Wiadomości
Posłuchaj z regionu
Opis odcinka
- Ciocia Mariola [Maria Olga z hr. Broel-Platerów Włodzimierzowa Łęska z Białej Waki] była osobą spokojną. Któregoś dnia, już po śmierci mojej mamy, rozpoczęła ze mną rozmowę, cofając się w niej do historii rodziny. Gdy zorientowała się, że na ten temat nic nie wiem, była wstrząśnięta! Huknęła pięścią w stół i powiedziała: „proszę wziąć kartkę papieru, ołówek i pisać”. Próbowałam protestować, mówiłam: „ale ciociu...”. „Nie ma żadnego ale, proszę siadać i pisać”. I dziś dzięki temu coś o rodzinie mogę powiedzieć. (Ida Ilińska-Kaszowska)
Iliński – wileńska błyskotka
Rok 1824 dorzucił był do kalejdoskopu wileńskiego kilka błyskotek, które nadzwyczaj urozmaiciły jego widownię. Jedną z najbłyskotliwszych był hrabia Iliński, bogacz, senator i bigot, znany w całym kraju, szczególnie na Wołyniu, ze swoich dziwactw na wielką skalę, bo wielkiej swej fortuny i wziętości używał na uwydatnienie swych fantazyj. (…) Całe Wilno było w ruchu za przybyciem tego nadzwyczajnego gościa (…) – pisała o Auguście Józefie hr. Ilińskim komediopisarka, kronikarka epoki i pamiętnikarka, Gabriela z Güntherów
Puzynina (1815-1869).
Na drugim piętrze, zresztą niedokończonego pałacu, 755 poza pokojami mieszkalnymi, była tzw. zimowa galeria spacerowa, z oknami wychodzącymi na park, mierząca 120 łokci, a ogrzewana ośmioma piecami. Architektura, wystrój, umeblowanie domu i zgromadzone w nim dzieła sztuki, zachwycały współczesnych. Ale żeby sobie na to wszystko pozwolić, trzeba było być Potockim z Tulczyna albo Ilińskim z Romanowa.
Gdy w 1875 roku Edward Chłopicki (1830-1894), podróżnik (a nie generał, jak czasami czytamy lub słyszymy), etnograf i literat, wraz z towarzyszami wycieczki po Wołyniu, zajechał przed pałac w Romanowie, wychodzący na ganek lokaje oświadczyli, iż młodego pana, czyli Henryka Steckiego jr. oraz jego matki Jadwigi z hr. Ilińskich, nie ma w domu, bo wyjechali do Warszawy. I mimo z kolei, iż ich plenipotent leży chory w łóżku, pałac dla chcących go zwiedzić, jest zawsze otwarty.
Dzięki opisom Chłopickiego oraz Ochockiego o tej dawno już nieistniejącej rezydencji, przepychem i rozmiarami porównywanej do Tulczyna Potockich, jest nieco informacji. W Dziejach rezydencji na dawnych kresach Rzeczypospolitej Roman Aftanazy wyjątkowo dużo miejsca poświęcił siedzibie Ilińskich, która znajdowała się w województwie wołyńskim I Rzeczypospolitej. Centrum dóbr ziemskich tej rodziny stanowił Romanów, miasteczko przy trakcie z Połonnego do Żytomierza, w pobliżu granicy z województwem kijowskim.
Romanów należał do dziedzictwa Ostrogskich. Po ich wygaśnięciu, poprzez Zasławskich, trafił do rąk Sanguszków, a następnie innych osób. Od nich część schedy – klucz ostrogski i romanowski kupił Kazimierz Iliński (zm. 1756), pochodzący z senatorskiej linii rodu, starosta nieżyński, pułkownik wojsk koronnych, właściciel również innych majątków, a więc człowiek zamożny i hojny. Częścią spadku po Ostrogskich było także Dubno (w okresie II RP powiat dubieński, woj. wołyńskie), dzierżone przez Lubomirskich. W Dubnie Kazimierz Iliński wraz z żoną Anną z Suszczewiczów sfinansowali odbudowę klasztoru i kościoła bernardynów, po dwóch pożarach, które strawiły oba obiekty. Anna Ilińska przy tej sposobności założyła Kalwarię. Tam też, w krypcie pochowani są m.in. Ilińscy.
Synem Kazimierza i jego drugiej żony Anny z Suszczewiczów był Jan Kajetan Iliński (1731-1792), wojski kijowski, podkomorzy dworu, kawaler orderu Orła Białego, poseł na Sejm, starosta nieżyński i żytomierski, fundator drewnianego kościoła bernardynów w Żytomierzu, właściciel Romanowa z 12 wsiami oraz Ulanowa, jak też Wczorajszego w powiecie kijowskim.
Starostą żytomierskim był wówczas pan [Kajetan] Iliński, ojciec jenerała adjutanta i senatora z Romanowa. Do niego rzeczywiście sądownictwo grodzkie należało. W jego przytomności sędziowie mieli tylko głos doradczy. Ale że starosta nigdy nie mieszkał w Żytomierzu, przeto sądownictwo i urząd grodzki był w ręku pana Dubrawskiego (Andrzej Dubrawski, sędzia grodzki żytomierski).
Raz przybył pan Iliński i zrobił wjazd tryumfalny. Wspaniałe dawał śniadanie dla kolegów i obywateli, nawet i dla palestry. Ze śniadania wyruszył na sesyę. Wnosili sprawę adwokaci, popisując się z indultami i replikami. Ale po śniadaniu i węgierskiem winie, prezydujący i sędziowie usnęli. Pan starosta obudziwszy się zapytał o zdanie; gdy mu nie umieli odpowiedzieć, oburzył się i przykre robił panom podsędkom wymówki. Wyjechał z Żytomierza i przysłał na swoje miejsce podstarostę p. Józefa Morzkowskiego. (H. W. N., Dwutygodnik Literacki, 1862)
Protektorzy młodego Garapicha
Jan Kajetan Iliński był żonaty trzykrotnie: 1° z Józefą Marianną Wesslówną (zm. 1799), 2° Katarzyną z Bielskich (zm. 1790) oraz 3° z Anną Jakobą Braconnier (zm. 1813 we Lwowie).
Z ostatniego małżeństwa miał córkę Apolonię Ilińską (1790/91-1813), nad którą – po jego śmierci – sprawowana była opieka sądowa. Interesów prawnych zaś jej matki, Anny Ilińskiej pilnował adwokat lwowski chorwackiego pochodzenia, Michał Garapich (ur. 1769), który poprzez kontakty z Ilińskimi wszedł do środowiska polskich ziemian, zakotwiczając się we Lwowie i na wsi ok. 24 km na północny zachód od Tarnopola.
Jeszcze za życia Jana Kajetana Ilińskiego, ten nowy lwowski adwokat, jako świadek, w 1799 roku podpisał testament starosty żytomierskiego, w którym zresztą jeden z majątków Ilińskich, a mianowicie Cebrów, został zagwarantowany małoletniej Apolonii jako wiano. O jej rękę zaś starał się właśnie Michał Garapich. Mimo takiej bliskości, po śmierci Jana Kajetana, gdy Garapich miał się z Apolonią ożenić, Ilińscy nie zezwolili na to, uważając planowany związek za mezalians. Michał Garapich, przeszedłszy stosowne i wyjątkowo dla niego surowe egzaminy zawodowe, będąc pełnoprawnym adwokatem, nie miał jednak polskiego szlachectwa. A to stanowiło przeszkodę w posiadaniu własnej ziemi.
Małżeństwo zostało jednak zawarte w 1811 roku, w tym samym, w którym Garapich uzyskał szlachectwo. Protektorat rodziny Ilińskich, małżeństwa oraz praca pozwoliły Michałowi Garapichowi i jego potomkom pozostać w kręgu polskiej elity w monarchii habsburskiej.
Wracając do Ilińskich, wydaje się, że August Józef, czyli syn starosty przerósł ojca, pozostawiając po sobie skrajne opinie: zachwytu, jak i co najmniej zdziwienia.
- Co tu dużo mówić, August był dziwakiem i typowym przedstawicielem magnaterii; aludzie magnatów nie lubią. Moja matka uważała, że fatalną rzeczą, jaką zrobił August Józef, to było zgromadzenie strasznej ilości mebli, których część jeszcze przed wojną stała w naszym wileńskim mieszkaniu. (Ida Ilińska-Kaszowska)
Ocena to dość pobieżna, bowiem August Józef Iliński (w źródłach imiona używane przemiennie) to postać nietuzinkowa i nie wiem, czy tak negatywna jak można by sądzić. Jak najbardziej znana, ciekawa, kontrowersyjna i zapamiętana w rodzinie.
Oryginał z orderem na piersi i empatyczny społecznik
August Józef hr. Iliński (1760-1844) był synem wspomnianego Jana Kajetana i jego pierwszej żony Józefy z Wesslów.
Współcześni, uznając go, negatywnie oceniali lub przynajmniej wyśmiewali. Niech za przykład posłuży opinia nie polska, a rosyjska. W swoich znanych wspomnieniach gen. Jewgraf Fedotowicz Komarowski (1769-1843), opisując wizytę wraz z kilkoma innymi osobami w Romanowie u Augusta Ilińskiego, zauważył niesamowity przepych jego siedziby, jak i też dość wygórowane oraz odważne plany gospodarza. Poinformował on bowiem gościa, że ta ogromna siedziba wołyńska to zaledwie jedno ze skrzydeł planowanego w przyszłości zamku.
Musiał Iliński chwalić się często meblami po Marii Antoninie, bo i temu gościowi o tym opowiadał. Generał zauważył mnóstwo przedmiotów sztuki brązowniczej, jak też bogactwo jedwabnej tapicerki meblowej. Stwierdził, że pałac senatora Augusta Józefa Ilińskiego przypomina raczej sklep niż prywatny dom.
Rosyjski gość nie omieszkał również uwydatnić kontrastów, które zaobserwował. Po przedstawieniu teatralnym chwalił głos śpiewaków włoskich i kunszt choreografów, sprowadzonych z Odessy, ale zaraz dodawał, że nieszczęśnicy ci, po zdjęciu strojów scenicznych, wyglądali biednie, nosząc się prawie w łachmanach.
Warto przy tym dodać, że Ilińśki utrzymywał w Romanowie też własną orkiestrę, którą w latach 1799-1817 dyrygował Ignacy Dobrzyński (1779-1841), kompozytor oper, kantat, polonezów, ożeniony z Eudoksją z Karelinów, córką kapelmistrza orkiestry rogowej na dworze carskim w Petersburgu. W Romanowie urodził się i wychował ich syn, Ignacy Feliks Dobrzyński ( (1807-1867), również kompozytor, dyrygent, pianista, także pedagog. Młody Dobrzyński pobierał nauki w kolegium jezuickim w Romanowie, potem w Winnicy i właśnie z tegoż Podola potem poszedł w świat.
Wracając do wspomnień carskiego generała. Komarowski docenił natomiast pobożność polskiego arystokraty. Widział ją nie tylko w zachowaniu, ale też w obecności na jego dworze jezuity z Petersburga. Bardzo też generałowi spodobała się pałacowa kaplica, urządzona z największym smakiem.
August Józef Iliński służył Rzeczypospolitej, będąc posłem, senatorem, generałem inspektorem kawalerii wojsk koronnych (1792), potem zaś – już za czasów carskich, marszałkiem gubernialnym wołyńskim, generałem rosyjskim, kawalerem maltańskim (1797).
Jego zasługą było to, iż - gdy Polska straciła suwerenność, jego rodzinny, ojcowski Żytomierz został miastem gubernialnym. Podług legendy miało być tak, że carski urzędnik wizytował miasta, brane pod uwagę na stolicę guberni. Na inspekcję do nich wybrał się porą jesienną, co rusz wpadając w wołyńskie błota. Gdy dojechał do Żytomierza, bał się brnąć dalej i zarekomendował to miasto. Niemniej, jak sądzą historycy i pamiętnikarze, wybór Żytomierza należy przypisać jednak wpływom Józefa Augusta Ilińskiego na dworze Pawła I.
August w 1794 roku do insurekcji kościuszkowskiej nie przystąpił. Był silnie związany z dworem carskim, co jest mu wypominane. Po upadku kraju, w latach 1792-1796 stanął po stronie rosyjskiej. Przeniósł się do Petersburga. Polskę widział jako kraj podporządkowany carowi, ale z zachowaniem polskości. Taka polityczna postawa nie przeszkadzała mu w tym, aby – gdy zaistniała potrzeba – zachować się jak na Polaka przystało.
Będąc posiadaczem dóbr wołyńskich, na czele z Romanowem (i Tajkurami, które po nim odziedziczył młodszy syn Jan-Janusz), uchodził za człowieka nieprzeciętnie bogatego. Obawiający się matki, imperatorowej Katarzyny II (1729-1796), wielki książę
Paweł (1754-1801), późniejszy car, zwrócił się do Ilińskiego z prośbą o pożyczenie 1 miliona zł. na uregulowanie karcianych długów. Tak też się stało, August Iliński wykupił weksle dłużnika.
O śmierci Katarzyny II wielkiego księcia Pawła miał poinformować Iliński. Gdy Paweł został carem, Iliński upomniał się nie tyle o dług, co poprosił o rewanż . Miało nim być uwolnienie Polaków, którzy podczas insurekcji kościuszkowskiej walczyli w obronie Konstytucji 3 Maja. Chodziło szczególnie o Ignacego Potockiego (1750-1809), współtwórcę Ustawy Rządowej 1791, Tadeusza Kościuszkę (1746-1817) i Juliana UrsynNiemcewicza (1757-1841).
Paweł I miał troszczyć się o zdrowie Kościuszki, a jego wizyta u naczelnika w więzieniu została nawet upamiętniona w postaci przynajmniej kilku sztychów. Jeden z nich znajdował się jeszcze w czasach Steckich w Romanowie.
O wolność dla Polaków, walczących w insurekcji równocześnie (a może nieco wcześniej) imperatora prosił Iliński, przypominając wykupienie weksli. Argumenty pana na Romanowie miały być dla cara decydujące. Mimo początkowych obaw, że Polacy mogą wzniecić ponowne powstanie, Paweł I przychylił się do prośby Ilińskiego. Ogłosił amnestię ogólną, dzięki której z cytadeli petersburskiej uwolnieni zostali wszyscy, również ci trzej, powyżej wymienieni.
Działalność senatora, ewidentnie zbliżonego do carskiego dworu, naznaczona jego trudnym i zapewne zabawnym charakterem, dawała dowody na to, iż August Józef hr. Iliński polskości nie wyrzekł się.
Piękna to karta życia dziada mojej żony i słusznie rodzina szczycić się tem powinna, potomność przebaczyć śmieszności, o których dotąd mówią na wesołych zebraniach. (Henryk Stecki z Romanowa)
Był Iliński wyczulony na kwestie społeczne, edukację i sztuki piękne. Na realizację swoich zamierzeń w tych dziedzinach musiał mieć fundusze. Sam klucz romanowski odziedziczył po bracie Januszu (generale), otrzymał też spadek po stryju Stanisławie Janie Nepomucenie Ilińskim (ur. 1744), staroście cudnowskim. Jako poddany cara i będąc blisko jego dworu, został zasilony darowiznami w postaci dóbr oraz pieniędzmi kolejno od Pawła I, wielkiego księcia Konstantego oraz Aleksandra I.
Warto dodać, że te fundusze, szczególnie od Pawła I to nie do końca darowizny, ale zwrot za spłacenie owych weksli. Dalszym etapem carskiej wdzięczności stało się też nadanie Ilińskiemu licznych godności, starostw, nie mówiąc o wspomnianych orderach i tytule hrabiowskim.
W dobrach wołyńskich August Iliński został zapamiętany jako dobry gospodarz, bowiem wybudował m.in. fabrykę sukna ze 120 warsztatami, młyn parowy, założył hodowlę koni rasy angielskiej. Ufundował w Romanowie klasztory wizytek, szarytek i jezuitów. W 1803 r. przeznaczył fundusze na rzecz gimnazjum wołyńskiego w Krzemieńcu; w sumie na cele oświatowe wyasygnował 53.200 rubli srebrnych. Osobiście zajmował się założonym przez siebie pensjonatem dla panien z domów szlacheckich (siedzibę miał przy klasztorze wizytek), który potem przeniósł do Krzemieńca. W Romanowie Iliński założył też filialny konwikt dla studentów wydziałów filozoficznego, nauk wyzwolonych i języków Akademii Połockiej. Utworzył teatr, w którym grywano opery włoskie i balety. Mimo zamożności, nie ominęły go trudności, wynikające z wojny 1812 roku (tzw. druga wojna polska zwana też wojną ojczyźnianą, de facto początek klęski dominacji Napoleona I w Europie), która zachwiała jego finansami i działalnością zakładów produkcyjnych. Na uwagę zasługuje fakt, że wspomniany klasztor wizytek ufundował właśnie w tej kryzysowej chwili.
Najważniejszym dziełem społecznym Ilińskiego był Instytut Głuchoniemych w Romanowie, który powołał do życia aktem z 1805 roku, asygnując na ten cel 1 milion zł. Projekt Instytutu, co może dziwić, spotkał się z krytyczną uwagą Hugona Kołłątaja, który do Tadeusza Czackiego - zwolennika Instytutu - nerwowo powiedział: myślimy o fundacyi dla głuchoniemych, jak gdybyśmy już zaspokoili wszystkie inne potrzeby oświecenia tych, którzy słyszą i mówią. Przebywające w Instytucie dzieci i młodzież nie tylko były leczone lub też uczyły się żyć z kalectwem (pod opieką specjalistów), ale Iliński udostępniał im swoją bibliotekę, zbiory rycin i wszystko, co mogło być potrzebne ich edukacji oraz poprawie zdrowia. Fundusz był tak zorganizowany, aby jego następcy kontynuowali finansowanie Instytutu. Są dane, potwierdzające, że istniał on do 1850 roku. Z pewnością jednak wiadomo, nie warszawski ośrodek dla głuchoniemych przy Placu Trzech Krzyży był pierwszy, ale właśnie ten, zorganizowany i sfinansowany przez Augusta Józefa hr. Ilińskiego.
Był to wielki pan w swoim czasie, mieszkał w Romanowie, o kilka mil od Ułanowa. Pałac jego na wielką skalę z półokrągłemi pawilonami, wyglądał na monarchiczne mieszkanie. Miał ze dwieście pokoi, pyszny ogród z wodotryskami i kaplicą przy pałacu arcybogatą. Byłem tam u syna jego Henryka, gubernialnego marszałka wołyńskiego. Nie mogłem się napatrzeć bogactwu malowideł, mebli i zwierciadeł. Były tam oryginały najpierwszych mistrzów, stoły malachitowe, i taka ilość kosztownych sprzętów, że wielka ich część złożona była w pakach, bo w takim gmachu nie mogły się pomieścić. Okna ogromne, z jednostajnych tafel, zwierciadła na całą wysokość pałacu. Miał pokój osobny, duży, w którym stały meble z pokoi cesarzowej Katarzyny; wielkie łóżko po Ludwiku XVI i mnóstwo przedmiotów wysokiej wartości. W drugiej sali podłużnej mieściły się pamiątki po Janie III. Pyszna szkatuła z mahoniu, cała inkrustowana zlotem i emalią, ulubiony sprzęt tego króla. Na ścianach wisiały makaty zdobyte pod Wiedniem, zbroje całe jakby wczoraj robione, w błyszczące łuski, szyszaki, puklerze i strzały tatarskie. Utrzymywano tu muzykę nadworną wyborową i kapelmistrzów pierwszorzędnych. Był i teatr, na którym grywano opery włoskie. Gdyby ten gmach był w wielkim mieście, stanowiłby jedną z pierwszych ozdób jakiej wielkiej stolicy. (Fryderyk Krauze)
Słabością Ilińskiego – na którą mógł sobie pozwolić – był przepych rodowego pałacu i architektoniczny rozmach parku. Nie wiadomo czy monumentalna rezydencja powstała w miejscu wcześniejszej, czy też może nieco dalej. Ale i tak wrażenie musiało być wielkie, bo jak pisał Antoni Urbański, korpus pałacu otaczał las pysznych kolumn korynckich. Pałac miał mieć 100 pokoi (niektórzy piszą, że 125 lub nawet 154!), kaplicę, cenne rodzinne archiwum, bibliotekę. Poza malarstwem, pałac zdobiły rzeźby, głównie pochodzenia włoskiego, być może zakupione przez senatora Ilińskiego podczas jego podróży po słonecznej Italii, inne zaś pochodziły z Pałacu Michajłowskiego - ulubionej petersburskiej rezydencji Pawła I.
Wbrew obiegowym opiniom, to nie Józef August, a jeszcze jego ojciec Jan Kajetan Iliński wybudował dwupiętrowy pałac w Romanowie. Miejsce to wybrał z powodu jego bliskości do Żytomierza, a jak chce Jan Duklan Ochocki, również ze względu na okazałe lasy, pełne zwierzyny łownej. Pałac stanął nad rzeką Leśną, która w wyniku przekopania stała się przypałacowym kanałem. August Józef hr. Iliński ojcowski dom rozbudował i upiększył. Dobudował piętro w korpusie głównym oraz dostawił trzypiętrowe skrzydła, otaczając je owymi korynckimi kolumnami.
W angielskim parku August wystawił pomnik w kształcie piramidy, poświęcony pamięci brata, generała Janusza Ilińskiego, poległego pod Markuszowem.
Zbiory w Romanowie miał Iliński imponujące. I znów, jeżeli wierzyć Ochockiemu, na ścianach pałacu wisiało 295 obrazów najwybitniejszych twórców europejskich (włoskich, holenderskich) i polskich. Była kolekcja dzieł sztuki i mebli po Katarzynie II, w tym jej łoże. Przedmioty te ofiarował swemu finansowemu wybawcy niekochany syn imperatorowej, car Paweł I.
Wedle zapisów kronikarskich, w Romanowie miały też znajdować się meble po królowej francuskiej Marii Antoninie z jej wersalskiej rezydencji Petit Trianon.
Co do malarstwa, podajmy tylko kilka przykładów: Samarytanka Luca Giordano; Trzej królowie przy żłobku Chrystusa Jacopo Bassano; Charitas Bartolomeo Schedoniego; Trzy części świata Tycjana; Bitwa i Przechadzka Philipa Wuwermanna; Ofiara w Listrze Pietera Lastmana i inne.
Roman Aftanazy uważał, że trudno dziś ocenić, czy dzieła te były oryginałami czy kopiami. Dalej portrety, zapewne rodzinne, pędzla Bacciarellego, Grassiego, Lampiego (ojca) i innych. Był w tej kolekcji też portret słynnej Gertrudy z Komorowskich Potockiej oraz jej sióstr: Korduli Teodorowej Potockiej, a przede wszystkim żony Józefa Augusta,
Antoniny Eleonory hr. Ilińskiej (1770-1838).
Ta pyszna siedziba oraz folwarki romanowskie znajdowały się na fatalnym, podmokłym terenie. To miało przesądzić o upadku rezydencji, nie tyko pod względem ekonomicznym, ale – cytując obrazowe sformułowanie Idy Ilińskiej-Kaszowskiej – wszystko zaczęło się zapadać. Swoje też zrobiła rewolucja bolszewicka.
Pierwsze elementy degradacji zauważył Edward Chłopicki, który prawdopodobnie jako ostatni lub jeden z ostatnich, widział rezydencję w jeszcze niezłym stanie.
Dziedzictwo Romanowa w rękach Steckich
W 1876 roku, gdy właścicielami dóbr byli: wnuczka Augusta z mężem, Jadwiga z hr. Ilińskich (1824-1889) i Henryk (1823-1895) Steccy, pałac ogarnął potężny pożar. Pół roku wszystko się paliło! – opowiadała Ida Ilińska-Kaszowska. Mimo uratowania części zbiorów, a wobec słabnącej kondycji gospodarczej klucza romanowskiego, nie odbudowali oni tego wielkiego pałacu, wystawiając dla siebie mniejszy.
Ostatnim właścicielem Romanowa był syn Henryka i Jadwigi, Henryk Stecki jr. (ur. 1847), ożeniony z Henryką z Kurzenieckich, swoją kuzynką, córką Gustawa i Oktawii z hr. Ilińskich. Steccy należeli do troskliwych opiekunów spuścizny Ilińskich, posiadali też własne zbiory, utrzymując – jak podaje Tadeusz Epsztein, w Romanowie bibliotekę, kolekcję malarstwa i inne przedmioty po Auguście Ilińskim. Steccy uzupełnili kolekcję o archeologię i numizmaty.
Kategorie:
OGÓLNY OPIS PODCASTU
Rody i Rodziny Mazowsza
Mamy w Polsce i na Mazowszu całą mozaikę rodzin. Są rody wielkie, możne i zasłużone, które przez wieki miały znaczenie polityczne, wsławiały się mecenatem kulturalnym i szeroką działalnością filantropijną. O wszystkich tych rodach staramy się mówić w tej audycji, najczęściej z udziałem ich członków lub z pomocą historyków.
Odcinki podcastu (528)
-
Okolscy - z Wołynia do Warszawy
Z Wołynia do Warszawy
Okolscy są z Wołynia. Wśród aktów urodzenia, chrztów, ślubów i zgonów na Wołyniu, a szczególnie w powiecie ostrogskim, w parafii Tajkury i sąsiednich, jest bardzo wielu przedstawicieli tej rodziny. Musieli wszyscy trzymać się razem, gdyż pojawiają się jako krewni i powinowaci w dokumentach, np. jako rodzice chrzestni.
Nas interesują ci, którzy mieszkali właśnie na terenie parafii św. Wawrzyńca w Tajkurach. Pierwszą, pewną osobą jest Adolf Okolski (1864-1914), syn Józefa. Należał on do środowiska ziemian nie jako właściciel, a dzierżawca dóbr rodziny Zwolińskich z Choniakowa (najpewniej Leona 1847-1915), którzy w dzierżawę oddali mu folwark Nowostawce. Co ciekawe, los Zwolińskich i Okolskich musiał być podobny, bo obie rodziny znalazły się potem w Warszawie, a nekrolog Zwolińskiego już nie mówi o byłym obywatelu ziemskim, ale o urzędniku kolejowym.
Dość powiedzieć, że jeszcze potomkowie Adolfa Okolskiego (Adolf, Bolesław, Antoni, Norbert i Konrad) swoje początkowe lata życia spędzili na Wołyniu. W akcie ślubu Konrada informacje te potwierdzają się, a dalej dowiadujemy się, że był on w Warszawie, mieszkał na Pradze (ul. Sprzeczna, parafia św. Floriana), a ślub zawarł w kościele św. Dzieciątka Jezus, zaś wybranką została Leokadia Eisrych, nauczycielka.
Konrad Okolski, lekarz i “głowa” rodziny
Potomków Adolfa było kilkoro (kolejne generacje dożyły naszych czasów), ale dla nas kluczową postacią jest Konrad, brat Norberta i in., syn Adolfa z Nowostawiec i Felicji z Antoszewskich.
Konrad Okolski (1884-1952) uczęszczał do szkoły średniej w Łucku, ukończył I gimnazjum w Żytomierzu (1904), po czym studiował na Wydz. Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego. Uczestniczył w strajku szkolnym, w związku z czym został usunięty z uczelni. Naukę kontynuował na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, w 1909 r. uzyskując dyplom lekarski. W okresie studiów należał do „Spójni” i PPS. W 1910 r., po zdaniu egzaminów na uniwersytecie w Moskwie, uzyskał dyplom lekarski tej uczelni.
Po ukończeniu nauki pracował jako lekarz–wolontariusz w Szpitalu Dzieciątka Jezus w Warszawie, a następnie od 1912 r. był lekarzem cementowni „Wołyń” w Zdołbunowie. Jednocześnie prowadził prywatną praktykę, prowadził też działalność oświatowo–społeczną wśród Polaków.
Podczas I wojny światowej w 1914 r. zmobilizowany do armii rosyjskiej. Kontuzjowany na początku 1915 r., leczył się w Równem i w Czernihowie. Tam zorganizował dla polskich uchodźców kuchnie, ochronki, szkołę, bibliotekę i klub. W związku z tą działalnością skierowany na front.
Po rewolucji w Rosji (1917) został prezesem Związku Wojskowych Polaków 7 Armii i garnizonu Czernihowa. Był współorganizatorem polskich oddziałów wojskowych. Zdemobilizowany, powrócił do Zdołbunowa, a w końcu 1918 r. przyjechał do Warszawy.
Wstąpił wówczas do WP. W 1919 r. zorganizował szpital wojskowy w Skierniewicach.
Zweryfikowany jako mjr lek. z 1 czerwca 1919 r. i awansowany 1 lipca 1923 r. na ppłk. lek., był komendantem Szpitala Rejonowego w Skierniewicach. W czerwcu 1927 r. przeniesiony do rezerwy.
Od 1927 r. był lekarzem Kasy Chorych w Skierniewicach i prowadził wolną praktykę w tym mieście. Jednocześnie radny miejski, przewodniczący Powiatowej Rady Szkolnej, członek zarządu PCK. W 1932 r. został dyrektorem Szpitala Dzieciątka Jezus w Warszawie i specjalistą–ginekologiem w Centralnej Przychodni Kolejowej (od 1933).
Działacz społeczny; był prezesem Zarządu Głównego Związku Lekarzy Państwa Polskiego, członkiem stałej rady Naczelnej Izby Lekarskiej, przewodniczącym koło lekarzy Obozu Zjednoczenia Narodowego, prezesem Stowarzyszenia Lekarzy Kolejowych.
Podczas kampanii 1939 r. zorganizował dodatkowy oddział chirurgiczny w Szpitalu Dzieciątka Jezus, w którym leczył rannych żołnierzy i cywilów. Po zakończeniu walk jeden z organizatorów tajnego nauczania medycyny. Aresztowany w czerwcu 1940 r. przez Niemców, był więziony na Pawiaku, po czym 15 sierpnia uwięziony w obozie koncentracyjnym w Auschwitz. W sierpniu 1941 r. wykupiony, został zwolniony. Powrócił do Warszawy. Został lekarzem kolejowym i przychodni Szpitala „Przy Skarpie”. Od 1943 r. był ordynatorem oddziału gruźliczego w szpitalu na Grochowie. Współpracował z AK. Podczas powstania warszawskiego był komendantem Szpitala Dzieciątka Jezus przy ul. Lindleya. Po kapitulacji oddziałów powstańczych (2 października 1944) zorganizował ewakuację ciężko rannych do Milanówka, Grodziska Mazowieckiego i Piastowa, a sam jako jeden z ostatnich ewakuował się 7 października.
W 1945 r. powrócił do Warszawy i przystąpił do odbudowy Szpitala Dzieciątka Jezus, obejmując stanowisko jego dyrektora. W 1948 r. usunięty z tej funkcji, w kolejnych latach pracowałjako lekarz Ubezpieczalni Społecznej i lekarz kolejowy. W 1950 r. został inspektorem Lecznictwa i członkiem Obwodowej Komisji Lekarskiej.
Zmarł 26 września 1952 r. w Warszawie. Pochowany na tamtejszym Cmentarzu Parafialnym na Powązkach w Warszawie kwat. 239.
Odznaczony złotym Krzyżem Zasługi i Medalem Niepodległości.
Źródło: https://fundacja100.pl/krzyz-i-medal-niepodleglosci/lista-odznaczonych/konrad-okolski]
Rola Konrada Okolskiego dla rodziny była pierwszorzędna. On sam i jego dom stanowiły jakby centrum familijne, utrzymywał kontakty z członkami rodu, pomagał im. Sprzyjała temu uczuciowa więź, ale i jego pozycja zawodowo-społeczna.
W 1946 roku K. Okolski był również jednym ze świadków lat wojny i okupacji niemieckiej w Warszawie, o czym mówią zachowane w IPN jego zeznania – jako świadek przesłuchiwany był w Prokuraturze Specjalnego Sądu Karnego.
Okolscy w konspiracji i powstaniu warszawskim
Okres II wojny światowej w dziejach tej rodziny zostawił liczne ślady. Mierzyła się ona z ciągłym strachem i śmiercią. Zaangażowanie w Podziemie, walka, uczestnictwo w powstaniu warszawskim 1944 r. były konsekwencją wychowania domowego i przekazywanych wartości.
Poza opisanymi działaniami w czasie wojny doktora Konrada Okolskiego, nie sposób nie wymienić jego syna, Konrada jr. (1923-1944), młodego, pełnego ideałów przedstawiciela pokolenia Kolumbów.
Zaczynał, jak wielu z jego generacji, w harcerstwie. W konspiracji “Kuba”. Urodził się w Skierniewicach, przed wojną należał do 80. Warszawskiej Drużyny Harcerskiej. W czasie okupacji był członkiem Szarych Szeregów, a następnie Grup Szturmowych. Ukończył konspiracyjną Szkołę Podchorążych Rezerwy Piechoty. Uczestniczył w wielu akcjach bojowych, m.in.: "Pod Arsenałem", "Celestynów", "Góral", "Sieczychy", "Wilanów", "Pogorzel". Odznaczony dwukrotnie Krzyżem Walecznych oraz Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari.
W powstaniu warszawskim był dowódcą plutonu "Felek" 2. kompanii "Rudy" Batalionu AK "Zośka". Podczas walk na Woli, 11 sierpnia 1944 r. otrzymał śmiertelny postrzał w głowę. Pochowany w kwaterach baonu "Zośka" na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie. Źródło: [https://www.pap.pl/aktualnosci/news%2C1607614%2Cdokumenty-i-zdjecia-por-phm-konrada-okolskiego-ps-kuba-zaprezentowano-w]
Jako lekarz ("Bakcyl" Sanitariat Okręgu Warszawskiego Armii Krajowej - Szpital Powstańczy nr 1, gmach PKO, ul. Jasna – Świętokrzyska), w powstaniu warszawskim brała udział starsza siostra “Kuby”, Halina z Okolskich Kaczorowska (1915-1960), ps. Kalina. Była lekarzem, działała w tym samym miejscu, co jej ojciec Konrad. Po wojnie, co odkryliśmy przed nagraniem audycji, jej los też nie należał do łatwych…
I wreszcie, Wanda Jadwiga Okolska (1928-2024, po mężu Woltanowska), córka Norberta Okolskiego i Leokadii z Eisrychów. Jeszcze przed powstaniem straciła w czasie wojny matkę. Pseudonim AK “Mrówka”, łączniczka, do konspiracji należała od grudnia 1943 r., zajmowała się kolportażem, przenoszeniem rzeczy i wiadomości w związku z działalnością podziemną pozostałych członków rodziny, zanosiła paczki na Pawiak. W powstaniu ranna, w wyniku gangreny, straciła nogę. W jej przypadku widać tę ogromną więź Okolskich między sobą, bowiem po wojnie opieką objął ją stryj, ww. doktor Konrad Okolski. W zrywie 1944 roku w Warszawie uczestniczył także jej brat, Zbigniew Jan Okolski (1925-2019), walcząc na Żoliborzu.
Można powiedzieć, że to tylko część szerokiej biografii rodziny Okolskich, ale tradycja w kolejnych pokoleniach pozostała, jak też i dbałość o te, pamiątki, które pozostały – ich kopie (bo są kolejne generacje, które przejmą oryginały) zostały przekazane do Muzeum Powstania Warszawskiego, o czym w programie mówi p. Maria Kaczorowska-Kamińska, córka Haliny z Okolskich i Bogdana Kaczorowskich.
-
19.06.2025
-
51 min 49 s
-
-
Kaczorowscy z Przeczycy
Ta rodzinna historia wiąże się z Podkarpaciem i Sandomierszczyzną, Wołyniem oraz Lwowem, ale także z Warszawą ze względu na powstanie warszawskie. Można jeszcze dodać Wieluń, Łowicz, Skierniewice i Pułtusk, więc jesteśmy terytorialnie w różnych częściach kraju, w tym na Mazowszu; i jest o czym mówić.
Archiwa rodzinne bywają skromne. Z różnych powodów: słabej świadomości ich wagi, braku zainteresowania, ale najczęściej ze względu na pożogi wojenne i trudne losy ich twórców. Każdy skrawek papieru, który świadczy o przeszłości domu rodzinnego, jest więc na wagę złota. Do tego zdarzają się sytuacje zwyczajne w życiu, jak przeprowadzka, skłaniające właścicieli zbiorów do ich uporządkowania.
Jak pisałem w jednym z artykułów (Spotkania z archiwami prywatnymi i historią polskich rodzin ziemiańskich. Przykłady i refleksje [w:] Ziemianie i ziemiaństwo w domowych archiwach, red. W. Kaczmarek, Dobrzyca 2024, s. 11-17), przed audycją radiową nieczęsto mam dostęp do rodzinnego archiwum swoich bohaterów, więc niektóre historie wychodzą “na jaw” w trakcie nagrania. Tak też było w przypadku p. Marii Kaczorowskiej-Kamińskiej, która przed radiowym spotkaniem w swoim domu, przygotowała archiwalne, starannie uporządkowane w pudełkach, skarby…
Kaczorowscy h. Jelita, Asnykowie, Brzezińscy
Sięgnijmy do zapisków heraldyka Adama Bonieckiego, który opisuje genealogię Kaczorowskich h. Jelita, wymieniając: Macieja, pisarza kancelarii koronnej (1646), Bartłomieja z ziemi lwowskiej (1651), Pawła, pisarza skarbu koronnego (1654), Wojciecha, miecznika owruckiego (1678), Łukasza, stolnika czernihowskiego (zm. 1702). Pisze też o głośnym lekarzu w Poznaniu, Teofilu [Wawrzyńcu] Kaczorowskim (1830-1889), ożenionym z Franciszką z Wysockich (18331888), z którą miał córkę Zofię (1856-1876), żonę… Adama Snyka (1838-1897), poety. Dała mu ona syna Włodzimierza Asnyka (1876-1901), zmarła tuż po porodzie.
Według tradycji, którą potwierdza A. Boniecki, Kacper Kaczorowski brał czynny udział w konfederacji barskiej (1768-1772). Miał on własność, być może cząstkową, w jednej ze wsi powiatu pilzneńskiego.
W I Rzeczypospolitej do 1795 roku powiat pilznieński był najbardziej na południe wysuniętym obszarem województwa sandomierskiego. Wydaje się, że to jakoś tłumaczy fakt, że po konfederacji (w której brał udział również syn Kaspra, Franciszek Antoni) Kaczorowscy znaleźli się na terenie dla siebie bezpieczniejszym, pod zaborem austriackim. Już po I rozbiorze Polski, obszar ten został podzielony na część południową (austriacką) i północną (jeszcze polską, ale de facto stanowiącą protektorat rosyjski); granicę stanowiła Wisła. Być może udało im się przenieść na południe od rzeki po tym, jak Rosjanie zaczęli ścigać konfederatów. Nie wybyli zbyt daleko, bo Kasper pełnił funkcję komornika granicznego pilznieńskiego (1779).
Kasper i Salomea ze Szczodrowskich mieli kilkoro dzieci, a dla tej opowieści ważny jest jeden z ich synów, Henryk (1825-1902), ożeniony z Anną z Kropaczków.
I tu znów ciekawostka, którą odnalazł lokalny młody historyk Konrad Wiatr, wówczas uczeń LO im. Bartosza Głowackiego w Jodłowej – poprzez siostrę Anny, Ernestynę, rodzina Kaczorowskich jest spowinowacona z Brzezińskimi, czyli z przodkami Zbigniewa Brzezińskiego (1928-2017), politologa i sowietologa, doradcy do spraw bezpieczeństwa Jimmy’ego Cartera (1977–1981), prezydenta USA.
Interesujące, iż powiązanie to prowadzi też do rodziny Korybut-Woronieckich: Ernestyna z Kropaczków (1838-1930, córka Karola i Marianny z Ostrowskich), prababka polsko-amerykańskiego polityka, wyszła za Maksymiliana Woronieckiego (ślub 1863), syna Józefa i Marianny z Piotrowskich. Według nieżyjącego już Michała Woronieckiego, badacza tej familii, jest to gałąź prawdopodobnie austriacka, choć autor, aby to sprawdzić, nie zdążył dojechać na Podkarpacie, choćby na grób rodzinny Brzezińskich w Przemyślu (gdzie leży Ernestyna), a obecnie w wyjaśnieniu tych danych pomagają już źródła internetowe, jak np. Genetaka. Pamiątką zaś tych dociekań jest list prof. Zbigniewa Brzezińskiego do M. Woronieckiego (z pomyłką w nazwisku prababki).
Porządkując: Zofia z Woronieckich (c. ww. Ernestyny z Kropaczków) była żoną Kazimierza Brzezińskiego (1866-1924), sędziego w Przemyślu; ich syn Tadeusz (1896-1990), dyplomata, ożeniony z Leonią z Romanów miał pasierba Jerzego Żylińskiego oraz trzech własnych synów: Lecha, Adama i właśnie prof. Zbigniewa Brzezińskiego.
Przeczyca z cudowną figurą Matki Bożej
Przeczycę (gm. Brzostek, pow. dębicki, woj. podkarpackie), tj. majątek ziemski, w 1889 r. kupił Henryk Kaczorowski (1825-1907), emerytowany od roku kancelista sądów powiatowych, zasłużony dla swej nowej wsi m.in. przez wybudowanie drewnianej szkoły czteroklasowej i oddaniu nauczycielowi 3 morgów ziemi, na zachętę do podjęcia pracy.
Majątek przeczycki należał do opactwa tynieckiego, potem do dóbr biskupów krakowskich, a podczas zaborów Austriacy włączyli go do tzw. funduszu religijnego, aby ostatecznie sprzedać w ręce prywatne. W historii parafii pod pierwotnym wezwaniem św. Michała Archanioła w Przeczycy mamy trzy świątynie: najstarszą drewnianą (spaloną 1657 przez wojska J. Rakoczego podczas potopu szwedzkiego), drugą również z drewna, wybudowaną w 1687 roku, istniejącą do 1907 roku oraz kościół nowy murowany, powstały w latach 1904-1906, według projektu Stanisława Majerskiego (1872-1926), uznanego architekta przemyskiego.
Stając się kolatorem miejscowego kościoła, już słynącego z kultu maryjnego – figura gotycko-renesansowa Matki Bożej Przeczyckiej z końca XV wieku, Henryk z rodziną zaangażowali się w starania o koronację obrazu, w czym wspomagali proboszczów. Odbyła się ona 15 sierpnia 1925 roku.
Czasy Włodzimierza Kaczorowskiego
W kolejnym pokoleniu (ale jeszcze wspólnie z Henrykiem), do nowej świątyni (poza stałym wsparciem finansowym) Kaczorowscy ufundowali neogotycką ławę kolatorską, a w latach następnych trzy witraże. To były już czasy Włodzimierza Kaczorowskiego (1870-1952), który majątek od ojca przejął w 1901 roku, ucząc się zrazu malarstwa (SSP), a dalej łącząc prowadzenie rolnictwa z zatrudnieniem się w innych miejscach, np. w szkole, starostwie itp. Poszerzył istniejącą szkołę do poziomu ośmioklasowego, a z wsią żył w absolutnej zgodzie, wspomagając ją na każdym kroku. W pomoc konkretnym rodzinom i osobom wiejskim włączona była mocno jego małżonka, Olga z Mikosiów.
Artystyczne zdolności Włodzimierz Kaczorowski wykorzystał przy upiększaniu kościoła, podarowując, wiszący w bocznym ołtarzu do dziś, obraz. Malarstwo nie było jego domeną pierwszą, stąd trudno go znaleźć wśród popularnych artystów, wystawiających, robiących w tym kierunku karierę. Niemniej uważa się, że znane jego prace, w tym obraz Serca Jezusowego (1930), podarowany przez autora, jest dziełem dobrym. Pozostałe to najpewniej portrety rodzinne oraz istotna w jego twórczości tematyka religijna. Gdy kraj od wschodu zajmowali bolszewicy, w 1920 oku wystawił obok dworu kapliczkę z postacią Matki Boskiej z Lourdes i napisem “nie opuszczaj nas”. Pełne zaangażowanie się rodziny w sprawy kościoła lokalnego, w którym ważne było nie tylko utrzymanie świątyni, ale też aspekt kultu maryjnego, sprawiło, iż Włodzimierz Kaczorowski został szambelanem papieskim Piusa XI.
Interesy prowadził dobrze, posiadał cegielnię, kamieniołom, udzielał się także społecznie w różnych organizacjach i samorządzie, jak też prezesował lokalnemu Związkowi Ziemian. Jego pasją była też, o czym wspomina Maria Kaczorowska-Kamińska, hodowla koni. W czasie okupacji w 1942 roku powstały silosy na paszę dla zwierząt, choć być może wiązało się to z niemieckim zarządzaniem majątkiem.
Dwór, murowany w stylu polskim (jak chce P. Libicki, przypominającym wille miejskie), a przez pracownika Narodowego Instytutu Dziedzictwa (NID) nazwany modernistycznym, powstał w 1920 roku. W nim mieszkała rodzina właściciela, ale też inni krewni, którzy traktowali to miejsce jak gniazdo rodzinne.
Anna Aldona
Warto wymienić Anne Aldonę Kaczorowską, działaczkę Narodowej Organizacji Kobiet we Lwowie, obrończynię wiary katolickiej, obyczajowości, nienaruszalności małżeństwa, religii w szkołach oraz wychowania młodzieży. Zbliżona poglądami, choć nie należąca formalnie do Narodowej Demokracji, kandydująca do samorządu lwowskiego, postrzegana jako aktywistka kobieca, dziś powiedzielibyśmy, że była feministką, ale w duchu na wskroś katolickim. Niewątpliwie, jak w całej rodzinie, przemawiał przez nią głęboki patriotyzm, czego wyrazem była zwycięska walka o upamiętnienie bitwy pod Dytiatynem w 1920 roku. Był to majątek metropolii lwowskiej, ale dzierżawiony przez jej siostrę Jadwigę z mężem Stanisławem Michniewskim. Wielkim wysiłkiem formalnym (pisma, prośby, przekonywanie), jak i organizacyjnym doprowadziła do wybudowania kaplicy oraz umieszczenia tam prochów poległych w bitwie. Innym polem jej działania stałą się troska o polskość Kresów. Przy czym, aktywność społeczna we Lwowie poprzedzona została pomocą bratu w czasie, gdy niemal sama zarządzała majątkiem w Przeczycy.
Już po II wojnie światowej, Bogdan Kaczorowski (1892-1969), dr praw, filozof (UJ), przedwojenny starosta wieluński, a na kilka lat przed 1939 rokiem – pułtuski, gdy z córką zajeżdżał do Przeczycy, z sentymentem wskazywał na balkon pokoju, w którym mieszkał, gdy chętnie i często gościł u swego stryja Włodzimierza.
O losach ojca, matki, stryjów oraz innych członków rodziny, ale też o własnym odkrywaniu nieco zakurzonej wiedzy rodzinnej o Przeczycy, w programie opowiada p. Maria Kaczorowska-Kamińska, córka ww. Bogdana i Haliny z Okolskich.
-
15.06.2025
-
58 min 26 s
-
-
Libiszowscy i Armacińscy z Sosnowicy, cz. 2
Krystyna Krahelska (1914-1944), poetka, harcerka, etnografka (studentka Cezarii Baudouin de Courtenay-Ehrenkreutz-Jędrzejewiczowej), modelka do głowy warszawskiej „Syrenki”, w latach 1941-1942 napisała piosenkę „Kołysanka o zakopanej broni.” Wyraziła nią zachwyt nad faktem, że w Sosnowicy (pow. parczewski) już na początku II wojny światowej zawiązała się komórka Podziemia niepodległościowego, a Stanisław Armaciński – pracownik, bliski współpracownik Teodora Libiszowskiego, gromadzi broń. Ale nie używa jej, jak wiele band pseudopartyzanckich na Lubelszczyźnie do napadów na dwory, do celów rabunkowych, ale czeka na faktyczną walkę z okupantem niemieckim. Czeka na decyzje dowództwa i możliwości utworzenia oddziału. Stanisław Armaciński nie doczekał tej chwili, ale jego brat Bronisław walczył, będąc zastępcą komendanta włodawskiego Obwodu Armii Krajowej w Okręgu Lubelskim.
Krahelska znalazła się na Lubelszczyźnie z racji powiązań rodzinnych z tamtejszym ziemiaństwem, a dzięki temu, co zobaczyła i jak odebrała patriotyzm mieszkańców tego regionu, jej piosenka weszła do kanonicznego zbioru utworów wojennych, stałą się jedną z popularniejszych pieśni, choć występujących często pod skróconym tytułem.
Na terenie powiatu włodawskiego oraz bardziej na południowy wschód, to ziemie ordynacji zamojskiej lub tzw. alodialne, czyli będące poza ordynacją, a stanowiące własność różnych linii tej rodziny. Jednym z polityków, współpracujących od czasów jeszcze zaborów z Maurycym Zamoyskim, XV ordynatem zamojskim, był współtwórca niepodległości, Roman Dmowski. On też należał do kręgu gości, bywających w Sosnowicy u Teodora Libiszowskiego. Łączyły ich poglądy polityczne i podobny stosunek do pojęcia patriotyzmu.
W pierwszej audycji o Sosnowicy nasi goście przedstawili Libiszowskiego jako młodego gospodarza, rozwijającego rybołówstwo, a tym razem Teodor Libiszowski jako działacz społeczny, lokalny polityk oraz losy powojenne jego i potomstwa. A opowiadają: Jarosław Armaciński, prawnuk ww. Stanisława oraz Jeremi Doria-Dernałowicz, wnuk Teodora Libiszowskiego.
-
11.05.2025
-
41 min 18 s
-
-
Swieżawscy - św. Jan Paweł II, dzieje przyjaźni
Maj jest w polskiej historii miesiącem szczególnym. Świadczą o tym liczne daty, a wraz z nimi pamięć o wydarzeniach historycznych. Dla części społeczeństwa ważny będzie dzień 1 maja, a dla całego – 3 maja, w tym roku 234 rocznica uchwalenia Ustawy Rządowej – Konstytucji 3 Maja.
W Kościele powszechnym i polskim także istotne daty: św. Jan Paweł II (Karol Wojtyła) urodził się 18 maja 1920 roku, 13 maja 1981 roku miał miejsce zamach na papieża, a zanim objął on stolicę Piotrową, 29 maja 1967 roku został kreowany kardynałem.
Jan Paweł II zmarł 2 kwietnia 2005 roku, pogrzeb odbył się 8 kwietnia. Papież Franciszek zmarł 21 kwietnia 2025 roku. Daty może są tylko symbolem, ale pozwalają też lepiej pamiętać o osobach i wydarzeniach, nie są magią, ale czymś konkretnym.
Z Kościołem, nie tylko poprzez członkostwo w nim przez sakrament chrztu świętego, ale też dzięki kontaktom z duchownymi i hierarchami Kościoła, związana jest rodzina Swieżawskich. Prof. Stefan Swieżawski (1907-2004), historyk filozofii, autor wielu publikacji z tej dziedziny, jak np. Dzieje europejskiej filozofii klasycznej, Św. Tomasz na nowo odczytany, wydał także swoje dwutomowe wspomnienia. Przyjaźnił się z księdzem Karolem Wojtyłą, potem biskupem, kardynałem i papieżem Janem Pawłem II, będąc zrazu jego wykładowcą akademickim. Jan Paweł II od lat był nie tylko przyjacielem, ale też przewodnikiem duchownym całej rodziny Swieżawskich. Stefan Swieżawski ożeniony był z Marią ze Stadnickich z Nawojowej (1912-2004), mieli dwie córki: Helenę (1934-2019) Deskurową i Marię (1936-2010) Roqueplo.
Kiedy na antenie Polskiego Radia RDC („Radia dla Ciebie”) mówiliśmy w 2005 roku o zmarłym Janie Pawle II, wśród gości były wnuczki profesorostwa Swieżawskich: Dorota Roqueplo, Maria Deskur oraz Dominika Woźniakowska (1963-2010) – zmarła pięć lat później na chorobę nowotworową. Dn. 30 kwietnia br. przypadła 15. rocznica Jej odejścia. W związku z powyższymi datami, splotami wydarzeń, powiązaniami rodzinnymi i przyjacielskimi, w programie wyemitowaliśmy rozmowę z 2005 roku, która ukazała dzieje rodziny Swieżawskich poprzez jej bliskość z papieżem Janem Pawłem II oraz w ogóle z Kościołem powszechnym, stanowiąc też osobiste świadectwa.
-
01.05.2025
-
45 min 36 s
-
-
Leśnicy i artyści - Karpińscy z Siedlec
Tuż po II wojnie św. dwie artystki malarki – siostry Karpińskie – utworzyły w Siedlcach Miejską Szkołę Malarstwa i Przemysłu Artystycznego. Wprawdzie szkoła istniała tylko trzy lata, ale zostawiła po sobie trwały ślad w dziejach polskiej sztuki. Jej założycielki również miały swoją pozycję, a ich twórczość własna, przypomniana przez specjalistów, znajduje uznanie. Można ją oglądać m.in. na bieżącej wystawie w Muzeum Narodowym w Lublinie „Co babie do pędzla”, prezentującej twórczość polskich kobiet – artystek.
Siostry Karpińskie miały też interesującą historię rodzinną. Wprawdzie ich życie osobiste nie udało się (kochały, ale wybrańcy wcześnie zmarli), ale wcześniejsze dzieje ich rodziców i dziadków tworzą równie ciekawą opowieść rodzinną – kto wie, być może nawet wartą zekranizowania, jeśli nie w formie fabuły, to z pewnością dokumentu filmowego.
Irena (1901-1985) i Joanna (1902-1999) Karpińskie wraz z rodzicami i rodzeństwem do Siedlec, po wojennej tułaczce, przyjechały w 1920 roku. Częste zmiany miejsca zamieszkania są niemal normą w rodzinach leśników, a w tym zawodzie ich ojciec Józef (1875-1949) robił karierę, będąc m.in. uznanym pracownikiem lasów w Białej Cerkwi, w Dziembrowie u Sapiehów ze Spuszy (Grodzieńszczyzna), a potem m.in. pracując w Żerocinie (ob. Nadleśnictwo Międzyrzec), gdzie zresztą urodziła się Irena. Kulminacyjnym i stabilizującym życie rodziny było zatrudnienie w Dyrekcji Lasów Państwowych w Siedlcach.
O obu siostrach – artystkach plastyczkach, jak i o dziejach rodziny Karpińskich, zadomowionej w Siedlcach od 1920 roku, w programie mówiła dr Agnieszka Pasztor, kustosz w Muzeum Regionalnym w Siedlcach.
-
01.05.2025
-
47 min 31 s
-
-
Janusz Radziwiłł i jego rodzina
O JANUSZU ks. RADZIWILLE I JEGO RODZINIE
Jak słusznie zauważył p. Mikołaj Radziwiłł, gdyby położyć monografię polityczną Janusza Radziwiłła (1880-1967) autorstwa prof. ucz. dr. hab. Jarosława Durki obok najnowszej książki dr Anety Aleksandry Dudy, to mamy niemal całościowy obraz tej postaci. A ponadto, to jak opisała rodzinę Radziwiłłów Autorka, jest niemal gotowym scenariuszem na serial telewizyjny, co w samo w sobie jest świetnym pomysłem.
Książka badaczki ze Słupska jest ogromna i szczegółowa. I nie jest to opowieść bajkowa, tylko opracowanie naukowe, napisane na podstawie dogłębnej analizy źródeł, w tym – jak pisze recenzent prof. dr hab. Kazimierz Karolczak – dotychczas zupełnie niewykorzystanych, zarówno gospodarczych, jak i osobistych, zwłaszcza korespondencji rodzinnej. Poznajemy więc tym razem nie polityka, a głównie ziemianina – właściciela ziemskiego, przemysłowca, ordynata, głowę rodziny, ojca, męża, ale także szwagra, bowiem wątek relacji familijnych i finansowych z domem Lubomirskich jest w tej publikacji porządnie opisany.
Ponoć w pewnym momencie krążyła anegdota u „pań z towarzystwa”, że ten Łoś to pyta o hektary, a kto by to pamiętał i wiedział, ile hektarów w majątku było. Aneta Aleksandra Duda nie pozwala sobie na takie podejście do tematu; tam, gdzie to było możliwe pod względem źródłowym, opisuje, charakteryzuje majątki, wskazując także konkretne dane liczbowe. Ale podkreśla też całą działalność społeczną, najpierw Ferdynanda Radziwiłła (1834-1926), a potem jego syna, Janusza, ostatniego ordynata ołyckiego. Opowiada też o licznych i na różne sposoby przecinających się powiązaniach Radziwiłłów nie tylko z najbliższą rodziną, ale i z wieloma dalszymi krewnymi czy domami zaprzyjaźnionymi.
Innym razem, w 2010 czy 2011 roku, do „Wiadomości Ziemiańskich”, wraz z red. Zofią Pacuską, próbowaliśmy poprawić tekst jednego z Autorów, który opisywał postać Herakliusza Sebastiana Lubomirskiego (1926-1992), wskazując na jego trudną sytuację życiową, ale bezwiednie i nie złośliwie, nie do końca prawdziwy. Miałem szczęście, bo żyła jeszcze wtedy jego pierwsza żona, Anaida Kurulanc (1927-2011), z którą wrócił z zesłania, gdzie musiał dosłownie walczyć o przetrwanie… Pani Anaida pokazała mi nóż i chleb z kieszeni męża… Zrozumiałem wówczas, jak dalece wojna niszczyła ludzi, jakie ofiary powodowała. Dwaj bracia Anny Januszowej Radziwiłłowej, a więc Hubert (1875-1939, ojciec Herakliusza) i Adam (1873-1940) Lubomirscy zginęli z rąk sowieckich na początku wojny i okupacji. Znam więc końcówkę tej tragicznej historii, zaś z książki dr Anety Aleksandry Dudy mogłem poznać wcześniejsze wydarzenia, też niełatwe, kiedy bracia Anny nie umieli poradzić sobie w życiu – co skutkowało podupadaniem majątków – a Janusz Radziwiłł szczególnie, ale i Maria Franciszkowa Zamoyska z Bortnik wspomagali braci i szwagrów, zapewniając im godziwe życie. Jest w tej historii także to, co oczywiście socjologicznie nazwalibyśmy klanowością, ale skuteczną w praktyce: najbliższym, gdy mają kłopoty, podaję się rękę. Nie tylko z pobudek rodzinnych, lecz również religijnych.
Wracając do głównego bohatera książki, wokół której toczy się opowieść i dysertacja naukowa zarazem: Janusz Radziwiłł to wielki autorytet w polityce (przy także istniejących przeciwnikach, co naturalne), w społeczeństwie polskim, w rodzinie oraz w społecznościach lokalnych – tam, gdzie były dobra ziemskie, lasy, tartaki, cukrownie; patriota, mimo potocznej nazwy tej części rodziny, czyli linii berlińskiej Radziwiłłów. Zaczęła dr Ewelina Wanke (pisząca o Ferdynandzie Radziwille), kontynuuje dr A. A. Duda – obie badaczki są zgodne co do tego, że opuszczenie Wilhelmstraße 77 i osiedlenie się w Warszawie, Nieborowie, w Ołyce czy Szpanowie pozwoliło służyć Polsce w pełni i z przekonaniem, wypływającym z poczucia polskości.
O Radziwiłłach z tzw. linii berlińskiej, w programie mówi dr Aneta Aleksandra Duda, autorka książki, Ordynat ołycki książę Janusz Radziwiłł i jego rodzina. Społeczno-ekonomiczny obraz polskiej rodziny arystokratycznej od II połowy XIX wieku do 1939 roku.
-----------------------------
Aneta Aleksandra Duda, Ordynat ołycki książę Janusz Radziwiłł i jego rodzina. Społeczno-ekonomiczny obraz polskiej rodziny arystokratycznej od II połowy XIX wieku do 1939 roku, red. Ilona Kalamon z Zespołem, recenzja wydawnicza: prof. dr hab. Kazimierz Karolczak, dr hab. prof. UK Jarosław Durka; Lublin 2024, Wydawnictwo Naukowe Episteme; ss. 1230, indeks osób, bardzo bogata Bibliografia, rysunki, tabele, wykresy, ikonografia (domena publiczna i rodzinna).
---------------------------
Audycje, poświęcone bezpośrednio i pośrednio tzw. berlińskiej linii Radziwiłłów (historia i współczesność), wejdź na tytuł, kliknij:
Postać Ferdynanda Radziwiłła, marszałka seniora Sejmu Ustawodawczego II RP
-
21.04.2025
-
45 min 30 s
-
-
Niegów - klasztor w otoczeniu historii
Urokliwe miejsce
To piękny, podwarszawski region, obszar Puszczy Białej, położony w dolinie dolnego Bugu, pośród sosen, wiekowych dębów oraz wzdłuż międzynarodowej trasy szybkiego ruchu S8. Nad Niegowem (gm. Zabrodzie, pow. wyszkowski) dominuje wiadukt. Ludzie naturalnie cieszą się, bo jego wybudowanie ułatwiło poruszanie się między dwiema stronami wsi. Tuż przy przystanku autobusowym znajduje się przedwojenny młyn. A zaraz potem cmentarz parafialny, na którym obok rzeszy mieszkańców tej miejscowości, pochowani są dawni właściciele tutejszego folwarku oraz znajduje się kwatera sióstr Samarytanek.
Zgromadzenie Sióstr Benedyktynek Samarytanek Krzyża Chrystusowego
Matka Wincenta (Jadwiga) Jaroszewska
W kwaterze sióstr znajduje się m.in. grób Marii Jędrzejowicz (1887-1966, c. Mariana i Ludwiki z Jędrzejowiczów), która ostatnich dni dożyła u gościnnych Samarytanek, a zaraz potem jest centralnie umieszczona mogiła m. Wincenty - Jadwigi Jaroszewskiej (1900-1937), założycielki Zgromadzenia. Jej zbyt krótkie życie naznaczone zostało najpierw wczesną utratą rodziców, a potem postanowieniem, że biednym upadłym kobietom (prostytutkom), które znała jeszcze z Piotrkowa, należy pomóc. Drugą jej troską byli chłopcy z zaburzeniami psychicznymi. Obie grupy w latach przedwojennych znalazły się poza marginesem społeczeństwa.
Matka Wincenta w zajmowaniu się prostytutkami oczywiście nie była pierwsza, bo już pod koniec XIX w. Antoni Wysłouch, lekarz wenerolog pisał, że przymusowe wciąganie dziewcząt do regestów i tworzenie tym sposobem klasy prostytutek uważam w najwyższym stopniu za niemoralne [A. Wysłouch, Ohyda wieku [w:] „Krytyka Lekarska”, Warszawa 1902, s. 7], ale problem nie zniknął, przeciwnie narastał, więc matka wzięła się do pracy. I potem ktoś zauważył, że gdy pojawiała się w szpitalu św. Łazarza (jeszcze jako założycielka stowarzyszenia, nie zakonu), kobiety te jakoś przychylnie i bez strachu traktowały jej habit, z czasem nabierając do niej zaufania. I nie bała się ludzkich głosów, że przecież osobie z dobrego domu nie godzi się wchodzić do szpitala z „tymi” kobietami.
Interesowała się już od początku swej posługi (jeszcze jako osoba świecka) nie tylko kobietami upadłymi: W latach 1933 czy 1934 w Piotrkowie szwagierka moja Jadzia, tzn. m. Wincenta, zwróciła się do mnie, aby ułatwić jej wejście na teren więzienia, ponieważ miałem wówczas możliwość służbową ułatwienia jej. Szwagierka z właściwą sobie energią, przy pomocy władz więziennych, zapoznała się z życiem więźniów, żywo interesując się ich warunkami. Przeprowadziła z niektórymi więźniami rozmowy. Jak mogłem się przekonać, w jej ówczesnych planach leżało podjęcie w swym zakonie opieki duchowej nad więźniami. [Z listu Henryka Izdebskiego, dnia 11 XI 1964 r.; Archiwum ss. Samarytanek w Niegowie, wyb. s. Margarita Brzozowska OSBSam]
To troskliwe spojrzenie na potrzebujących wykluczonych, nie przeszkadzało matce Wincencie na budynku kupionego dworu w Niegowie, który został Domem Generalnym Samarytanek, umieścić w herbie rodzinnej Zagłoby; zresztą jedna z arystokratek mówiła: Chyba mnie dość dobrze wychowano, żebym potrafiła przejść przez bagno [M. Miller, Arystokracja, Warszawa 1998, s. 7]. Idąc tym grzęzawiskiem, Wincenta pomagała jak umiała, swoją ideą zaraziła też inne siostry, a stowarzyszenie powoli przekształciła w Zgromadzenie zakonne, sięgając do reguły benedyktyńskiej. Żyła krótko, ale tym, co dane jej było przeżyć i zrobić, można by obdzielić kilka osób.
Zdążyła jeszcze około siedmiu lat pożyć w tym urokliwym miejscu, które na kredyt – bo niby skąd miała mieć pieniądze – kupiła od pań Dzierzbickich. Dom, czyli dwór w stylu renesansowej willi włoskiej plus ziemię, o łącznej powierzchni ponad 74 ha. W Niegowie utworzyła więc Dom Generalny swego zakonu, ciesząc się, że wokół jest tyle przyrody, że jest prawdziwy gazon z podjazdem, że siostry i podopieczni będą mieli swój kawałek ziemi.
Panie Józefa Dzierzbicka i jej córka Anna Wyszyńska miały roszczenia, że raty kredytu nie spływają na czas. Ale Wincenta, tak jak m. E. R. Czacka w Laskach i m. Marcelina Darowska w Szymanowie, oddawała wszystko Bogu, zawierzała. Udało się w 1942 roku; po spłaceniu rat uzyskała zaświadczenie od byłych właścicielek, że nie mają pretensji. Józefa Dzierzbicka i Anna Wyszyńska zresztą nie opuściły swojej ziemi, bo na reszcie całkiem sporego majątku, nadal gospodarowały, a piękny murowany dwór, zastąpiły skromniejszym, drewnianym; nie ma dziś po nim śladu.
Wszystko, co trwałe, ponadczasowe i ważne, w Niegowie (jak i w okolicach) jednak pozostało. Jest klasztor, są domy pomocy społecznej w typie tzw. rodzinek, jest wreszcie dziedzictwo kulturowe: dom zakonny, młyn, późno klasycystyczny kościół, jak i pamięć o postaciach z historii, o bohaterach i zwykłych ludziach. Na cmentarzu, tuż za bramą stoi kaplica grobowa ks. Floriana Gieczyńskiego (1793-1866), proboszcza niegowskiego i kompozytora, bo to taki skrawek ziemi, na której jest jak u Reja: pan, wójt i pleban.
Niegowscy dziedzice na cmentarzu
A pośród dawnych właścicieli, którzy też oddawali ziemię pod nekropolię, pochowani tam są:
- Piotr Zieliński (1813-1893), właściciel Niegowa, kolekcjoner dzieł sztuki; sfinansował podróż Ludwika Norwida (brata Cypriana) do Francji. Był świadkiem na ślubie Pauliny z Norwidów (siostry poety, Niegów 1838) i Jana Suskiego, właściciela Wólki Słopskiej.
- Stanisław Marian Starża-Dzierzbicki (1862-1920), mąż Józefy z Lewandowskich, współwłaścicielki Niegowa.
- Zosia Wilczyńska (1864-1864), córka posesora (nadzorcy) majątku niegowskiego.
- Bronisława Deskurówna (1857-1859), córka Bronisława (1835-1895), właściciela Niegowa, założyciela pobliskiego Deskurowa, powstańca styczniowego 1863, i jego żony Teresy z Bobrownickich. Bronisław Deskur był fundatorem dzwonów kościelnych w Niegowie. Nagrobek z piaskowca w stylu klasycystycznym, został odrestaurowany przez rodzinę, w czym walny udział miał kard. Andrzej Maria Deskur (1924-2011, s. Andrzeja L. i Stanisławy z Kosseckich), stryjeczny prawnuk Bronisława.
- Bracia Zielińscy: Leon (1836-1846) i Bronisław (1844-1855), synowie właściciela Wólki Słopskiej Józefa Zielińskiego (1811-1892), rodem ze znanej rodziny ze Skępego (i Józefy z Jażwińskich), sędziego pokoju okręgu radzymińskiego, fundatora dzwonnicy.
- Aleksander Ihnatowicz (1847-1882), drugi mąż Józefy Pauliny z Szyszków, dziedziczki niegowskiej, córki Pauliny z Dobrowolskich; radca stanu. Do Niegowa sprowadził się z Litwy. Nagrobek Ihnatowicza ujawnia wpływ kultury francuskiej. Jest to eklektyczna forma z klasycystycznymi elementami zdobniczymi: tablica inskrypcyjna z kartuszem, po bokach ornamenty roślinne z motywem akantu, krzyż z ciekawymi motywami roślinnymi. Nagrobek został wystawiony sumptem żony, która prosi przechodnia o anielskie pozdrowienie.
- Wojciech Orłowski (1864-1906), trzeci mąż Józefy Pauliny z Szyszków. Z początku był on administratorem dóbr niegowskich Józefy P. 1° Dobrowolskiej, 2° Ihnatowiczowej, z czasem oboje pobrali się. Nie mając potomstwa, Józefa P. Orłowska (już jako wdowa, zm. 1926) w testamencie dobra niegowskie zapisała swej dalszej krewnej, Józefie Annie z Lewandowskich (1872-1960, jej mąż Stanisław Marian Starża-Dzierzbicki 1862-1920) oraz jej dzieciom; Annie Władysławowej Wyszyńskiej (1898-1994) i Wacławowi (1896-1967). Od nich to właśnie m. Wincenta zakupiła zespół dworsko-parkowy w Niegowie.
s. Benigna – „Anioł śmierci”
Poza Niegowem, Samarytanki w Warszawie prowadziły dom, w którym poprzez opiekę i dyskretną resocjalizację warszawskie prostytutki wracały do społeczeństwa. Kolejny piękny dom – willa na tzw. Henrykowie (ob. dzielnica Białołęka) przy ul. Modlińskiej 257, był miejscem pracy s. Benigny, czyli Stanisławy Umińskiej (1901-1977), córki Antoniego i Walerii z Wiśniewskich. Była uzdolnioną, chwaloną przez Leona Schillera aktorką, rozwijającą swą karierę z sukcesem. Zaręczyła się z Janem Marcelim Żyznowskim (1889-1924), artystą malarzem, pisarzem i scenografem, który zachorował na nowotwór. Po kolejnym etapie leczenia, gdy nie mógł znieść cierpienia, w paryskim szpitalu, gdzie przebywał na kuracji, poprosił narzeczoną, aby odebrała mu życie. Ona, w stanie wzburzenia, chcąc spełnić jego wolę i uwolnić go – z miłości wszak, od cierpienia, zastrzeliła swojego oblubieńca. Proces sądowy był głośny, wyrok uniewinniający. Ona jednak nie umiała pogodzić się z moralną, negatywną oceną czynu; jej sumienie silnie protestowało. Szukała początkowo możliwości powrotu na scenę, ale czuła, że z takim obciążeniem nie będzie to możliwe. Jeszcze we Francji została przyjęta do domu ss. Benedyktynek, gdzie powoli powracała do psychicznej równowagi. Po powrocie do kraju i gdy zrozumiała, że aktorstwo już nie jest jej drogą życiową, postanowiła wstąpić do zakonu. Aleksander Zelwerowicz zapytał m. Wincentę Jaroszewską, czy nie przyjęłaby nowej adeptki do Zgromadzenia, na co uzyskał zgodę, pokierowaną zrozumieniem i wyrażoną otwartością. W ten sposób Stanisława Umińska została Samarytanką, która w sposób szczególny podjęła się pracy, ale i kontynuowała, zaczęty jeszcze we Francji rozwój duchowy. Swoje doświadczenia, zarówno te traumatyczne, jak i zawodowe, z wielką siłą i oddaniem wykorzystywała w pracy z „upadłymi kobietami” w Henrykowie przed wojną, ale i w czasie okupacji, podczas której przy Modlińskiej chroniono Żydów, a aktorzy razem z s. Benigną tworzyli teatr.
Dom w Henrykowie, dzięki wieloletnim staraniom Fundacji AVE, wraz z jego prezesem Bartłomiejem Włodkowskim, został odrestaurowany i będzie służył działaniom na polu kultury na Białołęce.
Dziedzictwo i kontynuacja
Dziedzictwem i trwającą pracą Zgromadzenia są nadal domy pomocy społecznej, w których mieszkają osoby z niepełnosprawnością intelektualną, a kolejne pokolenia sióstr wypełniają misję m. Wincenty Jaroszewskiej, która pisała: Wychowując - musimy stać się matkami duchowymi. Ale nie takimi matkami, które umieją tylko morały prawić, a same brzydzą się upośledzonymi dziećmi i kalekami, często stają się niedelikatne jak one. My musimy być matkami. Trzeba dać dziecku troszkę serca... Musimy mu zastąpić matkę... Nie tylko dać kawałek chleba, ale wczuć się w jego radości i smutki, musimy poznać jego życie! [WP 68; wyb. s. Margarita Brzozowska OSBSam).
O historii zgromadzenia Sióstr Benedyktynek Samarytanek Krzyża Chrystusowego, z uwzględnieniem posługi jego założycielki, m. Wincenty oraz dziejów Domu w Niegowie, w programie opowiadała s. Margarita Brzozowska OSBSam, w asyście m. Anuncjaty (Elwiry) Zdunek, przełożonej generalnej Zgromadzenia.
-
20.04.2025
-
52 min 04 s
-
-
Niegów - w starym młynie
Młyn, pizza i młocarnia
Młyn, stojący niemal tuz przy ruchliwej trasie S8 w Niegowie (gm. Zabrodzie, pow. wyszkowski) jest z okresu międzywojnia. Jego budowę rozpoczął w 1923 roku Marian Dąbrowski i w rękach jego rodziny pozostawał on do końca. Urządzenia mechaniczne, mlewniki, silnik i inne pochodzą jeszcze z XIX wieku. Gdy przyjechał go zobaczyć badacz z tytułem profesorskim, zajmujący się zabytkami młynarstwa, nie sądził, że znajdzie w pełni sprawny obiekt; był w szoku. Dzięki staraniom miłośników zabytków techniki i historii, mechanizm młyński jest stopniowo restaurowany. Młyn stał się miejscem spotkań mieszkańców wsi i gości, przybywających do niego np. na Europejskie Dni Dziedzictwa (EDD). Murowany młyn motorowy z Niegowa zbudowano z prefabrykatów, co wówczas stanowiło szczyt nowoczesności, stąd i jego nazwa „Nowość”.
Młyn młynem, ale w budynku i obok, znajdują się przedmioty, z których część już kiedyś była prezentowana: uratowane meble, pająk pod sufitem, czy tkane chodniki. Znajdowały się one w regionalnej izbie szkolnej w Zabrodziu, utworzonej przez tamtejszym pioniera w tej dziedzinie, śp. Józefa Kućmierowskiego (1945-2014). Wielka szkoda, że izby już nie ma, ale cieszy, że przedmioty te trafiły pod opiekę Stowarzyszenia na Rzecz Gminy Zabrodzie „Bractwo Zabrodzkie”.
Poza młynem, można tam zobaczyć piec chlebowy pod wiatą. Pieczono w nim nie tylko tradycyjny chleb, ale i… pizzę. Obok jednak jest rarytas: młockarnia „Kutnowianka” – cudo z Fabryki Maszyn i Narzędzi Rolniczych Kraj Alfreda Vaedtke w Kutnie.
Takimi młockarniami szczyciły się majątki ziemskie, stawiające na rozwój i nowoczesność. Ciekawe, czy miały taką młockarnię Józefa z Lewandowskich Dzierzbicka (1872-1960) i jej córka Anna Wyszyńska (1898-1994), ostatnie współwłaścicielki Niegowa, a może i Stanisław Ścibor-Marchocki (1926-2015), wieloletni dyrektor PGR Niegów?
Dziedzic w PGR
Córka p. Stanisława, Maryla Ścibor-Marchocka opowiadała w audycji radiowej o uroku drogi, którą pokonywała, idąc do Głuch, gdzie urodził się Cyprian Norwid, gdzie mieszkał zapomniany rzeźbiarz, Bolesław Jeziorański. A matka generalna Samarytanek, s. Anuncjata Zdunek oraz s. Margarita Brzozowska przypomniały, że „Ścibor”, jak go nazywali wszyscy, na niedzielne msze św. z córką chodził do kaplicy sióstr – był z klasztorem blisko, a zakonna siostra ekonomka wie, że i współpraca PGR-u ze Zgromadzeniem stanowiła o ich wspólnym współistnieniu na tym skrawku Mazowsza. Zapewne niewielu wiedziało w Niegowie, że ten noszący się niemal po wojskowemu, poważny dyrektor PGR-u ma za sobą nie tylko ziemiańską przeszłość rodzinną, ale też własne „przygody” z UB, wyroki, więzienie, tylko za to, że kochał Polskę, że walczył o nią zarówno w czasie wojny, jak i jako Żołnierz Niezłomny. I choć może sumiasty wąs mógł zdradzać jego korzenie, to nie był to czas, by do nich przyznawać się, co nie znaczy, że władza ludowa o nich nie wiedziała. A on, jak znów wspomina córka Maryla, opowiadał ludziom w Niegowie historię Polski. Nie wynoszący się ponad innych, twardy, ostry, ale zawsze sprawiedliwy i po cichu, po swojemu traktujący pracowników jak ojciec, a ziemię jak matkę, bo to ona – niezależnie od tego, czy ktoś herbowy czy spod strzechy – dawała chleb. A nie wszyscy mieli do niego łatwy dostęp, nie tylko na często (choć nie zawsze) biednej wsi, ale też w mieście, do którego niby to na służbę trafiały ubogie dziewczyny.
W ogóle – choć opowiemy o tym innym razem – lata powojenne w Niegowie był trudne, ale i ciekawe. Stanisław Ścibor-Marchocki, obejmując PGR w Niegowie, usłyszał od zwierzchników, że jeśli jemu nie uda się uratować podupadającego gospodarstwa, to ono zostanie zlikwidowane.
Tymczasem po młynie w Niegowie w programie oprowadzają: Arkadiusz Redlicki, prezes Stowarzyszenia na Rzecz Gminy Zabrodzie „Bractwo Zabrodzkie” oraz matka Anuncjata Zdunek, przełożona generalna Zgromadzenia Sióstr Benedyktynek Samarytanek Krzyża Chrystusowego w Niegowie.
-
20.04.2025
-
28 min 04 s
-
-
Libiszowscy i Armacińscy z Sosnowicy, cz. 1
Słynną Sosnowicę (ob. pow. parczewski) od Sosnowskich kupił Alfons (1840-1894), a po jego śmierci odziedziczył syn, Teodor Libiszowski (1878-1966). Otrzymał majątek zadłużony. Szukając sposobu na jego ratowanie i rozwój, pomyślał o piasku, który przydałby się do produkcji szkła. Gdyby mu to wyszło, być może konkurowałby z Hordliczkami? Ale, że w badaniach piach okazał się marny, za czyjąś namową Libiszowski pomyślał o rybołówstwie. Pomiędzy dwoma jeziorami wykopał stawy rybne, zasilając je głównie karpiem. Chcąc lepiej poznać nową branżę, wraz z dr. Franciszkiem Staffem, pojechał do Rudy Malenieckiej, gdzie przyszły profesor, sławny ichtiolog prowadził już Doświadczalną Stację Rybacką. Biznes ruszył i okazał się złotą żyłą, na której skorzystali Libiszowscy, ale i współpracujący z nim specjaliści: Kazimierz Wypiórkiewicz (pochodzący zresztą z Rudy Malenieckiej) oraz Stanisław Armaciński.Po latach w warszawskim mieszkaniu spotkali się: Jeremi Doria-Dernałowicz, wnuk Teodora Libiszowskiego oraz Jarosław Armaciński, prawnuk Stanisława. Reforma rolna wprawdzie wygnała Libiszowskiego z gospodarstwa rybnego, ale Armacińscy dalej tam są i hodowlę ryb prowadzą.Sosnowica więc to nie tylko smutna opowieść miłosna o Ludwice z Sosnowskich i Tadeuszu Kościuszce, ale też o gospodarce stawowej, która w swoich czasach była nowoczesna, a łączyła w sobie sukces ekonomiczny z elementami doświadczalno-naukowymi.Rodzinne wspomnienia z Sosnowicy w programie roztaczali: Jeremi Doria-Dernałowicz i Jarosław Armaciński-
06.04.2025
-
45 min 44 s
-
-
Hordliczkowie - przemysłowcy i ziemianie, cz. 2
Jedna z byłych ziemianek, zaraz po II wojnie światowej, podczas wizyty adoratora swej córki, usłyszała od młodego człowieka, że jest on krewnym lub powinowatym znanego i szanowanego wykładowcy jednej z uczelni wyższych. Zupełnie bezwiednie zapytała: Rozumiem... tak... A to, z których [jest] pan Kowalskich, z tych dużych czy z tych małych? Na co młodzieniec przytomnie odpowiedział: z tych najmniejszych, łaskawa pani.
Anegdota ta pokazuje różnice wewnętrzne w środowisku ziemiańskim. Choć było to już po 1945 roku, nie istniała struktura społeczna sprzed wojny, starsza pani nadal myślała kategoriami kręgu społecznego, w którym wyrosła i spędziła część dorosłego życia.
Z kolei, przedstawiciel Hordliczków, będąc u swojej czeskiej siostry w Pradze, czuł, iż jest ona pełna podziwu dla niego i całej polskiej linii tej rodziny, że na ziemiach polskich osiągnęła ona nie tylko sukces ekonomiczny, ale i społeczny. Siostra, mieszkająca w stolicy Czech, bynajmniej nie znajdująca się na nizinach społecznych, uznawała jednak wyższość brata i fakt, że zaliczał się on do elit.
Na czym jednak polega różnica? Ziemianie w Polsce, poza kapitałem ekonomicznym, szczycili się również „starożytnością” rodu, a więc pochodzeniem sięgającym wieki wstecz, jak również naturalnymi, rodzinnymi oraz towarzyskimi relacjami ze światem ziemiaństwa, a niekiedy arystokracji. Mówiono o Malczewskich (rodzinie malarza), choć dawno nie posiadali żadnego majątku, ale cały czas obracali się w tym samym kręgu, tak jakby nic w życiu tej rodziny nie zmieniło się.
Hordliczkowie, dotarłszy do tej wysokiej pozycji w burżuazji i ziemiaństwie polskim, wykonali wcześniej gigantyczną pracę. I trudno sobie wyobrazić, aby ktoś z tej rodziny o swoim krewnym powiedział, że jest z „małych” lub „dużych” Hordliczków. Więź między nimi wydaje się naturalna i oczywista. I nie była podyktowana statusem ekonomicznym. Co najwyżej można zauważyć, iż ze względu na „obcy” początkowo grunt, czyli środowisko polskie, z pewnością łączyło ich pochodzenie narodowe. Z czasem i to się zmieniło, bowiem spolonizowali się, a Agata Hordliczkówna, mówiąca z troską, że „nie o takiej Polsce myśleliśmy”, jest na to dobitnym przykładem.
Trudno powiedzieć, jakby zachowali się, gdyby spotkało ich to, co Lilpopów. Z identycznego poziomu społecznego, Stanisław Wilhelm Lilpop (syn przemysłowca obcego pochodzenia i ziemianin), liczył, że jedyna dziedziczka jego dóbr brwinowskich, Anna, wyjdzie za mąż za Krzysztofa księcia Radziwiłła z Sichowa. Radziwiłłom jednak ten mariaż nie przypadł do gustu, nie doszło do niego, a Anna za to wyszła za mąż za Jarosława Iwaszkiewicza, co z kolei początkowo nie podobało się zamożnemu Lilpopowi, bo jakże to z pracy piórem można utrzymać rodzinę?
Hordliczkowie z pewnością mieli ambicje osiągnięcia pozycji ekonomicznej i społecznej. To się im udało, ale mimo późniejszych mariaży z członkami polskiego ziemiaństwa, nie traktowali tego jako cel sam w sobie. Jak mówi w programie dr Anna Ogonowska – to jednak byli Czesi.
Pod każdym względem więc, dzieje rodziny Hordliczków niejako wymykają się polskim stereotypom, co nie przeszkadzało im na dostosowanie się czy przyjęcie bezwiednie za własny kodu kulturowego polskich elit ziemiańskich i burżuazyjnych (zachowania, obyczaj towarzyski, filantropia, szczególny - pozytywny stosunek do pracowników, potrzeby życia kulturalnego, wykształcenie młodzieży, wychowanie itd.).
Jest coś, co bardzo wyraźnie charakteryzuje rodziny pochodzenia obcego w Polsce, a co budziło zdziwienie szczególnie u okupanta niemieckiego, że w ogromnej większości opowiedziały się one po stronie polskości. Tak też było u Hordliczków, o czym świadczy ich zaangażowanie w Podziemiu, udział w powstaniu warszawskim 1944 roku i osobiste historie członków rodziny z pokolenia wojennego.
O tym, co charakterystyczne dla tej rodziny oraz niejako o efektach ich przybycia, a potem zakorzenienia się w Polsce, w drugiej części programu mówią: dr Anna Ogonowska, prezes Fundacji Koszary Przywróćmy Pamięć, Krzysztof Kot, wiceprezes Fundacji i Krzysztof Czyżewski, potomek (z młodego pokolenia) rodziny Hordliczków.
-
23.03.2025
-
50 min 08 s
-
PODCASTY
Inne z tej kategorii
-
10 odcinków
-
Debata RDC z okazji Ogólnopolskiego Dnia Walki z Depresją
1 odcinekW Ogólnopolskim Dniu Walki z Depresją na antenie Polskiego Radia RDC odbyła się debata poświęcona zdrowiu psychicznemu młodych ludzi pt. „Nie bądźmy obojętni. DbajMY o dobrostan psychiczny dzieci i młodzieży”. Zapraszamy do wysłuchania.
-
Na psa urok
52 odcinki„Na psa urok” to audycja, w której Karol Kosiorowski edukuje, bawi i tłumaczy, jak komunikować się z psami, budować z nimi dobrą relację
-
Historia bez tabu
75 odcinkówW tym programie nie będzie żadnego tabu! Będzie o zdradzie, seksie, kłamstwach. O mitach, które stały się faktami i faktach zmienionych w legendy.