakiegoś miejsca spacerowego.
Szkoda dziewiętnastowiecznych budynków cukrowni, które zostały rozebrane wraz z jej likwidacją przez British Sugar Overseas Polska Sp. z o.o., ale jednocześnie uwolnienie terenu poprzemysłowego otworzyło przestrzeń, która powinna być zagospodarowana w taki sposób, aby tę oś zachować.
CZASY OGIŃSKICH
W XVIII wieku Guzów był ośrodkiem starostwa niegrodowego, którego starostą (lata 80.) był Andrzej Ignacy Ogiński (1739-1787), syn Tadeusza i Izabelli z Radziwiłłów. W swoim życiu piastował wiele urzędów i godności, był kasztelanem trockim, sekretarzem Rady Nieustającej, sekretarzem wielkim litewskim etc., dyplomatą (posłem do Petersburga, Paryża i Berlina). Z małżeństwa z Paulą z Szembeków miał córkę Józefę Ignacową Ogińską oraz syna Michała Kleofasa (1765-1833), polityka (lista urzędów i godności równie długa), pisarza, ale znanego przede wszystkim jako kompozytora, autora słynnego poloneza a - moll „Pożegnanie Ojczyzny”. Do tej postaci Guzów przyznaje się szczególnie – muzyk ma tam swój pomnik.
Ojcu kompozytora, Andrzejowi Ignacemu przypisuje się wybudowanie murowanego późnobarokowego dworu. Mimo, iż po późniejszej przebudowie obiekt zyskał miano pałacu, założenie dworu do dziś jest dobrze widoczne.
CZASY ŁUBIEŃSKICH
Wspomniana Paula z Szembeków (1737-1798, 2° Jan Prosper Potocki, 3° Andrzej Ignacy Ogiński) po raz pierwszy była zamężna za Celestynem Łubieńskim (1729-1759). Ich syn, Feliks (1758-1848) Łubieński należał do grona najwybitniejszych postaci swej epoki. Najpierw jako poseł sieradzki brał czynny udział w pracach Sejmu Wielkiego, był zwolennikiem Konstytucji 3 Maja. Uczestnik insurekcji kościuszkowskiej, potem wsławił się jako minister sprawiedliwości (1807-1813) Księstwa Warszawskiego. Od cesarza pruskiego Fryderyka Wilhelma II dawne starostwo guzowskie otrzymał na własność, a na stałe osiadł w Guzowie osiadł w 1823 r. Sprowadził do niego rzemiosło i wybudował cukrownię, uprzemysławiając dotychczas rolniczą osadę.
POTOMKOWIE „RÓŻY SYBIRU”
Najmłodszą córką Feliksa Łubieńskiego była Róża (1798-1880), słynna „Róża Sybiru”, z powodu swojej postawy postać niemal legendarna. Wyszła ona za mąż za Ludwika Andrzeja Sobańskiego h. Junosza (1791-1837), marszałka szlachty pow. bracławskiego, działacza Towarzystwa Patriotycznego.
Sobańscy pochodzą z Sobanic na Mazowszu (pow. płoński, Ziemia Wyszogrodzka), ale nie byli na nim zbyt długo. Krok po kroku budowali rodzinną pozycję na Kresach.
W wieku XVIII jako pierwszy z tej rodziny na Wołyniu pojawił się Wojciech Sobański (ur. 1692), syn Józefa z Sobanic i Elżbiety z Mokrzyckich. Przybył z Lubelszczyzny, gdzie był regentem grodzkim lubelskim i wojskim urzędowskim. Na Wołyniu szybko dorobił się na dzierżawach zastawnych (na dobrach Koniecpolskich i Wiśniowieckich).
Syn Wojciecha, Kajetan Sobański (1722-1798) nabył od Potockich Obodówkę wraz z przyległościami. Majątek został kupiony formalnie przez Kajetana, ale de facto był to już zakup jego syna Michała, który podzielił się sumiennie z braćmi, samemu zostając właśnie w Obodówce.
Należy więc uznać Michała Sobańskiego (1755-1832) za autora kolejnego etapu budowy zamożności rodu. Był on podstolim winnickim, konsyliarzem bracławskim konfederacji targowickiej, a następnie prezesem Komisji Sądowo-Edukacyjnej Guberni Wołyńskiej, Podolskiej i Kijowskiej. Ta ostatnia działalność przyniosła mu wielkie uznanie w społeczeństwie. Ekonomiczne sukcesy zaś osiągał m.in. jako współzałożyciel żeglugi czarnomorskiej w Odessie. Z małżeństwa z Wiktorią z Orłowskich miał kilkoro dzieci. Pierwszy jego syn to właśnie Ludwik, mąż ”Róży Sybiru”.
Ludwik zaangażował się w szeroką działalność patriotyczną we wszystkich trzech ww. guberniach, a potem na samym Podolu. Dwukrotnie aresztowany. Za pierwszym razem w latach 20. (żona, aby się z nim zobaczyć, przekupiła strażnika więziennego, udając wieśniaczkę, dostarczającą więźniom warzywa), a potem ponownie w 1830 roku. Trafił więc na zesłanie do Permu. Za nim podążyła Róża, wsławiając się pomocą zesłańcom (1830-1833). Po powrocie z wygnania, jak i wcześniej, wykonywała wiele prac charytatywnych, tworząc m.in. nieformalny Komitet Opieki. Nadal opiekowała się zesłańcami, wysyłając im paczki. Tę działalność paraliżowała policja carska, od 1849 roku obejmując Różę specjalnym nadzorem. Jej postawa zyskała naturalnie wielką sławę, zauważana w wielu pamiętnikach, a potem także w literaturze (M. Brandys).
Po Ludwiku podolską fortunę odziedziczył Feliks Sobański (1833-1913). „Przy wielkim uroku osobistym stryj Feliks był człowiekiem żelaznej woli, którą dręczył synów i synowe. Wszyscy musieli iść posłusznie za jego wskazówkami, które bezwzględnie narzucał, w przekonaniu, że ma zawsze rację – co zresztą nieraz się sprawdzało. Nazywano go „Vir Potentissimus”, a częściej „Patryarchą” – wspominała Maria z Grocholskich Hieronimowa Sobańska.
Ta twarda ręka przydała się, bo to Feliks właśnie zdecydował się na objęcie dóbr w Królestwie Polskim. Guzów przeżywał problemy, a że oczywiste były powiązania rodzinne Sobańskich z Łubieńskimi, przeto w drugiej połowie lat 50. XIX w., będąc ożenionym z Emilią z Łubieńskich, przejął matczyne gniazdo rodzinne wraz z cukrownią. W sytuacji, gdy podolskie dobra „przeminęły z wiatrem” bolszewickiej rewolucji, posiadanie własnego, całkiem pokaźnego majątku w centrum kraju, było zbawieniem.
Gwoli prawdy, trzeba dodać, że Feliks także był aktywny na polu politycznym, ale przede wszystkim społecznym i kulturalnym. Jeszcze na Kresach był marszałkiem szlachty bracławskiej. W 1862 roku uczestniczył w zebraniu sygnatariuszy adresu Polaków do cara Aleksandra II, w którym domagali się oni przyłączenia Wołynia i Podola do Królestwa Polskiego. Głosował przeciw temu adresowi, ale po jego skierowaniu do cara, tak jak wszyscy, został osadzony w Twierdzy Pietropawłowskiej. W Warszawie był członkiem i wiceprezesem Komitetu Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, prezesem Warszawskiego Towarzystwa Muzycznego. Fundował stypendia dla artystów, jak też kościoły, ochronki, przytułki, szkoły.
Około 1880 roku Sobański Feliks przystąpił do przebudowy dworu Ogińskich. Na późnobarokowy dom nałożono tzw. kostium francuski, charakteryzujący się m.in. wysokim, łamanym dachem z wystawkami i lukarnami. Przekształcono również elewacje i dobudowano portyk z czterema parami kolumn. Tak powstały pałac jest dziś unikatowy. Podobny styl, czyli tzw. kostium francuski zastosowano w Kozienicach, ale obiekt ten w tej formie już nie istnieje. Z kolei pałac Radziwiłłów w Jadwisinie jest z okresu późniejszego, nie można go wprost z Guzowem porównywać.
Przy pałacu ściana w ścianę stoi kaplica rodzinna, do której wchodziło się wprost z domu przez specjalne przejście. Po tzw. reformie rolnej po II wojnie św. służyła ona jako kościół parafialny. Po wielu latach i bojach, została odzyskana, znów przynależy do rodziny. Sobańscy starali się o nią, ponieważ architektonicznie była zawsze częścią zespołu pałacowo-parkowego. Kaplica wróciła „na swoje miejsce”, a w jej zamian, współwłaściciele: Michał Sobański wraz z siostrą Izabelą, wystawili nowy i nowoczesny kościół dla wiernych z parafii Guzów.
Ten układ: oś, kaplica, kostium francuski, park, sprawiają, że założenie pałacowo-parkowe w Guzowie jest niepowtarzalne na Mazowszu.
Wracając do dziejów rodziny.
Syn Feliksa, Michał Sobański (1858-1934), urodził się w jednym z majątków podolskiego klucza – Wasylówka. Po śmierci ojca w 1913 roku objął schedę (dobrze sobie radząc jako gospodarz), ale przede wszystkim pozostała po nim pamięć filantropa. Fundował ochronki dla dzieci (np. na warszawskiej Woli i w Kijowie) finansował fundację „Schronienie dla Nieuleczalnych”. Roztaczał opiekę nad chorymi, osobiście ich pielęgnując. „Oboje głęboko wierzący i ściśle wedle prawideł wiary żyjący, wychowali pierwszorzędnie troje dzieci, na Bożą chwałę i chlubę rodziny” – pisała M. Sobańska we „Wspominkach nikłych” o małżonkach Michale i Ludwice z Wodzickich Sobańskich. Michał w podziękowaniu za pierworodnego syna i w intencji zdrowia żony po połogu, poszedł do Częstochowy z pielgrzymką.
To właśnie jego dopadły wichry rewolucji bolszewickiej. Utracił wszystko i przeniósł się na Mazowsze, do Guzowa.
Feliks Sobański (1890-1965), syn ww. Michała i Ludwiki z Wodzickich, ukończył historię filozofii w Belgii. Objął dobra guzowskie (majątek), zaś pałac z parkiem oraz cukrownię – jego brat Antoni (dziedzicząc po stryju Kazimierzu). W 1913 roku Feliks ożenił się z Zofią z Kwileckich (1890-1933), córką Hektora i Jadwigi z Załuskich. Ślub odbył się w Kwilczu i był wydarzeniem, ale nie finansowym, bo – jak wspominała Gabriela z Sobańskich Krasicka – oboje byli zamożni i nikt w nic „wżeniać się” nie musiał. Oprócz Guzowa, Feliksowie Sobańscy władali dobrami leśnymi Oporowo k. Kwilcza w Wielkopolsce (wiano Zofii). G. Krasicka żartowała, że w porównaniu z Podolem, „to była nędza”. Jej ojciec żył w kulcie utraconego Podola, podobnie jak jego brat Antoni, który nawet na Podole, bez wiedzy rodziny udał się śladami dziecięcych wspomnień, na Mazowszu nie czuł się najlepiej. Kontynuował jednak pracę społeczną przodków, działając w instytucji o nazwie [nomen omen] „Nędza Wyjątkowa” w klasztorze na Tamce, opiekował się fundacją dla nieuleczalnie chorych (ul. Wiejska).
Trzy córki urodziły się jeszcze w Obodówce, pozostałe dzieci już na Mazowszu.
Porównanie zamożności mazowieckiej z podolską mogło mieć sens na początku małżeństwa Sobańskich, bo potem to już była szara rzeczywistość. Rodzina liczna, a dobra guzowskie nie prosperowały najlepiej. Wpływ na to miały trzy elementy: działy rodzinne, kryzys ekonomiczny końca lat 20. i do połowy 30. oraz duże obciążenia finansowe, związane z fundacjami filantropijnymi Sobańskich. Stąd też, niestety nieudane, pomysły na szukanie nowych, alternatywnych źródeł dochodów, jak np. salon z luksusowymi samochodami czy kupno cyrku, czyli próba zarobkowania na polu rozrywki. W drugiej połowie lat 30. było lepiej, ale rozwój gospodarczy Guzowa przerwał wybuch II wojny św. Trzeba też przyznać, że atmosfera wokół ziemiaństwa nie sprzyjała. Odczuwała to czasami rodzina Sobańskich, mieszkając obok proletariackiego Żyrardowa. Miasto to rozwinęło się przemysłowo, ale już zapomniało, że pierwsze próby uprzemysłowienia należały do właścicieli Guzowa – Łubieńskich; Żyrardów nazywał się jeszcze Wolą Guzowską… Tak więc, szczególnie 1 maja zdarzało się obrzucanie kamieniami pałacu albo karety podczas przejazdu przez las. Nastroje w społeczności lokalnej (co oczywiście było wynikiem komunistycznej propagandy) nie zmieniły się do wojny. Zdaniem Gabrieli Krasickiej, „służba” była przygotowana do tego, że jak wejdą sowieci, to rodzinę właścicieli Guzowa po prostu zabiją… Bo z Podola płynęły nie tylko sentymentalne wspomnienia i kult kresowych stanic, ale przede wszystkim świadomość bezwzględnego niebezpieczeństwa ze strony sowieckiej.
Nic więc dziwnego, że jeszcze na początku wojny, małżonkowie Krasiccy przenieśli się najpierw do Warszawy, a potem do Zagórza na południe. Do Guzowa, który był w Generalnym Gubernatorstwie, a więc pod okupacją niemiecką, Krasiccy dojeżdżali. Feliksowie Sobańscy w Guzowie pozostali, ale „w towarzystwie Niemców”; w Guzowie A. Hitler świętował akt podpisania kapitulacji Warszawy...
Na początku wojny, 25 września 1939 roku zginął zięć Feliksa, Roman Chłapowski (1906-1939), aktywny w pomocy maltańskiej. A na południu, na Sądecczyźnie w konspiracji działała Natalia Lubomirska, przyszła synowa pana na Guzowie.
W czasie okupacji pomocą w majątku służył szwagier Michała Sobańskiego, Adam Sapieha. W tym okresie dochody zaczęła też przynosić cukrownia, poprawiła się sytuacja finansowa. W obawie przed nadejściem sowietów, idących na Berlin, jeszcze przed 1 sierpnia 1944 roku, część cenniejszych rzeczy wraz z dziełami sztuki, Sobańscy wywieźli do stolicy. W powstaniu wszystko przepadło. Mniejsza o rzeczy jednak, bo w powstaniu zginęły dwie córki: Teresa (1923-1944) i Elżbieta (1925-1944) Sobańskie. Ich siostra Gabriela wraz z mężem Xawerym Krasickim z Leska i córką Magdaleną w grupie 16 osób została zesłana do Krasnogorska na trzy lata.
Przez wiele lat m.in. Xawerowie Krasiccy i Ludwika (Lula) Tyszkiewiczowa byli kustoszami rodzinnej pamięci, chętnie opowiadając o dobrych, jak i złych czasach minionych:
Największe dobra Sobańskich znajdowały się na Podolu. Ale to było jeszcze przed rewolucją październikową. Mój dziadek Michał Sobański „Stary”, tak jak wielu ziemian, należał do Sodalicji Mariańskiej, był szalenie pobożny i skromny. W naszym domu mieliśmy księgę gości, którą mój ojciec rozpoczął słowami: „Bóg dał, Bóg wziął”. Ale przyjechał kiedyś Jezuita ojciec Rostworowski, bardzo miły i nowoczesny człowiek, o wielkiej charyzmie, który nawiązując do słowa wstępnego ojca, podpisał się tak: „Bóg dał, diabli wzięli, niech ich pokręci – wspominała Ludwika z Sobańskich Tyszkiewiczowa.
Czerwoni zabrali Podole, czerwoni zabrali także Guzów. W 1979 roku w pałacu Sobańskich nakręcono film „Klucznik”. Dramatyczną, a jednocześnie groteskową opowieść o końcu świata arystokracji, w którym to filmie rolę hrabiego zagrał Tadeusz Łomnicki, a „wiernego” służącego Wirgiliusz Gryń.
Cukrownia nadal działała, upaństwowiona. Potem, jak wiadomo, została zlikwidowana. Pałac niszczał i choć przykryty dachem, przez niewidoczne szczeliny woda powoli go niszczyła.
MICHAŁ I IZABELA
Są dziećmi Renaty z Łopuszańskich i zmarłego śp. Marka: Michał Sobański i Izabela – obecni gospodarze pałacu w Guzowie.
Urodzeni już grubo po wojnie, pokolenie końca PRL i początku zmian ustrojowych. Nasiąknięci rodzinną tradycją, w 1996 roku zdecydowali się wraz z rodzicami kupić od gminy Wiskitki pałac z parkiem. Upłynęło trochę lat, zanim udało się im uzyskać fundusze na początek rewaloryzacji parku i odbudowę pałacu. Środki pochodzą m.in. z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Ministerstwa Kultury. Gigantyczna praca przed nimi, ale obiekt ma potencjał. Można go będzie wykorzystać do celów hotelowych, konferencyjnych, ale i kulturalnych. Dom ma być otwarty i powinien ożywić osadę, mającą wszak duże walory historyczne.
Nie ma siły. Nawet nad Pisią i u bram „czerwonego” Żyrardowa, mit Podola będzie jeszcze długo żywy. Niemniej… gdybym miał urządzać wnętrze pałacu w Guzowie, na czołowym miejscu zawiesiłbym dwa portrety: „Róży Sybiru” z powodu wartości, jakie w sobie jej historia niesie, a obok niej – wizerunek Feliksa „Starego”, w podzięce za to, że w odpowiednim momencie przejął Guzów dla następnych pokoleń Sobańskich. W końcu są z Mazowsza…
Pytanie tylko: czy ktokolwiek w poprzednich pokoleniach przewidziałby, że nad domem w Guzowie będą przelatywały samoloty, a ich pasy startowe będą prostopadle biec w stronę obiektu zabytkowego?
Ta nowa sytuacja, związana z budową Centralnego Portu Komunikacyjnego (CPK), jest kolejnym wyzwaniem dla współwłaścicieli.
I m.in. o tym w audycji dyskutują: Michał Sobański, współwłaściciel pałacu wraz z parkiem w Guzowie oraz dr Marcin K. Schirmer, autor najnowszej publikacji Powrót ziemian. Dwory, pałace i zamki, które odzyskały dawną świetność, red. B. Manińska, Warszawa 2026. Guzów, obok Goszyc, Kopytowej, Korzkwi, Petrykoz, Sułkowic, Zarzecza, jest jednym z bohaterów książki (s. 62-115).
Lit.: M. K. Schirmer, Powrót ziemian. Dwory, pałace i zamki, które odzyskały dawną świetność, red. B. Manińska, Warszawa 2026; R. Aftanazy, Dzieje rezydencji…; T. S. Jaroszewski, W. Baraniewski, Pałace i dwory w okolicach Warszawy; P. i M. Libiccy, Dwory i pałace wiejskie na Mazowszu; A. Augustyniak, Hrabia, literat, dandys. Rzecz o Antonim Sobańskim; A. Sobański, Cywil w Berlinie; M. z Grocholskich Sobańska, Wspominki nikłe; M. Miller, Arystokracja; P. Sz. Łoś, Szkice do portretu ziemian polskich XX wieku (relacje: L. Tyszkiewicz, G. i X. Krasiccy); abp. P. Mańkowski, Pamiętniki; Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego; K. Pułaski, Kronika polskich rodów szlacheckich Podola, Wołynia i Ukrainy; A. Wrzesień („Żyroskop”), wywiad z M. Sobańskim; inf. M. Sobańskiego.
12.07.2026
58 min 40 s
TO, CO JEST
Pan domu dyskretnie podchodzi do żony i mówi: „tam już nie ma wody ani herbaty”. Za moment na stole niczego nie brakuje, zaraz ktoś korzysta, bo na zewnątrz ciepło, miejscami słońce dobrze praży. Licznie zgromadzona młodzież – z własnego wyboru! – poddaje się egzaminowi. Dwie godziny wcześniej kilku chłopaków, także uczestników konkursu, dźwigało stół pingpongowy, aby go rozstawić tuż obok wiekowych drzew, pamiętających Zofię Zawiszankę. Pomiędzy „odpytywaniem”, jest czas na spacery, na zrobienie wianka z roślin, które upiększają soczystą zieloną trawę, ale i czas na odbijanie białej piłeczki, co nam obserwującym przywołuje również własne wspomnienia.
Gdzieś nagle odnajdujemy się ze znanym tylko wirtualnie rockmanem, piszącym od czasu do czasu o mieszkańcach dworów swojego regionu. A nestorka i matka pana domu, zabawia dorosłych, nie tylko miłą i lekką rozmową, ale też opowiada o swojej tytanicznej pracy historyka (choć jest psycholingwistką) nad losami powojennymi Leny Kichler i jej podopiecznych – dzieci żydowskich, które cudem przeżyły Holocaust.
W którymś momencie przy stoliku na tarasie siada jedna z uczestniczek konkursu szkolnego. Widzę, jak uważnie słucha i wzrokiem próbuje „ogarnąć” tych kilka osób, które mogłyby być jej babkami i dziadkami. Ona musi mieć świadomość, że tych rozmów nie znajdzie w Internecie, może nawet w książkach, więc chce wykorzystać okazję, aby z pierwszych rąk czegoś się dowiedzieć. O historii domu, może o ukrywających się w nim Żydach w czasie okupacji; może o Piłsudskim, a może o poetce i emancypantce…
To nie jest dom z samymi „antykami”, choć rodzinnych pamiątek jest sporo. To dwór, w którym dawny klimat ziemiańskiej wiejskiej siedziby przeplata się z nowoczesnością i zwykłymi problemami dnia. Wszyscy patrzą z podziwem na nowy dach, który już nie przecieka. Ale też mowa jest o kolejnych potrzebnych pracach, aby zabytek, świadek historii, a zarazem dom rodzinny, miał się jak najlepiej.
Aby trafić do pokoju gościnnego, muszę przejść przez kuchnię. Na stole płatki dzikiej róży, a obok gar pełen poszarpanej do jedzenia sałaty lodowej. Pani Marta sama sałatę przygotowuje, a od wczoraj czeka pyszne ciasto, także jej rękami zrobione. Przy którymś z kolejnych moich przejść przez kuchnię, widzę ją, trzymającą w ręce plik listów. Dowiaduję się, że jest to korespondencja z okresu wojennego; ktoś bliski z rodziny pisał z oflagu… I pada pytanie, myślę, że nieco retoryczne: „co z nimi zrobić?”. Historyk, dr Stanisław Borowiak podpowiada, że można je złożyć w Muzeum Ziemiaństwa w Dobrzycy. „Rozumiem, że wziąłbyś, Stasiu, do siebie wszystko” – z żartem odpowiadam –„to wszak zacna placówka. Ale może lepszym rozwiązaniem byłoby przekazanie do archiwum.” Mówiąc to, myślałem o Narodowym Archiwum w Krakowie lub o Bibliotece Narodowej w Warszawie, bowiem w latach 2012/2013 tam właśnie został przekazany gigantyczny zbiór ponad 2000 teczek dokumentów, tekstów, listów itd., Jerzego Turowicza dziadka pana domu. To on zresztą tę spuściznę polskiej kultury pomagał dziadkowi porządkować, gdy był jego sekretarzem. Książki, poza częścią zachowaną dla siebie przez rodzinę, trafiły do Biblioteki Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II (UPJPII) w Krakowie.
Głowa moja pusta, ale w mig łapię: to zestawienie sałaty, przygotowywanie gościom kolacji, wymiana kolejnej partii naczyń w zmywarce, a zaraz potem stare listy z oflagu i opowieści rodzinne, uświadomiło mi, że to tak jak w Dańkowie u pp. Anny z Branickich i Tadeusza Wolskich. Ich współpracownik mi powiedział: „nie no, nie oszukujmy się, tu się dużo mówi o historii i wspomina się, co jest wartością samą w sobie – taki dom!”
Fotografie, nieliczne portrety, szkice, ale przede wszystkim przedmioty, których używali dawniejsi właściciele dworu, sprawiają wrażenie, że oni, choć dawno nie żyją, ciągle są tu obecni. A mieli niektórzy z nich ciekawe charaktery!
Po wymienionych faktach i nazwiskach, wielu już zapewne wie, że chodzi o Goszyce (pow. krakowski, gm. Kocmyrzów-Luborzyca). Dr Maciej Rydel, który często o Goszycach mówi, bo je lubi, ma też z nimi relacje rodzinne (jest spokrewniony z Turowiczami), uważa, że taki był polski dwór przed komuną; przenikały się w nim światy dawny i współczesny, ludzie zajmowali się bieżącym życiem, ale przeszłość była, rzecz jasna w odpowiednich proporcjach, stale obecna.
Rodzinną opowieść historyczną kończy w programie prof. dr hab. Magdalena z Turowiczów Smoczyńska, zaś o współczesności dworu w Goszycach opowiada jego współgospodarz, Michał Smoczyński, romanista, tłumacz, który dla ratowania rodzinnego dworu, razem z żoną poświęcił dotychczasowe życie zawodowe.
05.07.2026
01 godz 01 min 40 s
DOM DOBREJ ENERGII
„Przyjeżdżaliśmy na cmentarz i wtedy podchodziliśmy zobaczyć dwór, obchodziliśmy go na około. Ale mama stawała tyłem do domu i nie obchodziła go. Zapalała papierosa i czekała na nas... Dla niej spojrzenie na dom było zbyt bolesne. [Jednak] miała marzenie, aby odczynić to, co się stało. Żeby tu nie widzieć obcych ludzi, odzyskać dom i oddać go potomnym. ” [Magdalena Smoczyńska]
TO, CO JEST
Pan domu dyskretnie podchodzi do żony i mówi: „tam już nie ma wody ani herbaty”. Za moment na stole niczego nie brakuje, zaraz ktoś korzysta, bo na zewnątrz ciepło, miejscami słońce dobrze praży. Licznie zgromadzona młodzież – z własnego wyboru! – poddaje się egzaminowi. Dwie godziny wcześniej kilku chłopaków, także uczestników konkursu, dźwigało stół pingpongowy, aby go rozstawić tuż obok wiekowych drzew, pamiętających Zofię Zawiszankę. Pomiędzy „odpytywaniem”, jest czas na spacery, na zrobienie wianka z roślin, które upiększają soczystą zieloną trawę, ale i czas na odbijanie białej piłeczki, co nam obserwującym przywołuje również własne wspomnienia.
Gdzieś nagle odnajdujemy się ze znanym tylko wirtualnie rockmanem, piszącym od czasu do czasu o mieszkańcach dworów swojego regionu. A nestorka i matka pana domu, zabawia dorosłych, nie tylko miłą i lekką rozmową, ale też opowiada o swojej tytanicznej pracy historyka (choć jest psycholingwist&ką) nad losami powojennymi Leny Kichler i jej podopiecznych – dzieci żydowskich, które cudem przeżyły Holocaust.
W którymś momencie przy stoliku na tarasie siada jedna z uczestniczek konkursu szkolnego. Widzę, jak uważnie słucha i wzrokiem próbuje „ogarnąć” tych kilka osób, które mogłyby być jej babkami i dziadkami. Ona musi mieć świadomość, że tych rozmów nie znajdzie w Internecie, może nawet w książkach, więc chce wykorzystać okazję, aby z pierwszych rąk czegoś się dowiedzieć. O historii domu, może o ukrywających się w nim Żydach w czasie okupacji; może o Piłsudskim, a może o poetce i emancypantce…
To nie jest dom z samymi „antykami”, choć rodzinnych pamiątek jest sporo. To dwór, w którym dawny klimat ziemiańskiej wiejskiej siedziby przeplata się z nowoczesnością i zwykłymi problemami dnia. Wszyscy patrzą z podziwem na nowy dach, który już nie przecieka. Ale też mowa jest o kolejnych potrzebnych pracach, aby zabytek, świadek historii, a zarazem dom rodzinny, miał się jak najlepiej.
Aby trafić do pokoju gościnnego, muszę przejść przez kuchnię. Na stole płatki dzikiej róży, a obok gar pełen poszarpanej do jedzenia sałaty lodowej. Pani Marta sama sałatę przygotowuje, a od wczoraj czeka pyszne ciasto, także jej rękami zrobione. Przy którymś z kolejnych moich przejść przez kuchnię, widzę ją, trzymającą w ręce plik listów. Dowiaduję się, że jest to korespondencja z okresu wojennego; ktoś bliski z rodziny pisał z oflagu… I pada pytanie, myślę, że nieco retoryczne: „co z nimi zrobić?”. Historyk, dr Stanisław Borowiak podpowiada, że można je złożyć w Muzeum Ziemiaństwa w Dobrzycy. „Rozumiem, że wziąłbyś, Stasiu, do siebie wszystko” – z żartem odpowiadam –„to wszak zacna placówka. Ale może lepszym rozwiązaniem byłoby przekazanie do archiwum.” Mówiąc to, myślałem o Narodowym Archiwum w Krakowie lub o Bibliotece Narodowej w Warszawie, bowiem w latach 2012/2013 tam właśnie został przekazany gigantyczny zbiór ponad 2000 teczek dokumentów, tekstów, listów itd., Jerzego Turowicza dziadka pana domu. To on zresztą tę spuściznę polskiej kultury pomagał dziadkowi porządkować, gdy był jego sekretarzem. Książki, poza częścią zachowaną dla siebie przez rodzinę, trafiły do Biblioteki Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II (UPJPII) w Krakowie.
Głowa moja pusta, ale w mig łapię: to zestawienie sałaty, przygotowywanie gościom kolacji, wymiana kolejnej partii naczyń w zmywarce, a zaraz potem stare listy z oflagu i opowieści rodzinne, uświadomiło mi, że to tak jak w Dańkowie u pp. Anny z Branickich i Tadeusza Wolskich. Ich współpracownik mi powiedział: „nie no, nie oszukujmy się, tu się dużo mówi o historii i wspomina się, co jest wartością samą w sobie – taki dom!”
Fotografie, nieliczne portrety, szkice, ale przede wszystkim przedmioty, których używali dawniejsi właściciele dworu, sprawiają wrażenie, że oni, choć dawno nie żyją, ciągle są tu obecni. A mieli niektórzy z nich ciekawe charaktery!
Po wymienionych faktach i nazwiskach, wielu już zapewne wie, że chodzi o Goszyce (pow. krakowski, gm. Kocmyrzów-Luborzyca). Dr Maciej Rydel, który często o Goszycach mówi, bo je lubi, ma też z nimi relacje rodzinne (jest spokrewniony z Turowiczami), uważa, że taki był polski dwór przed komuną; przenikały się w nim światy dawny i współczesny, ludzie zajmowali się bieżącym życiem, ale przeszłość była, rzecz jasna w odpowiednich proporcjach, stale obecna.
TO, CO BYŁO
Porządkując genealogicznie, pomijając czasy rycerskie, od &1823& roku właścicielem dóbr Goszyce był Wojciech Jerzy Boduszyński (1768-1832), lekarz (pierwszy na ziemiach polskich zastosował wynalazek E. Jennera, szczepionkę na ospę), profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, patolog, terapeuta, farmakolog, ale i historyk medycyny. Z Marianną z Nieprskich, prócz dwóch córek, miał syna Feliksa (1808-1870), uczestnika powstania listopadowego (za co skonfiskowano mu część majątku, zwróconą później w ramach amnestii), ożenionego z Antoniną z Łopuszańskich. Józefa Maria (1842-1887), ich córka, została poślubiona Antoniemu Zawiszy (1822-1897), który w ramach kontraktu ślubnego został właścicielem majątku.
Józefa Maria z Boduszyńskich Zawiszyna urodziła dwóch synów: Artura (1861-1901), miłośnika fotografii, posiadającego własne atelier na poddaszu dworu i Augusta (1868-1888). Artur poślubił Marię z Wolskich (1863-1931), córkę Ludwika, prawnika, galicyjskiego publicysty, parlamentarzysty, działacza społecznego, znawcy literatury pięknej oraz Anieli z Pokutyńskich. Marii miastem rodzinnym był Lwów. Mieszkała najpierw w Perepelnikach, a gdy budowano nowy dwór, przebywała nadal w Szpitarach.
Naturalnie, genealogia jest okrutna, bo wszystko w niej widać i o związkach rodzinnych Wolskich z Goszycami, a pośrednio z Medyką Pawlikowskich (Aniela „Lela” z Wolskich Pawlikowska), można rozpisać się na wiele stron.
Zostając jednak przy Goszycach: osobą szczególnie znaną i zasłużoną rodem z tego domu i majątku, była córka Artura i Marii z Wolskich, Zofia Aniela (1889-1971), urodzona w Szpitarach (pow. proszowski), wcześniejszym majątku rodziców, do którego długo jeszcze tęskniła, mając za złe ojcu, że opuścili to miejsce. Wychowana przez matkę, a pośrednio przez dziadka Ludwika Wolskiego („jej szaleńczy goszycki patriotyzm pochodzi właśnie od Ludwika” – podkreśla prof. Magdalena Smoczyńska) w tradycji powstania styczniowego. Już jako nastolatka obracała się w kręgach młodzieży marzącej o suwerennej Polsce. Od 1905 roku, kiedy to – za zgodą matki – zrezygnowała z nauki w szkole średniej (maturę zdała później), działalność niepodległościowa stała się jej absolutnym priorytetem i wyborem życiowym. Z czasem dwór w Goszycach bywał magazynem „bibuły”, pewnego rodzaju centrum walki podziemnej. Majątek, sprawy osobiste, opinia niezbyt życzliwych ludzi, oceniających apodyktyczny charakter „pani na Goszycach” – nic nie mogło jej przeszkodzić w czynnościach, wspierających walkę o wolność.
Nie była Zosią w typie mickiewiczowskim. Łamała współczesne stereotypy o roli kobiety w rodzinie i społeczeństwie, emancypantka, nosiła mundur, jeździła konno po męsku, miała wokół siebie przeważnie mężczyzn – żołnierzy. Niezłomna, odważna, brawurowa. Zarazem wrażliwa, była poetką, pisarką (niezwykłe wspomnienia z pracy wywiadowczej „Poprzez fronty”, 1928, kilka powieści, poezja), miała duszę artystyczną. Jan Józef Szczepański twierdził, że nie była dobrą pisarką, a ona miała takie ambicje i źle się czuła ze świadomością, że na polu pisarskim nie zrobiła niczego ponad przeciętność.
Ciekawe, że będąc tak mocno zaangażowaną w sprawy publiczne, zrobiła studia rolnicze (UJ) i odbyła praktykę rolną w Lubelskiem, wiedząc, że kiedyś obejmie goszycki majątek. Niezachwycona tą perspektywą, przyjęła ją jako zobowiązanie i normalną kolej rzeczy. Będąc „dziedziczką” tradycyjnie chodziła na wieś robić ludziom biednym zastrzyki, gdy zaszła potrzeba, na własny koszt sprowadzała lekarza.
Będąc już mężatką nawiązała kontakt z Narodowym Związkiem Chłopskim, potem z PSL „Wyzwolenie”, redagowała m.in. pismo „Bartosz”, na wsi prowadziła niepodległościową agitację. Jak wspominała jej córka, zdarła sobie gardło, przemawiając na chłopskich wiecach. Udzielała się w różnych organizacjach, m.in. w Związku Ziemian. Mimo, że to chłopi ją wciągnęli do działalności w lokalnej organizacji ludowej, dla nich była ciągle ziemianką, szlachcianką czy obszarniczką (mimo, że sama rozparcelowała część ziemi, przeznaczając ją dziesięciu chłopom – legionistom), zaś dla ziemian – niebezpieczną rewolucjonistką. Do tego ostracyzm społeczny, gdy – bynajmniej nie z jej winy – rozpadło się jej małżeństwo z Januszem Gąsiorowskim, została sama z liczącą zaledwie rok córką Anną.
Dla pamięci historycznej goszyckiego domu najsilniejsza jest tradycja ścisłych związków Zofii Zawiszanki z Legionami i Józefem Piłsudskim. O tym najczęściej opowiada się tam gościom, do czego też zobowiązuje tablica, umieszczona na ścianie frontowej dworu. Poświęcona jest ona Zofii jako działaczce niepodległościowej (ruch strzelecki, praca wywiadowcza w Legionach, szkolenie kobiet) i przypomina pobyt siedmioosobowego patrolu Beliny w Goszycach w 1914 roku. Dekadę potem, w związku z rocznicą zatrzymania się tutaj Władysława Belina-Prażmowskiego z żołnierzami, w uroczystościach wziął udział marszałek Józef Piłsudski, bardzo ją ceniący jako legionową wywiadowczynię. Poza rocznicą i szacunkiem dla pani domu, marszałek miał też inny powód przybycia do Goszyc – był bowiem ojcem chrzestnym córki Zofii i Janusza Gąsiorowskich – Anny.
ARKA NOEGO
Tak dwór nazwali wojenni goście, co przywołuje wnuczka Zofii, p. Elżbieta Jogałła:
„Już w 1941 roku, na imieniny Zofii Kernowej, podarowano jej pięknie ilustrowany ręką
„Leli” (Anieli) i Luli Pawlikowskich album zatytułowany „Arka Noego”, zawierający wierszyki autorstwa Stefana Szumana i jego córki Grażyny, Danuty i Juliusza Wolskich, Anny i Jerzego Turowiczów, Anny Wolskiej, Ireny Bykowskiej, Józefa Zubrzyckiego. Romuald Kern, przedstawiony jako Noe, stara się opanować dom, w którym gnieździ się „każdego zwierza po parze”.
Poemat niemały, napisany ku chwale dworu Goszyckiego, w którym krewni stłoczeni jak w Arce Noego, przed potopu zalewem strasznym się schronili… Co oni tutaj wszyscy pospołu przeżyli, i też jak dokuczali swoim gospodarzom, którzy, dobrzy ludzie, nawet się nie skarżą, na przedziwne maniery swoich miłych gości, i na nigdy nie syte, wilcze ich wnętrzności – to niech potomności te księgi przekażą!”
W czasie okupacji przez goszycki dom przewinęło się wiele osób tak z rodziny, jak i obcych, zarówno z Podziemia, jak i np. uciekinierzy z Poznańskiego, popowstaniowi uchodźcy z Warszawy. Była również żydowska rodzina Aleksandrostwa Glücksmanów: Melita z córką Wandą (późniejszą Kalinowską) i synem Leopoldem. Nieżyjący już Aleksander Glücksman i Romuald Kern spotkali się po wielu latach na uroczystości 40-lecia matury. Nie była to znajomość szczególnie bliska, ale Zofia wiedziała od męża, kim są ci państwo. Dlatego odpowiedziała pozytywnie na list Melity (niezaradnej wdowy), szukającej schronienia wojennego. Rodzina ta z fałszywymi dokumentami, była oficjalnie zameldowana w Goszycach. Dalsze jej losy są dowodem na to, że ukrywanie jej (najpierw w domach dwóch dawnych legionistów, a potem w Goszycach) stanowiło ogromne zagrożenie dla goszyckich gospodarzy dworu. Jest to oddzielna opowieść o heroicznej walce o przeżycie tej rodziny. I powinna ona zakończyć się przyznaniem Zofii i Romualdowi Kernom Medalu Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata.
Z tego okresu, dwa nazwiska przykuwają uwagę: Czesław Miłosz (1911-2004) i Jan Józef Szczepański (1919-2003). Drogi ich obu skrzyżowały się w Goszycach na przełomie 1944 i 1945 roku. Przypomniała mi się sytuacja także wojenna z Kozłówki Leszków Zamoyskich, gdzie przebywali m.in. ówczesny ks. prof. Stefan Wyszyński i prof. Czesław Znamierowski. Dyskusje panów na tematy zasadnicze dla człowieka, zwłaszcza jego kondycji moralnej w obliczu okrucieństw Niemców, bywały tak ostre, że aż Jadwiga Zamoyska musiała interweniować, prosząc o zachowanie umiaru w rozmowach.
Tu podobnie: Miłosz, krytykujący decyzję o rozpoczęciu powstania warszawskiego oraz Szczepański (popierany przez goszycką młodzież, biorącą udział w Podziemiu), czynny członek AK, przedstawiciel pokolenia Kolumbów, widzący sens w walce zbrojnej, wychowany w tradycjach niepodległościowych. Ślady tej wymiany zdań (odbyła się ona ponoć podczas nocy sylwestrowej 1944/1945) mamy w twórczości J. J. Szczepańskiego („Koniec legendy”).
CIĄGŁOŚĆ Z DOBRĄ ENERGIĄ
Od 1939 roku w Goszycach przez okres wojenny mieszkali też, wspomniani wyżej Anna z Gąsiorowskich (1916-2000) i Jerzy (1912-1999) Turowiczowie. Ona, jedyna córka Zofii Zawisza-Kernowej – przewidywana na następną ziemiankę w rodzinie, miała odziedziczyć majątek. Wychowanka przez krótki czas harcerskiej szkoły Olgi Małkowskiej, a potem niepokalanek w Jazłowcu; tę drugą szkołę bardzo chwaliła, czuła się w niej dobrze. Studiowała historię na UJ, a przed wojną, tak jak Stefan i Maria Swieżawscy, z którymi się Turowiczowie przyjaźnili, działała w „Odrodzeniu” – stowarzyszeniu młodzieży katolickiej, propagującej zmiany w Kościele, które zaistnieć mogły dopiero po 1962 roku, czyli po Soborze Watykańskim II. Anna Turowiczowa została tłumaczką z języka francuskiego, tłumaczyła dzieła wybitnych teologów, filozofów, m.in. Mouniera, de Lubaca, współpracowała przy przekładzie poezji Karola Wojtyły i Czesława Miłosza (m.in. „Który skrzywdziłeś”), publikując w „Tygodniku Powszechnym”, „Znaku” i „Przekroju”.
Jerzy Turowicz zaś – dziennikarz, filozof, działacz „Odrodzenia”, po wojnie jeden z założycieli i wieloletni redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego”. Publicysta, sumienie polskiej inteligencji powojennej. Bez jego niezłomności w PRL-owskich trudnych latach i pracy dla Kościoła i Polski, nie bylibyśmy dzisiaj w tym samym miejscu; zarówno jako kraj, ale i wspólnota ludzi Kościoła powszechnego.
Zofia Kernowa, jako właścicielka, do końca nominalnie władała majątkiem. Bliższa jej jednak była aktywność społeczna, a gospodarstwem w Goszycach z powodzeniem zajmował się jej drugi mąż, Romuald Leon Kern (1881-1955), inżynier kolejnictwa, rodem z okolic Koniuszy. Goszyce, jak prawie wszystkie ziemiańskie warsztaty pracy, zostały rodzinie odebrane w ramach tzw. reformy rolnej 1944/1945. Ostatnia z majątku wyjeżdżała Anna Turowiczowa z dwiema córkami. Chwilę tę przeżyła bardzo emocjonalnie, o czym wspominała po latach: „Przyjemne to nie było, ale nie będąc bynajmniej marksistką, podzielam przekonanie, że sprawiedliwość kazała się podzielić z bezrolnymi. Natomiast nie mogłam się pogodzić z utratą domu. (...) No bo to okropne, że się ludziom zabiera ich historię, miejsce, w którym ich rodzina żyła od pokoleń.”
Z grupy ludzi, goszczonych w Goszycach w czasie wojny, zawiązały się dwa małżeństwa. Współcześnie zaś, w odkupionym od skarbu państwa dworze, mieszkają, gospodarują i przyjmują gości pp. Marta z Wolskich i Michał Smoczyńscy (Michał jest prawnukiem Zofii Kernowej, która zdążyła go jeszcze poznać w 1971 roku – umarła, gdy miał pół roku). Ich wspólnymi przodkami są Ludwik Wolski (1835-1887) i Aniela z Pokutyńskich.
Los chciał, że dla nich dom w Goszycach to nie bajka, ani spłowiała już tradycja. W obu rodzinach ten dwór, ta historia to wartość konkretna, tak jak w Dańkowie – wartość sama w sobie. Może dlatego, że nie musieli sobie od początku opowiadać, kto jest kim w familijnej układance z przeszłości. Może dzięki sile przekazu babek, dziadków i rodziców. A zapewne też z powodu szacunku do historii jako takiej, co też wynosi się z domu – stali się współczesnymi „dziedzicami” Goszyc, a z pewnością ich kustoszami.
Tak jak pochłonięta ideą niepodległości prababka Michała Smoczyńskiego, Zofia gościła w Goszycach tabuny ludzi (30 osób siadało do stołu!) w czasie wojny, tak teraz Goszyce tak samo nie ryglują drzwi. Przeciwnie, są otwarte dla wszystkich. I nie sposób nie dodać, że gdy wybuchła wojna w Ukrainie, gospodarze przenieśli się do składziku, a do swojego pokoju wstawili dodatkowe łóżka i materace, by pomieścić tam ukraińskie kobiety z dziećmi koczujące na krakowskim dworcu. Przez Goszyce przewinęło się 50 osób.
Można przypuszczać, że wiatr historii tym razem nie wymiecie prawowitych właścicieli z tego miejsca. Dzieci i wnuki są, jest więc nadzieja, granicząca z pewnością, że pałeczkę w sztafecie pokoleń kiedyś przejmą. Ciekawe, czy wnuki znają tę historię z 1990 roku, kiedy to zaczęła się „wojna na górze”, a ich pradziad usłyszał, że jeśli stłucze termometr, to i gorączka minie?
Ale miało być o Goszycach: są piękne, faktycznie gościnne, z niepowtarzalną atmosferą. Z zapachem kuchni, skrzypiącym parkietem i półkami uginającymi się od książek. Goście wojenni mówili o nich „Arka”, „azyl”, a słyszałem też, że Goszyce mają dobrą energię. Teraz już poczułem to sam, ale od zawsze o tym miejscu dobrze mówił Maciej Rydel. A Maciej na dworach się zna, on wie co mówi!
Gościem programu była prof. dr hab. Magdalena Smoczyńska, psycholingwistka, badaczka losów dzieci żydowskich, ocalonych z Holocaustu, przebywających tuż po II wojnie światowej w sierocińcach w Polsce, a następnie we Francji.
--------------
Lit. (wybór):
- K. Cybulska, „Kobiety w ruchu niepodległościowym na ziemi kieleckiej w latach 1914-1918”, „Studia Muzealno-Historyczne”, Kielce 2015, s. 86
- E. Jogałła, „Dwór w Goszycach, Zofia Zawisza-Kernowa i dzieje przyjaźni Szczepańskich i Turowiczów, „Konteksty Kultury”, nr 11, Bielsko-Biała 2024, s. 76
- M. Smoczyńska, M. Smoczyński, relacje, Goszyce 29.05.2026
- R. Graczyk: „Dom pod skrzydłami aniołów”, rozmowa z Anną Turowiczową, wdową po J. Turowiczu, „Magazyn Gazety Wyborczej”, Warszawa 23.12.1999, s. 42.
- M. Trojanowska, Życie i twórczość Anieli z Wolskich Pawlikowskiej (1901-1980), red. A. Pawlikowska, Przemyśl, s. 67, 213
- Cz. Miłosz, „Pani Anna”, „Tygodnik Powszechny”, nr 28, Kraków 2000, s. 17
- Ks. A. Boniecki, „Pani Anna”, „Tygodnik Powszechny”, nr 27, Kraków 2000, s. 5
- P. Libicki, „Dwory i pałace wiejskie w Małopolsce i na Podkarpaciu”, red. K. Raźniewska, Poznań 2012, s. 101-102
- „Dwór w Woli Więcławskiej”, „Naddłubiańskie pejzaże”, nr 34, Michałowice 2009, s. 22
- https://krakow.ipn.gov.pl/pl4/aktualnosci/51682,Malopolscy-Bohaterowie-Niepodleglosci-Zofia-Zawiszanka-1889-1971-legionistka-z-G.html
28.06.2026
01 godz 00 min 43 s
PODCASTY
Polskie Radio RDC pamięta o Bohaterach Warszawy. 1 sierpnia na antenie Polskiego Radia RDC głos oddajemy Powstańcom i osobom pielęgnującym pamięć o Powstaniu Warszawskim.
Projekt jest realizowany przy współpracy z Ministerstwem Cyfryzacji, w ramach kampanii społecznej promującej rozwój kompetencji cyfrowych oraz korzyści z cyfryzacji. Audycje prowadzone przez Piotra Pilewskiego emitowane są w Popołudniu Polskiego Radia RDC
Animalista, czyli Łukasz Bożycki zaprasza na spotkania o przyrodzie, zwierzętach i otaczającej nas naturze. Program jest emitowany w każdą sobotę po godzinie 6:00
Audycja skierowana do najmłodszych odbiorców, ale i rodzice znajdą coś dla siebie.