First Class. Sukces po polsku
Dziennikarz Mateusz Szymkowiak spotyka się w audycji z ludźmi, którzy odnieśli w życiu sukces. Z tymi, którzy w biznesie, nauce czy przemysłach kreatywnych, nie mają w Polsce równych.
Wiszniewscy z Horyhlad nad Dniestrem
Moja mama była ogromnie przywiązana do Radzymina, ogromnie. Leczyła tam ludzi do siedemdziesiątego piątego roku życia, więc przez trzy pokolenia. Ojciec szybko zmarł, ale też był bardzo cenionym lekarzem. Gdy był na zesłaniu, to Podstawowa Organizacja Partyjna w Radzyminie też się zwracała z uprzejmą prośbą [do władz], aby dali jakiś znak, czy ojciec w ogóle żyje.
(Hanna z Wiszniewskich Sokołowska)
Horyhlady, gdzie to jest?
Zanim jednak był Radzymin, rodzina Wiszniewskich żyła w Horyhladach.
Sama wieś [jest] jak z folderu reklamującego podróż wehikułem czasu, tak jak niegdyś żyli tu dwieście, może trzysta lat temu ludzie, tak i dzisiaj żyją jej współcześni mieszkańcy – napisał Stanisław Wodyński w Kresowym Serwisie Informacyjnym.
Horyhlady należały do powiatu tłumackiego (woj. stanisławowskie) i były samodzielną gminą wiejską, a z dniem 1 sierpnia 1934 roku zostały włączone do nowopowstałej gminy Olesza. Oddalone ok. 14 km na wschód od Tłumacza, położenie mają specyficzne, bowiem leżą na lewym brzegu Dniestru, na półwyspie otoczonym z trzech stron wodami tej rzeki.
Poczta znajdowała się w Niżniowie, w tym miasteczku był również most oraz stacja kolejowa. Jeszcze pod koniec XIX wieku sąd powiatowy i telegraf były w Tłumaczu, ale poczta także w Koropcu, co być może należy wiązać z tym, iż było to centrum rozległych dóbr rodziny hr. Badenich, zaangażowanych w politykę i należących do elity władzy w Galicji.
Tam, gdzie rzeka stanowi o pięknie krajobrazu, ale i jest utrudnieniem w codzienności, ludzie potrafili sobie radzić, nie narzekając na naturę, przeciwnie, starając się do niej dostosować i przyzwyczaić, choćby w podróżowaniu. Między Horyhladami a Niżniowem, we wsi Ostra był prom. Pojazdami konnymi mieszkańcy Horyhlad dojeżdżali do promu i nim przeprawiali się do Niżniowa. I z tej drogi wodnej korzystano najczęściej. Gdy jednak rzeka wylewała, trzeba było pojechać drogą bitą najpierw do mostu w Niżniowie i dopiero w ten sposób docierało się do miasteczka. Droga lądowa była jednak dłuższa o 24 km; z samego Niżniowa pociągiem można było wyruszyć w dalszą podróż.
Korespondencja była przewożona z Horyhlad w torbie skórzanej, w której znajdował się worek zamykany na kłódkę, do której jeden klucz znajdował się w posiadaniu naczelnika urzędu pocztowego w Niżniowie a drugi był w gabinecie ojca.
Posłaniec, który przywoził pocztę do Niżniowa oddawał naczelnikowi worek, który po opróżnieniu przez urząd zostawał napełniony korespondencją przeznaczoną dla Horyhlad i po ponownym zamknięciu na kłódkę oddawany z powrotem temu samemu posłańcowi. Normalnie ekspediowano z Horyhlad pocztę około 14-tej, by około 19-tej otrzymać świeżą.
(ze wspomnień Andrzeja Wiszniewskiego; źródło: lik.info.pl)
Wijący się mocno Dniestr często więc wpływał na życie mieszkających tam ludzi. Rzekę tę we wspomnieniach przywołuje m.in. Andrzej Krzeczunowicz z Bołszowiec, opowiadał o niej Władysław Heydel z Beremian, pisali również bracia, wspomniany Andrzej i Tadeusz Wiszniewscy.
Teren dorzecza Dniestru usłany jest śladami polskiej działalności na rubieżach wschodnich; wystarczy podać kilka ośrodków miejskich, kościelnych (klasztornych) czy majątków ziemskich: Bursztyn (dobra Jabłonowskich), Buczacz (miasto), Beremiany (dobra ziemskie wraz z pensjonatem letnim Heydlów), Chmielowa (dobra Głażewskich), Jazłowiec (klasztor ss. niepokalanek), Koropiec (dobra Badenich), Niżniów (miasto, klasztor ss. niepokalanek, dobra Stefanii z Lanckorońskich Urbańskiej), Torskie (dobra ziemskie z winnicą Rostworowskich), Zaleszczyki (miasto, ośrodek wypoczynkowy) i inne.
Los powstańca wyzutego z majątku
Malowniczo położony majątek Horyhlady wraz z sąsiednim folwarkiem Ostrą, w 1906 roku kupił Leonard Roman Wiszniewski (1835-1914), przeznaczając go dla syna.
Zanim Wiszniewscy osiedli nad Dniestrem, ojciec Leonarda, Jan Wiszniewski (ożeniony z Różą z Ciechanowskich), oficer wojsk napoleońskich, posiadał dobra Kamień, Malinówkę i Jackowicze (pow. owrucki), był również pisarzem ziemskim owruckim.
Leonard Wiszniewski poszedł do powstania 1863 roku, będąc naczelnikiem powiatu owruckiego, przebył długą drogę walki; dowodził m.in. oddziałem powstańczym w bitwie pod Moskalówką, dosłużył się rangi kapitana. W chwili wybuchu powstania, gospodarował w Jackowiczach, które w ramach represji carskich, utracił.
Jego siostra Alojza (o czym w audycji nadmienia H. Sokołowska), zamężna za Janem Mazurkiewiczem, była matką doktora Władysława Mazurkiewicza (1871-1933), który miał wyjechać do Łodzi, ale na prośbę partii wziął udział w organizacji ucieczki aresztowanego Józefa Piłsudskiego, przebywającego od marca 1901 na obserwacji w szpitalu dla umysłowo chorych Mikołaja Cudotwórcy w Petersburgu. Dzięki rozległym stosunkom swego ojca w Petersburgu dostał posadę lekarza w tym szpitalu. W czasie dyżuru lekarskiego 1 (14) maja 1901 wyprowadził Piłsudskiego ze szpitala. Po ucieczce schronił się w Galicji, a następnie udał się na studia w Wiedniu i Pradze. [Wikipedia]
Alojza z Wiszniewskich Mazurkiewiczowa odziedziczyła tę część dóbr rodzinnych, której nie skonfiskowano, czyli Kamień w Owruckiem.
Poza wartościami przyrodniczo-krajobrazowymi, już pod koniec XIX wieku Horyhlady były znane z uprawy tytoniu, hodowli krów i owiec, ale też z wycinankarstwa ludowego. Ta historyczna, stara wieś w przeciągu wieków była we władaniu m.in. Jabłonowskich, Mogilnickich, Rymińskich oraz od 1868 roku Heleny z Mogi(e)lnickich Władysławowej Melbechowskiej. Po niej dwaj synowie, Aleksander i Adam byli współwłaścicielami tych dóbr oraz wsi Odyje. Ze względu na problemy rodzinne, związane z małżeństwami Aleksandra, zdecydowali się oni sprzedać Horyhlady, a nabywcą był właśnie Leonard Wiszniewski. Horyhlady to 391 ha ziemi ornej i 135 ha lasu, zaś Ostra (jako drugi, sąsiedni folwark) to 433 ha ziemi i 138 ha lasu. Ostrą L. Wiszniewski kupił od Dawida Uricha.
Jak pamiętamy, L. Wiszniewski był weteranem powstania styczniowego. Gdy objął nowy majątek, prawdopodobnie „odziedziczył” też innego weterana 1863 roku – Aleksandra Rydla, który zmarł w 1911 roku – donosił „Górnoślązak”. Po przejściach wojennych osiadł on w Horyhladach, będąc przez 27 lat (do śmierci) leśniczym u Melbechowskich, a następnie u Wiszniewskich.
Będąc człowiekiem przedsiębiorczym, wykształconym w Wojskowej Wyższej Szkole Technicznej w Petersburgu, Leonard Wiszniewski pracował w Mołdawii, a następnie jako inżynier rządowy przy budowie kolei w Rumunii. Po powrocie stamtąd, osiadłszy w Drohobyczu, zajął się rozwojem przemysłu naftowego w Galicji, ściśle współpracując z Ignacym Łukasiewiczem. Na założoną spółkę naftową otrzymał kredyt podatkowy w filii w Ołomuńcu Praskiego Banku Kredytowego (bank czeski, finansujący rozwój przemysłu naftowego w Galicji). Posiadał udziały w kopalniach w Uryczu i Sopocie (pow. stryjski), a na spółkę z inż. Kazimierzem Gąsiorowskim (1856-1936, dyrektorem kopalni wosku ziemnego w Borysławiu), szyb naftowy na działce o powierzchni 6000 m² w Schodnicy koło Kropiwnika. Wszystkie ww. szyby naftowe znajdowały się obok siebie, w bliższym lub dalszym sąsiedztwie, w dorzeczu Stryja. Na wiertni w Schodnicy w 1895 roku doszło do wybuchu i pożaru. Poza pracownikami (jeden z nich zginął na miejscu), obrażeń również doznali obaj synowie współwłaściciela, a Jan Wojciech Wiszniewski (1880-1895) zmarł.
Leonard Wiszniewski był aktywnym członkiem organizacji i instytucji gospodarczych, samorządowych oraz politycznych. W ramach działań Izby Handlowej i Przemysłowej we Lwowie zajmował się np. analizą rządowego projektu o ochronie emigrantów, jak również pracował nad projektem statutu Muzeum Technologicznego dla Przemysłu Rękodzielniczego.
W czasach długoletniej prezesury Augusta Gorayskiego w Krajowym Towarzystwie Naftowym, L. Wiszniewski był wiceprezesem, a w latach 1901-1902, z racji nieobecności prezesa głównego, sam kierował Towarzystwem. Dwukrotnie był wybierany posłem na Sejm Krajowy we Lwowie, zajmując się w nim m.in. reformą systemu wyborczego (jedno z burzliwych wydarzeń i dyskusji politycznych Galicji) w ramach Centralnego Komitetu Wyborczego dla Galicji Wschodniej, należąc do grupy posłów tzw. Lewicy Sejmowej, sprzyjającej od pewnego momentu konserwatystom. Wiszniewski był też marszałkiem Rady Powiatowej w Drohobyczu, a w stosunkach finansowych miał opinię człowieka najsolidniejszego.
Pracą i tą solidnością L. Wiszniewski, poza liczną rodziną, osiągnął coś, co pewnie dziś byśmy nazwali sukcesem: stał się człowiekiem dość zamożnym, znaczącym na skalę galicyjską.
Wcześniej zaś, po stracie majątku po powstaniu styczniowym umiał się podnieść, a wykorzystując umiejętności z wykształceniem, włączył się w nurt odbudowy kraju (jak rozumiano wówczas Galicję), co oczywiście w perspektywie miało doprowadzić do wzmocnienia Polski i odzyskania niepodległości. Tego momentu już jednak nie dożył.
Będąc w dobrej sytuacji ekonomicznej, a chcąc uposażyć dzieci, córce Janinie kupił dobra Świtarzów (pow. sokalski), ale z powodu nieuczciwego postępku jednego z adwokatów, po pewnym czasie musiał ten majątek sprzedać.
Początkowo centrum majątku w Horyhladach było w samej wsi, ale L. Wiszniewski przesunął je około jednego kilometra poza nią. Tam powstał dwór oraz zaplecze gospodarcze. Całość założenia pięknie opisał wnuk Leonarda, Tadeusz, z którego wynika, że obie części: mieszkalną i folwarczną oddzielała dokładnie zaplanowana kompozycja drzew i krzewów, rozmieszczonych wzdłuż alej, tworzących niemal ściany zieleni. Oddzielała ona nie tylko folwark, ale i część sportową, czyli kort tenisowy.
Leonard Wiszniewski ożeniony był z Ludmiłą z Zakrzewskich (1850-1936), z którą miał sześcioro dzieci: Marię Helenę (1871), zamężną za 1° Adolfem Weberem, 2° Antonim Giełdanowskim, Helenę Ludwikę (1876-1934), 1° Kuczkiewiczową (potomstwo), 2° Leonową Wąsowską (potomstwo), Jana Wojciecha (1880-1895), Janinę (1888-1951) zamężną za 1° Romanem A. Augustynowiczem, ich syn Krzysztof (1911-1999), wg ustaleń Huberta Niewięgłowskiego, 2° Ludwikiem Wiktorem, synem Tadeusza (1859-1922), gen. por. Wojska Polskiego i Marii Ludwiki z ks. Ponińskich z Horyńca, Zofię Ewę (1874-1910), zamężną za Aleksandrem Onyszkiewiczem (potomstwo) i Marię Ludwika Błażeja, ostatniego właściciela Horyhlad z Ostrą.
Horyhlady w czasach Ludwika
Sytuacja domu i majątku w Horyhladach zmieniła się, gdy Maria Ludwik Wiszniewski (1879-1940) założył rodzinę. Ale po kolei. Będąc jedynym dziedzicem rodzinnych dóbr, aby je prowadzić, zdobył wykształcenie rolnicze we Wrocławiu i Lipsku, zaś wcześniej na Uniwersytecie Lwowskim uzyskał doktorat z obu praw (cywilnego i kanonicznego).
W 1908 roku ożenił się.
Kraińscy z Jabłonki i Niebocka
Wybranką Ludwika Wiszniewskiego została Teresa z Kraińskich (1888-1965), córka Władysława (1842-1926), właściciela dóbr Jabłonka i Niebocko (pow. brzozowski) oraz Wyszatyce (gm. Żurawica, pow. przemyski), i Marii z Trzecieskich z Miejsca Piastowego, córki przemysłowca naftowego.
Ojciec jej był znanym działaczem galicyjskim. Jako pogrobowiec (ojciec Władysława Kraińskiego zmarł jeszcze przed jego urodzeniem), wychowywany był przez matkę, ale pod czujną opieką stryja Maurycego Kraińskiego (1804-1885), polityka galicyjskiego, konserwatysty, wicemarszałka Wydziału Krajowego. Władysław na Uniwersytecie Lwowskim obronił doktorat z obojga praw, a z finansową pomocą stryja kontynuował studia ekonomiczne na Sorbonie.
Początkowo pracował w bankowości. Z czasem podjął się szerokiej działalności na polu społecznym i politycznym w kilku organizacjach, ale przede wszystkim był posłem do Sejmu Krajowego dla Galicji i dożywotnim członkiem austriackiej Izby Panów.
W parlamencie zajmował się sprawą kondycji budżetu (podatki), był zwolennikiem kredytu krótkoterminowego dla włościan. Największe uznanie społeczne przysporzyła mu aktywność w Galicyjskim Towarzystwie Kredytowym Ziemskim, gdzie był prezesem dyrekcji przez kilkanaście lat. Budowa silnego zaplecza ekonomicznego TKZ pod prezesurą Kraińskiego przyczyniła się do poprawy sytuacji rolnictwa Galicji.
Będąc zięciem Tytusa Trzecieskiego (1811-1878), prowadził z żoną majątek w Miejscu Piastowym, potem Władysławostwo Kraińscy przenieśli się do Wyszatyc, podarowanych przez stryja Maurycego Kraińskiego. Tam Władysław rozpoczął swoją drogę publicznej działalności, będąc członkiem Rady Powiatowej i Wydziału Powiatowego w Przemyślu.
Po I wojnie św. nie powrócił do polityki, kontynuował jednak pracę społeczno-religijną. Działał w Sodalicji Mariańskiej, organizacji, odwołującej się do tradycji maryjnej i nauki jezuickiej. W 1920 roku przeniósł się do Niebocka, gdzie zmarł w 1926 roku.
W latach 30. XX w. Niebocko (będące dziedzictwem Anieli z Wiktorów Kraińskiej, babki Teresy Wiszniewskiej) wydzierżawił Tadeusz Czeczel-Nowosielecki (1894-1960), który sam zajmował się głównie interesami naftowymi, a gospodarstwo prowadziła jego żona, Kazimiera z Jaczyńskich Nowosielecka.
Z domu o tradycjach społecznikowskich, politycznych i mocno religijnych, wspartych wykształceniem u ss. Niepokalanek w Jazłowcu, wyszła Teresa Wiszniewska. Być może surowość zasad, o których w audycji mówi jej wnuczka, Hanna Sokołowska wywodzi się właśnie z tych domów w Wyszatycach czy Niebocku.
Z Dźwiniacza do Horyhlad
W okresie I wojny św. Horyhlady zostały mocno zniszczone przez maszerujące tamtędy wojska. Po ślubie więc, Ludwik i Teresa Wiszniewscy zamieszkali w Dźwiniaczu Dolnym koło Ustrzyk Dolnych, majątku (w l. 20. XX w. – 349 ha), który Teresa kupiła z ojcem. Ludwik Wiszniewski jako ochotnik wziął udział w wojnie polsko-bolszewickiej.
Po wojnie przeprowadził odbudowę i remont budynków gospodarczych oraz dworu, założył wodociąg, zaprowadził też sad z karłowatych odmian drzew owocowych.
Jeśli chodzi o dom, to ciekawym, usprawniającym życie rozwiązaniem było połączenie oficyny z dworem oszklonym korytarzem.
Po kilku latach Wiszniewscy postanowili powrócić nad Dniestr, gdzie rolnictwo, ze względu na lessowe ziemie, obiecywało więcej niż w dużej mierze leśny Dźwiniacz.
Dźwiniacz Dolny wydzierżawił Jan Budzyński, a w l. 1936-1939 na terenie leśnej działki (20 ha) Teresa z Wiszniewskich Wąsowska (1910-1987) z mężem Józefem (1910-1944) prowadziła fermę srebrnych lisów.
Aby rozwijającej się rodzinie zapewnić przestrzeń, Ludwikostwo Wiszniewscy w latach 20. przeprowadzili zmiany w domu, polegające na podzieleniu dwóch ogromnych pokoi na pięć mniejszych, stworzenie łazienki, ubikacji i kilku pomieszczeń gościnnych na poddaszu dworu. Nowe rozwiązania zaprojektowali i dopilnowali ich wykonania bliscy rodzinnie i towarzysko: Tadeusz Sroczyński z Markowiec i Antoni Kraiński (1883-1975), brat Teresy Wiszniewskiej.
Na polu aktywności społecznej Maria Ludwik Wiszniewski był kontynuatorem postawy swego ojca Leonarda. Był prezesem Związku Ziemian i członkiem Rady Powiatowej w Tłumaczu, członkiem Rady Nadzorczej Towarzystwa Zaliczkowego i Kredytowego, prezesem gniazda rzeszowskiego Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” (1900-1905), detaksatorem Wydz. Okręgowego Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego w Tłumaczu, członkiem i delegatem na Radę Ogólną Galicyjskiego Towarzystwa Gospodarczego (GTG), Towarzystwa Zjednoczonych Kół Zjazdów Rolniczych, członkiem Galicyjskiego Towarzystwa Łowieckiego oraz Towarzystwa Kółek Ziemian.
Sam spróbował i polecał innym wprowadzenie innowacji gospodarczych, z których w Horyhladach najbardziej sprawdziła się uprawa rzepaku. Była to reakcja na kryzys, jaki dotknął świat, a w tym i polskie rolnictwo na przełomie lat 20. i 30. XX wieku.
Ze względu na bliskość Dniestru i przepiękne położenie majątku, w przygotowanych na poddaszu pokojach gościli latem członkowie rodziny i inne osoby. Podobnie do Heydlów w Beremianach, w Horyhladach Wiszniewscy zorganizowali mały pensjonat letni.
Wraz z wybuchem II wojny św., ani po wkroczeniu sowietów 17 września 1939 r., Maria Ludwik Wiszniewski nie opuścił Horyhlad, uważając, iż nic mu nie grozi, wobec dobrych relacji z ludnością wiejską. Został jednak aresztowany (w ramach akcji aresztowania grupy ziemian z powiatu tłumackiego), uwięziony najpierw w Tłumaczu, potem w Stanisławowie. Ostatni raz był widziany w Mikołajewsku wiosną 1940 roku. Figuruje w wykazie osób, zamordowanych przez NKWD w 1940 roku na Ukrainie (tzw. Lista Ukraińska).
Potomstwo z Horyhlad
Maria Ludwik i Teresa z Kraińskich Wiszniewscy doczekali się licznego potomstwa:
- Jan Leonard (1908-1941), ukończył Wydział Prawa na Uniwersytecie Lwowskim oraz Akademię Handlu Zagranicznego. Należał do Stowarzyszenia Katolickiej Młodzieży Akademickiej „Odrodzenie” we Lwowie, będąc w organizacyjnym i przyjacielskim gronie m.in. ze Stefanem Swieżawskim (1907-2004), prof., historykiem filozofii, późniejszym przyjacielem ks. Karola Wojtyły (św. Jana Pawła II, papieża), jak i kuzyna Wiszniewskich, ks. Tadeusza Fedorowicza. Brał udział w kampanii wrześniowej 1939 roku; był pilotem Dywizjonu Bombowego 301 w Anglii. Zginął w ataku bombowym na Hamburg 9 sierpnia 1941 roku. Ożeniony z Wandą z Romaszkanów; potomstwo.
- Teresa (1910-1987), ukończyła Akademię Handlu Zagranicznego we Lwowie, zamężna za Józefem Wąsowskim; potomstwo.
- Anna (1911-1960), ukończyła Szkołę Hotelarską w Krakowie, kierownik pensjonatu „Straszny Dwór” w Tatarowie nad Prutem; niezamężna.
- Krystyna (1913-1997), absolwentka Akademii Handlu Zagranicznego we Lwowie, zamężna za Jóżefem Barcikowskim; potomstwo
- Stanisław (1915-1965), lekarz medycyny, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, ppor., wziął udział w wojnie obronnej w 1939 roku, uczestnicząc jako lekarz w Bitwie pod Kockiem. Po uniknięciu niewoli, najpierw pracował w poliklinice we Lwowie, a po zajęciu miasta przez Niemców, wyjechał do Warszawy. Dostał pracę w Radzyminie pod Warszawą (jako ordynator w klinice dr-a Karpińskiego), gdzie poznał Zofię Zasławską (1918-2005), lekarza, córkę Władysława Józefa (1882-1949), lekarza powiatowego w Radzyminie i Celiny z Leśkiewiczów. Z Zofią wziął ślub w lutym 1944 roku. We wrześniu został wezwany na pozór do chorego i w ten sposób aresztowany przez NKWD. Zesłany, wrócił do Radzymina w listopadzie 1946 roku.
Rodzina Wiszniewskich w Radzyminie mieszkała przy ul. Ks. Eleonory Czartoryskiej, w domu wybudowanym przez Władysława Zasławskiego, tuż przy stacji kolejowej. W mieście, mającym liczną społeczność żydowską, okres okupacji był szczególnie trudny. Na los radzymińskich Żydów odpowiedziała też rodzina Zasławskich. Jak pisze autor „Dziejów Radzymina”, Jan Wnuk, opierając się na książce „Polacy, Żydzi” (Warszawa 1971, s. 317, 318), jedną z osób pochodzenia żydowskiego, ukrywającą się u Zasławskich była Barbara Medyńska, która relacjonowała: W czasie okupacji, gdy byłam poszukiwana przez gestapo z powodu żydowskiego pochodzenia, w domu Wiszniewskich [wówczas jeszcze Zasławskich, a dopiero od lutego 1944 roku Wiszniewskich, PŁ] znalazłam nie tylko schronienie i pomoc we wszystkich trudnościach życia okupacyjnego, ale i najczulszy dom rodzinny. Okres od 1942 aż do Powstania Warszawskiego spędziłam w domu państwa Wiszniewskich. Jak podaje Jan Wnuk, u Zasławskich i Wiszniewskich przechowało się kilkoro Żydów radzymińskich.
Po II wojnie św. doktorostwo Zofia z Zasławskich i Stanisław Wiszniewscy nadal leczyli radzymińską społeczność, często nieodpłatnie i z osobistym, wielkim poświęceniem, co mieszkańcy tego miasta zachowali w jak najlepszej pamięci. Doktorostwo Wiszniewscy z Radzymina mieli czworo dzieci, po nich potomstwo.
- Tadeusz Maria (1917-2006), student rolnictwa na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu (UAM), podczas okupacji pracownik Liegenschaftu w Babsku koło Rawy Mazowieckiej, administrator dóbr Gołyń, więzień Oświęcimia i Buchenwaldu. Pozostał na emigracji, ożeniony z Rosamond Disy Fellowes-Gladstone; potomstwo.
- Andrzej Maria (1920-2006), absolwent Szkoły Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu, kapral podchorąży 22 Pułku Ułanów Podkarpackich w Brodach, uczestnik kampanii 1939 roku, cudem uratowany z niemal pewnej wywózki w głąb Rosji. W stanie zagrożenia, okupację spędził jako administrator majątków ziemskich w Generalnym Gubernatorstwie (Babsk, Zameczek k. Rawy Mazowieckiej) oraz w Izbie Rolniczej w Warszawie. Ożeniony z Heleną Dudziak; potomstwo.
Klan
Pierwsze spotkanie Ładomirskich i Kraińskich, którzy wśród krewnych mają również rodzinę Wiszniewskich, odbył się w Modlinie w 1975 roku. Wówczas zawiązał się nieformalny związek rodzinny, nazywany Klanem, który z sukcesem trwa do dziś.
Klan ten tworzą potomkowie dwóch ziemian: Władysława Mariana Kraińskiego (1842-1926) i Konstantego Walentego Ładomirskiego (1832-1895). Rodziny połączyły się w ten sposób, że córka pierwszego, Anna z Kraińskich (1875-1959) wyszła za mąż za syna tego drugiego, czyli Zdzisława Ładomirskiego (1864-1950).
Pomysł Zjazdów był jak najbardziej współczesny, wynikający z chęci spotkania się z, po kraju i świecie rozproszonymi członkami rodziny. Niemniej, nie trudno zauważyć, iż jest to też czysta kontynuacja być może wielu spotkań z historii rodziny, ale o jednym pisał ks. Tadeusz Fedorowicz: Wielką uroczystością rodzinną było złote wesele Dziadków Kraińskich w roku 1924. Zjechały wtedy do Jabłonki trzy córki Dziadków: najstarsza Anna, żona Zdzisława Ładomirskiego z Markowiec pod Stanisławowem, z jedenaściorgiem dzieci, moja matka z naszą ósemką i Teresa Wiszniewska, żona Ludwika z Horyhlad nad Dniestrem, z siedmiorgiem dzieci. Antoni [Kraiński] miał pięcioro dzieci, razem więc wnuków było 31. Zabawa była ogromna. Przy tym, było tam wtedy dużo dalszych krewnych i sąsiadów.
Zakończenie tej sagi jest właściwie typowe: nie ma już Markowiec, nie ma Horyhlad, Klebanówki, Niebocko się rozpada, jest Jabłonka, ale w innych rękach. Te stare domy, pamiętające wydarzenia nieraz sprzed wieków, a z pewnością sprzed kilkudziesięciu lat, stanowiły różnorodne, ale przyjazne gniazda rodzinne. Ich mieszkańcy, wyrzuceni przez historię, na ogół nie wynieśli z nich mebli, luster, sreber..., często zostawali bez niczego, ale ze sobą zabrali coś ważniejszego. Zasady – nawet jeśli nieco już niemodne, a przecież skuteczne, wartości oraz tę, opartą na wierze umiejętność takiego życia, aby ono, według tytułu opowieści Izabeli Broszkowskiej o ks. Tadeuszu Fedorowiczu, było szczęśliwe.
O historii rodzinie Wiszniewskich z Horyhlad nad Dniestrem, nieco o Zasławskich z Radzymina i szczyptę o Klanie Kraińskich i Ładomirskich, w programie mówiła p. Hanna z Wiszniewskich Sokołowska, córka Stanisława i Zofii z Zasławskich Wiszniewskich.
PŁ, V 2020.
Lit.:
- Strona internetowa Klanu Ładomirskich i Kraińskich: lik.info.pl;
- Inf. p. Huberta Niewęgłowskiego;
- S. Bartoszewicz, Wspomnienia z przemysłu naftowego (1901-1902), „Przemysł Naftowy”, z. 4, 25.02.1934, Lwów 1934, s. 86;
- Baza Genealogiczna wielcy.pl;
- K. Broński, Rozwój galicyjskiego systemu bankowego w latach 1841-1914 (zarys problematyki), „Zeszyty Naukowe Akademii Ekonomicznej w Krakowie”, nr 749, Kraków 2007, s. 89;
- I. Broszkowska, Szczęśliwe Zycie. Opowieść o księdzu Tadeuszu Fedorowiczu, Warszawa 2018, s. 10 – 11;
- Al. Fedorowicz, T. Fedorowicz, S. Swieżawski, K. Wojtyła, Pełny wymiar. Listy przyjaciół, Tarnów 2002, s. 25, 26, 31;
- K. Jasiewicz, Lista strat ziemiaństwa polskiego 1939-1956, Warszawa 1995, s. 1121, 1122;
- E. Niewolska, Rodzina Wiszniewskich z Horyhlad, „Zeszyty Tłumackie” (59), Wrocław 2017, s. 1-11;
- M. Semczyszyn, Galicyjskie wybory. Działalność Centralnego Komitetu Wyborczego dla Galicji Wswchodniej w latach 1867-1906, Warszawa 2014, s. 147, 344, 345;
- Sprawozdanie Izby Handlowej i Przemysłowej we Lwowie za rok 1905, Lwów 1906, s. 1, 20;
- S. Swieżawski, Wielki przełom 1907-1945, Lublin 1989, s. 271;
- A. Wiszniewski, Wiszniewski Maria Ludwik Błażej, Wiszniewska Teresa z Kraińskich (biogramy), Ziemianie polscy XX wieku (red. J. Leskiewiczowa), Warszawa 1996, s. 163-168;
- J. Wnuk, Dzieje Radzymina, Radzymin 2015, s. 168;
[gallery ids="337654,337655,337656,337657,337658,337659,337660,337661,337662,337663,337664,337665,337666,337667,337668,337669,337670,337671,337672,337673,337674,337675,337676,337677,337678,337679"]Kategorie:
OGÓLNY OPIS PODCASTU
Rody i Rodziny Mazowsza
Mamy w Polsce i na Mazowszu całą mozaikę rodzin. Są rody wielkie, możne i zasłużone, które przez wieki miały znaczenie polityczne, wsławiały się mecenatem kulturalnym i szeroką działalnością filantropijną. O wszystkich tych rodach staramy się mówić w tej audycji, najczęściej z udziałem ich członków lub z pomocą historyków.
Z Wołynia do Warszawy
Okolscy są z Wołynia. Wśród aktów urodzenia, chrztów, ślubów i zgonów na Wołyniu, a szczególnie w powiecie ostrogskim, w parafii Tajkury i sąsiednich, jest bardzo wielu przedstawicieli tej rodziny. Musieli wszyscy trzymać się razem, gdyż pojawiają się jako krewni i powinowaci w dokumentach, np. jako rodzice chrzestni.
Nas interesują ci, którzy mieszkali właśnie na terenie parafii św. Wawrzyńca w Tajkurach. Pierwszą, pewną osobą jest Adolf Okolski (1864-1914), syn Józefa. Należał on do środowiska ziemian nie jako właściciel, a dzierżawca dóbr rodziny Zwolińskich z Choniakowa (najpewniej Leona 1847-1915), którzy w dzierżawę oddali mu folwark Nowostawce. Co ciekawe, los Zwolińskich i Okolskich musiał być podobny, bo obie rodziny znalazły się potem w Warszawie, a nekrolog Zwolińskiego już nie mówi o byłym obywatelu ziemskim, ale o urzędniku kolejowym.
Dość powiedzieć, że jeszcze potomkowie Adolfa Okolskiego (Adolf, Bolesław, Antoni, Norbert i Konrad) swoje początkowe lata życia spędzili na Wołyniu. W akcie ślubu Konrada informacje te potwierdzają się, a dalej dowiadujemy się, że był on w Warszawie, mieszkał na Pradze (ul. Sprzeczna, parafia św. Floriana), a ślub zawarł w kościele św. Dzieciątka Jezus, zaś wybranką została Leokadia Eisrych, nauczycielka.
Konrad Okolski, lekarz i “głowa” rodziny
Potomków Adolfa było kilkoro (kolejne generacje dożyły naszych czasów), ale dla nas kluczową postacią jest Konrad, brat Norberta i in., syn Adolfa z Nowostawiec i Felicji z Antoszewskich.
Konrad Okolski (1884-1952) uczęszczał do szkoły średniej w Łucku, ukończył I gimnazjum w Żytomierzu (1904), po czym studiował na Wydz. Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego. Uczestniczył w strajku szkolnym, w związku z czym został usunięty z uczelni. Naukę kontynuował na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, w 1909 r. uzyskując dyplom lekarski. W okresie studiów należał do „Spójni” i PPS. W 1910 r., po zdaniu egzaminów na uniwersytecie w Moskwie, uzyskał dyplom lekarski tej uczelni.
Po ukończeniu nauki pracował jako lekarz–wolontariusz w Szpitalu Dzieciątka Jezus w Warszawie, a następnie od 1912 r. był lekarzem cementowni „Wołyń” w Zdołbunowie. Jednocześnie prowadził prywatną praktykę, prowadził też działalność oświatowo–społeczną wśród Polaków.
Podczas I wojny światowej w 1914 r. zmobilizowany do armii rosyjskiej. Kontuzjowany na początku 1915 r., leczył się w Równem i w Czernihowie. Tam zorganizował dla polskich uchodźców kuchnie, ochronki, szkołę, bibliotekę i klub. W związku z tą działalnością skierowany na front.
Po rewolucji w Rosji (1917) został prezesem Związku Wojskowych Polaków 7 Armii i garnizonu Czernihowa. Był współorganizatorem polskich oddziałów wojskowych. Zdemobilizowany, powrócił do Zdołbunowa, a w końcu 1918 r. przyjechał do Warszawy.
Wstąpił wówczas do WP. W 1919 r. zorganizował szpital wojskowy w Skierniewicach.
Zweryfikowany jako mjr lek. z 1 czerwca 1919 r. i awansowany 1 lipca 1923 r. na ppłk. lek., był komendantem Szpitala Rejonowego w Skierniewicach. W czerwcu 1927 r. przeniesiony do rezerwy.
Od 1927 r. był lekarzem Kasy Chorych w Skierniewicach i prowadził wolną praktykę w tym mieście. Jednocześnie radny miejski, przewodniczący Powiatowej Rady Szkolnej, członek zarządu PCK. W 1932 r. został dyrektorem Szpitala Dzieciątka Jezus w Warszawie i specjalistą–ginekologiem w Centralnej Przychodni Kolejowej (od 1933).
Działacz społeczny; był prezesem Zarządu Głównego Związku Lekarzy Państwa Polskiego, członkiem stałej rady Naczelnej Izby Lekarskiej, przewodniczącym koło lekarzy Obozu Zjednoczenia Narodowego, prezesem Stowarzyszenia Lekarzy Kolejowych.
Podczas kampanii 1939 r. zorganizował dodatkowy oddział chirurgiczny w Szpitalu Dzieciątka Jezus, w którym leczył rannych żołnierzy i cywilów. Po zakończeniu walk jeden z organizatorów tajnego nauczania medycyny. Aresztowany w czerwcu 1940 r. przez Niemców, był więziony na Pawiaku, po czym 15 sierpnia uwięziony w obozie koncentracyjnym w Auschwitz. W sierpniu 1941 r. wykupiony, został zwolniony. Powrócił do Warszawy. Został lekarzem kolejowym i przychodni Szpitala „Przy Skarpie”. Od 1943 r. był ordynatorem oddziału gruźliczego w szpitalu na Grochowie. Współpracował z AK. Podczas powstania warszawskiego był komendantem Szpitala Dzieciątka Jezus przy ul. Lindleya. Po kapitulacji oddziałów powstańczych (2 października 1944) zorganizował ewakuację ciężko rannych do Milanówka, Grodziska Mazowieckiego i Piastowa, a sam jako jeden z ostatnich ewakuował się 7 października.
W 1945 r. powrócił do Warszawy i przystąpił do odbudowy Szpitala Dzieciątka Jezus, obejmując stanowisko jego dyrektora. W 1948 r. usunięty z tej funkcji, w kolejnych latach pracowałjako lekarz Ubezpieczalni Społecznej i lekarz kolejowy. W 1950 r. został inspektorem Lecznictwa i członkiem Obwodowej Komisji Lekarskiej.
Zmarł 26 września 1952 r. w Warszawie. Pochowany na tamtejszym Cmentarzu Parafialnym na Powązkach w Warszawie kwat. 239.
Odznaczony złotym Krzyżem Zasługi i Medalem Niepodległości.
Źródło: https://fundacja100.pl/krzyz-i-medal-niepodleglosci/lista-odznaczonych/konrad-okolski]
Rola Konrada Okolskiego dla rodziny była pierwszorzędna. On sam i jego dom stanowiły jakby centrum familijne, utrzymywał kontakty z członkami rodu, pomagał im. Sprzyjała temu uczuciowa więź, ale i jego pozycja zawodowo-społeczna.
W 1946 roku K. Okolski był również jednym ze świadków lat wojny i okupacji niemieckiej w Warszawie, o czym mówią zachowane w IPN jego zeznania – jako świadek przesłuchiwany był w Prokuraturze Specjalnego Sądu Karnego.
Okolscy w konspiracji i powstaniu warszawskim
Okres II wojny światowej w dziejach tej rodziny zostawił liczne ślady. Mierzyła się ona z ciągłym strachem i śmiercią. Zaangażowanie w Podziemie, walka, uczestnictwo w powstaniu warszawskim 1944 r. były konsekwencją wychowania domowego i przekazywanych wartości.
Poza opisanymi działaniami w czasie wojny doktora Konrada Okolskiego, nie sposób nie wymienić jego syna, Konrada jr. (1923-1944), młodego, pełnego ideałów przedstawiciela pokolenia Kolumbów.
Zaczynał, jak wielu z jego generacji, w harcerstwie. W konspiracji “Kuba”. Urodził się w Skierniewicach, przed wojną należał do 80. Warszawskiej Drużyny Harcerskiej. W czasie okupacji był członkiem Szarych Szeregów, a następnie Grup Szturmowych. Ukończył konspiracyjną Szkołę Podchorążych Rezerwy Piechoty. Uczestniczył w wielu akcjach bojowych, m.in.: "Pod Arsenałem", "Celestynów", "Góral", "Sieczychy", "Wilanów", "Pogorzel". Odznaczony dwukrotnie Krzyżem Walecznych oraz Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari.
W powstaniu warszawskim był dowódcą plutonu "Felek" 2. kompanii "Rudy" Batalionu AK "Zośka". Podczas walk na Woli, 11 sierpnia 1944 r. otrzymał śmiertelny postrzał w głowę. Pochowany w kwaterach baonu "Zośka" na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie. Źródło: [https://www.pap.pl/aktualnosci/news%2C1607614%2Cdokumenty-i-zdjecia-por-phm-konrada-okolskiego-ps-kuba-zaprezentowano-w]
Jako lekarz ("Bakcyl" Sanitariat Okręgu Warszawskiego Armii Krajowej - Szpital Powstańczy nr 1, gmach PKO, ul. Jasna – Świętokrzyska), w powstaniu warszawskim brała udział starsza siostra “Kuby”, Halina z Okolskich Kaczorowska (1915-1960), ps. Kalina. Była lekarzem, działała w tym samym miejscu, co jej ojciec Konrad. Po wojnie, co odkryliśmy przed nagraniem audycji, jej los też nie należał do łatwych…
I wreszcie, Wanda Jadwiga Okolska (1928-2024, po mężu Woltanowska), córka Norberta Okolskiego i Leokadii z Eisrychów. Jeszcze przed powstaniem straciła w czasie wojny matkę. Pseudonim AK “Mrówka”, łączniczka, do konspiracji należała od grudnia 1943 r., zajmowała się kolportażem, przenoszeniem rzeczy i wiadomości w związku z działalnością podziemną pozostałych członków rodziny, zanosiła paczki na Pawiak. W powstaniu ranna, w wyniku gangreny, straciła nogę. W jej przypadku widać tę ogromną więź Okolskich między sobą, bowiem po wojnie opieką objął ją stryj, ww. doktor Konrad Okolski. W zrywie 1944 roku w Warszawie uczestniczył także jej brat, Zbigniew Jan Okolski (1925-2019), walcząc na Żoliborzu.
Można powiedzieć, że to tylko część szerokiej biografii rodziny Okolskich, ale tradycja w kolejnych pokoleniach pozostała, jak też i dbałość o te, pamiątki, które pozostały – ich kopie (bo są kolejne generacje, które przejmą oryginały) zostały przekazane do Muzeum Powstania Warszawskiego, o czym w programie mówi p. Maria Kaczorowska-Kamińska, córka Haliny z Okolskich i Bogdana Kaczorowskich.
19.06.2025
51 min 49 s
Ta rodzinna historia wiąże się z Podkarpaciem i Sandomierszczyzną, Wołyniem oraz Lwowem, ale także z Warszawą ze względu na powstanie warszawskie. Można jeszcze dodać Wieluń, Łowicz, Skierniewice i Pułtusk, więc jesteśmy terytorialnie w różnych częściach kraju, w tym na Mazowszu; i jest o czym mówić.
Archiwa rodzinne bywają skromne. Z różnych powodów: słabej świadomości ich wagi, braku zainteresowania, ale najczęściej ze względu na pożogi wojenne i trudne losy ich twórców. Każdy skrawek papieru, który świadczy o przeszłości domu rodzinnego, jest więc na wagę złota. Do tego zdarzają się sytuacje zwyczajne w życiu, jak przeprowadzka, skłaniające właścicieli zbiorów do ich uporządkowania.
Jak pisałem w jednym z artykułów (Spotkania z archiwami prywatnymi i historią polskich rodzin ziemiańskich. Przykłady i refleksje [w:] Ziemianie i ziemiaństwo w domowych archiwach, red. W. Kaczmarek, Dobrzyca 2024, s. 11-17), przed audycją radiową nieczęsto mam dostęp do rodzinnego archiwum swoich bohaterów, więc niektóre historie wychodzą “na jaw” w trakcie nagrania. Tak też było w przypadku p. Marii Kaczorowskiej-Kamińskiej, która przed radiowym spotkaniem w swoim domu, przygotowała archiwalne, starannie uporządkowane w pudełkach, skarby…
Kaczorowscy h. Jelita, Asnykowie, Brzezińscy
Sięgnijmy do zapisków heraldyka Adama Bonieckiego, który opisuje genealogię Kaczorowskich h. Jelita, wymieniając: Macieja, pisarza kancelarii koronnej (1646), Bartłomieja z ziemi lwowskiej (1651), Pawła, pisarza skarbu koronnego (1654), Wojciecha, miecznika owruckiego (1678), Łukasza, stolnika czernihowskiego (zm. 1702). Pisze też o głośnym lekarzu w Poznaniu, Teofilu [Wawrzyńcu] Kaczorowskim (1830-1889), ożenionym z Franciszką z Wysockich (18331888), z którą miał córkę Zofię (1856-1876), żonę… Adama Snyka (1838-1897), poety. Dała mu ona syna Włodzimierza Asnyka (1876-1901), zmarła tuż po porodzie.
Według tradycji, którą potwierdza A. Boniecki, Kacper Kaczorowski brał czynny udział w konfederacji barskiej (1768-1772). Miał on własność, być może cząstkową, w jednej ze wsi powiatu pilzneńskiego.
W I Rzeczypospolitej do 1795 roku powiat pilznieński był najbardziej na południe wysuniętym obszarem województwa sandomierskiego. Wydaje się, że to jakoś tłumaczy fakt, że po konfederacji (w której brał udział również syn Kaspra, Franciszek Antoni) Kaczorowscy znaleźli się na terenie dla siebie bezpieczniejszym, pod zaborem austriackim. Już po I rozbiorze Polski, obszar ten został podzielony na część południową (austriacką) i północną (jeszcze polską, ale de facto stanowiącą protektorat rosyjski); granicę stanowiła Wisła. Być może udało im się przenieść na południe od rzeki po tym, jak Rosjanie zaczęli ścigać konfederatów. Nie wybyli zbyt daleko, bo Kasper pełnił funkcję komornika granicznego pilznieńskiego (1779).
Kasper i Salomea ze Szczodrowskich mieli kilkoro dzieci, a dla tej opowieści ważny jest jeden z ich synów, Henryk (1825-1902), ożeniony z Anną z Kropaczków.
I tu znów ciekawostka, którą odnalazł lokalny młody historyk Konrad Wiatr, wówczas uczeń LO im. Bartosza Głowackiego w Jodłowej – poprzez siostrę Anny, Ernestynę, rodzina Kaczorowskich jest spowinowacona z Brzezińskimi, czyli z przodkami Zbigniewa Brzezińskiego (1928-2017), politologa i sowietologa, doradcy do spraw bezpieczeństwa Jimmy’ego Cartera (1977–1981), prezydenta USA.
Interesujące, iż powiązanie to prowadzi też do rodziny Korybut-Woronieckich: Ernestyna z Kropaczków (1838-1930, córka Karola i Marianny z Ostrowskich), prababka polsko-amerykańskiego polityka, wyszła za Maksymiliana Woronieckiego (ślub 1863), syna Józefa i Marianny z Piotrowskich. Według nieżyjącego już Michała Woronieckiego, badacza tej familii, jest to gałąź prawdopodobnie austriacka, choć autor, aby to sprawdzić, nie zdążył dojechać na Podkarpacie, choćby na grób rodzinny Brzezińskich w Przemyślu (gdzie leży Ernestyna), a obecnie w wyjaśnieniu tych danych pomagają już źródła internetowe, jak np. Genetaka. Pamiątką zaś tych dociekań jest list prof. Zbigniewa Brzezińskiego do M. Woronieckiego (z pomyłką w nazwisku prababki).
Porządkując: Zofia z Woronieckich (c. ww. Ernestyny z Kropaczków) była żoną Kazimierza Brzezińskiego (1866-1924), sędziego w Przemyślu; ich syn Tadeusz (1896-1990), dyplomata, ożeniony z Leonią z Romanów miał pasierba Jerzego Żylińskiego oraz trzech własnych synów: Lecha, Adama i właśnie prof. Zbigniewa Brzezińskiego.
Przeczyca z cudowną figurą Matki Bożej
Przeczycę (gm. Brzostek, pow. dębicki, woj. podkarpackie), tj. majątek ziemski, w 1889 r. kupił Henryk Kaczorowski (1825-1907), emerytowany od roku kancelista sądów powiatowych, zasłużony dla swej nowej wsi m.in. przez wybudowanie drewnianej szkoły czteroklasowej i oddaniu nauczycielowi 3 morgów ziemi, na zachętę do podjęcia pracy.
Majątek przeczycki należał do opactwa tynieckiego, potem do dóbr biskupów krakowskich, a podczas zaborów Austriacy włączyli go do tzw. funduszu religijnego, aby ostatecznie sprzedać w ręce prywatne. W historii parafii pod pierwotnym wezwaniem św. Michała Archanioła w Przeczycy mamy trzy świątynie: najstarszą drewnianą (spaloną 1657 przez wojska J. Rakoczego podczas potopu szwedzkiego), drugą również z drewna, wybudowaną w 1687 roku, istniejącą do 1907 roku oraz kościół nowy murowany, powstały w latach 1904-1906, według projektu Stanisława Majerskiego (1872-1926), uznanego architekta przemyskiego.
Stając się kolatorem miejscowego kościoła, już słynącego z kultu maryjnego – figura gotycko-renesansowa Matki Bożej Przeczyckiej z końca XV wieku, Henryk z rodziną zaangażowali się w starania o koronację obrazu, w czym wspomagali proboszczów. Odbyła się ona 15 sierpnia 1925 roku.
Czasy Włodzimierza Kaczorowskiego
W kolejnym pokoleniu (ale jeszcze wspólnie z Henrykiem), do nowej świątyni (poza stałym wsparciem finansowym) Kaczorowscy ufundowali neogotycką ławę kolatorską, a w latach następnych trzy witraże. To były już czasy Włodzimierza Kaczorowskiego (1870-1952), który majątek od ojca przejął w 1901 roku, ucząc się zrazu malarstwa (SSP), a dalej łącząc prowadzenie rolnictwa z zatrudnieniem się w innych miejscach, np. w szkole, starostwie itp. Poszerzył istniejącą szkołę do poziomu ośmioklasowego, a z wsią żył w absolutnej zgodzie, wspomagając ją na każdym kroku. W pomoc konkretnym rodzinom i osobom wiejskim włączona była mocno jego małżonka, Olga z Mikosiów.
Artystyczne zdolności Włodzimierz Kaczorowski wykorzystał przy upiększaniu kościoła, podarowując, wiszący w bocznym ołtarzu do dziś, obraz. Malarstwo nie było jego domeną pierwszą, stąd trudno go znaleźć wśród popularnych artystów, wystawiających, robiących w tym kierunku karierę. Niemniej uważa się, że znane jego prace, w tym obraz Serca Jezusowego (1930), podarowany przez autora, jest dziełem dobrym. Pozostałe to najpewniej portrety rodzinne oraz istotna w jego twórczości tematyka religijna. Gdy kraj od wschodu zajmowali bolszewicy, w 1920 oku wystawił obok dworu kapliczkę z postacią Matki Boskiej z Lourdes i napisem “nie opuszczaj nas”. Pełne zaangażowanie się rodziny w sprawy kościoła lokalnego, w którym ważne było nie tylko utrzymanie świątyni, ale też aspekt kultu maryjnego, sprawiło, iż Włodzimierz Kaczorowski został szambelanem papieskim Piusa XI.
Interesy prowadził dobrze, posiadał cegielnię, kamieniołom, udzielał się także społecznie w różnych organizacjach i samorządzie, jak też prezesował lokalnemu Związkowi Ziemian. Jego pasją była też, o czym wspomina Maria Kaczorowska-Kamińska, hodowla koni. W czasie okupacji w 1942 roku powstały silosy na paszę dla zwierząt, choć być może wiązało się to z niemieckim zarządzaniem majątkiem.
Dwór, murowany w stylu polskim (jak chce P. Libicki, przypominającym wille miejskie), a przez pracownika Narodowego Instytutu Dziedzictwa (NID) nazwany modernistycznym, powstał w 1920 roku. W nim mieszkała rodzina właściciela, ale też inni krewni, którzy traktowali to miejsce jak gniazdo rodzinne.
Anna Aldona
Warto wymienić Anne Aldonę Kaczorowską, działaczkę Narodowej Organizacji Kobiet we Lwowie, obrończynię wiary katolickiej, obyczajowości, nienaruszalności małżeństwa, religii w szkołach oraz wychowania młodzieży. Zbliżona poglądami, choć nie należąca formalnie do Narodowej Demokracji, kandydująca do samorządu lwowskiego, postrzegana jako aktywistka kobieca, dziś powiedzielibyśmy, że była feministką, ale w duchu na wskroś katolickim. Niewątpliwie, jak w całej rodzinie, przemawiał przez nią głęboki patriotyzm, czego wyrazem była zwycięska walka o upamiętnienie bitwy pod Dytiatynem w 1920 roku. Był to majątek metropolii lwowskiej, ale dzierżawiony przez jej siostrę Jadwigę z mężem Stanisławem Michniewskim. Wielkim wysiłkiem formalnym (pisma, prośby, przekonywanie), jak i organizacyjnym doprowadziła do wybudowania kaplicy oraz umieszczenia tam prochów poległych w bitwie. Innym polem jej działania stałą się troska o polskość Kresów. Przy czym, aktywność społeczna we Lwowie poprzedzona została pomocą bratu w czasie, gdy niemal sama zarządzała majątkiem w Przeczycy.
Już po II wojnie światowej, Bogdan Kaczorowski (1892-1969), dr praw, filozof (UJ), przedwojenny starosta wieluński, a na kilka lat przed 1939 rokiem – pułtuski, gdy z córką zajeżdżał do Przeczycy, z sentymentem wskazywał na balkon pokoju, w którym mieszkał, gdy chętnie i często gościł u swego stryja Włodzimierza.
O losach ojca, matki, stryjów oraz innych członków rodziny, ale też o własnym odkrywaniu nieco zakurzonej wiedzy rodzinnej o Przeczycy, w programie opowiada p. Maria Kaczorowska-Kamińska, córka ww. Bogdana i Haliny z Okolskich.
15.06.2025
58 min 26 s
Krystyna Krahelska (1914-1944), poetka, harcerka, etnografka (studentka Cezarii Baudouin de Courtenay-Ehrenkreutz-Jędrzejewiczowej), modelka do głowy warszawskiej „Syrenki”, w latach 1941-1942 napisała piosenkę „Kołysanka o zakopanej broni.” Wyraziła nią zachwyt nad faktem, że w Sosnowicy (pow. parczewski) już na początku II wojny światowej zawiązała się komórka Podziemia niepodległościowego, a Stanisław Armaciński – pracownik, bliski współpracownik Teodora Libiszowskiego, gromadzi broń. Ale nie używa jej, jak wiele band pseudopartyzanckich na Lubelszczyźnie do napadów na dwory, do celów rabunkowych, ale czeka na faktyczną walkę z okupantem niemieckim. Czeka na decyzje dowództwa i możliwości utworzenia oddziału. Stanisław Armaciński nie doczekał tej chwili, ale jego brat Bronisław walczył, będąc zastępcą komendanta włodawskiego Obwodu Armii Krajowej w Okręgu Lubelskim.
Krahelska znalazła się na Lubelszczyźnie z racji powiązań rodzinnych z tamtejszym ziemiaństwem, a dzięki temu, co zobaczyła i jak odebrała patriotyzm mieszkańców tego regionu, jej piosenka weszła do kanonicznego zbioru utworów wojennych, stałą się jedną z popularniejszych pieśni, choć występujących często pod skróconym tytułem.
Na terenie powiatu włodawskiego oraz bardziej na południowy wschód, to ziemie ordynacji zamojskiej lub tzw. alodialne, czyli będące poza ordynacją, a stanowiące własność różnych linii tej rodziny. Jednym z polityków, współpracujących od czasów jeszcze zaborów z Maurycym Zamoyskim, XV ordynatem zamojskim, był współtwórca niepodległości, Roman Dmowski. On też należał do kręgu gości, bywających w Sosnowicy u Teodora Libiszowskiego. Łączyły ich poglądy polityczne i podobny stosunek do pojęcia patriotyzmu.
W pierwszej audycji o Sosnowicy nasi goście przedstawili Libiszowskiego jako młodego gospodarza, rozwijającego rybołówstwo, a tym razem Teodor Libiszowski jako działacz społeczny, lokalny polityk oraz losy powojenne jego i potomstwa. A opowiadają: Jarosław Armaciński, prawnuk ww. Stanisława oraz Jeremi Doria-Dernałowicz, wnuk Teodora Libiszowskiego.
11.05.2025
41 min 18 s
Maj jest w polskiej historii miesiącem szczególnym. Świadczą o tym liczne daty, a wraz z nimi pamięć o wydarzeniach historycznych. Dla części społeczeństwa ważny będzie dzień 1 maja, a dla całego – 3 maja, w tym roku 234 rocznica uchwalenia Ustawy Rządowej – Konstytucji 3 Maja.
W Kościele powszechnym i polskim także istotne daty: św. Jan Paweł II (Karol Wojtyła) urodził się 18 maja 1920 roku, 13 maja 1981 roku miał miejsce zamach na papieża, a zanim objął on stolicę Piotrową, 29 maja 1967 roku został kreowany kardynałem.
Jan Paweł II zmarł 2 kwietnia 2005 roku, pogrzeb odbył się 8 kwietnia. Papież Franciszek zmarł 21 kwietnia 2025 roku. Daty może są tylko symbolem, ale pozwalają też lepiej pamiętać o osobach i wydarzeniach, nie są magią, ale czymś konkretnym.
Z Kościołem, nie tylko poprzez członkostwo w nim przez sakrament chrztu świętego, ale też dzięki kontaktom z duchownymi i hierarchami Kościoła, związana jest rodzina Swieżawskich. Prof. Stefan Swieżawski (1907-2004), historyk filozofii, autor wielu publikacji z tej dziedziny, jak np. Dzieje europejskiej filozofii klasycznej, Św. Tomasz na nowo odczytany, wydał także swoje dwutomowe wspomnienia. Przyjaźnił się z księdzem Karolem Wojtyłą, potem biskupem, kardynałem i papieżem Janem Pawłem II, będąc zrazu jego wykładowcą akademickim. Jan Paweł II od lat był nie tylko przyjacielem, ale też przewodnikiem duchownym całej rodziny Swieżawskich. Stefan Swieżawski ożeniony był z Marią ze Stadnickich z Nawojowej (1912-2004), mieli dwie córki: Helenę (1934-2019) Deskurową i Marię (1936-2010) Roqueplo.
Kiedy na antenie Polskiego Radia RDC („Radia dla Ciebie”) mówiliśmy w 2005 roku o zmarłym Janie Pawle II, wśród gości były wnuczki profesorostwa Swieżawskich: Dorota Roqueplo, Maria Deskur oraz Dominika Woźniakowska (1963-2010) – zmarła pięć lat później na chorobę nowotworową. Dn. 30 kwietnia br. przypadła 15. rocznica Jej odejścia. W związku z powyższymi datami, splotami wydarzeń, powiązaniami rodzinnymi i przyjacielskimi, w programie wyemitowaliśmy rozmowę z 2005 roku, która ukazała dzieje rodziny Swieżawskich poprzez jej bliskość z papieżem Janem Pawłem II oraz w ogóle z Kościołem powszechnym, stanowiąc też osobiste świadectwa.
01.05.2025
45 min 36 s
Tuż po II wojnie św. dwie artystki malarki – siostry Karpińskie – utworzyły w Siedlcach Miejską Szkołę Malarstwa i Przemysłu Artystycznego. Wprawdzie szkoła istniała tylko trzy lata, ale zostawiła po sobie trwały ślad w dziejach polskiej sztuki. Jej założycielki również miały swoją pozycję, a ich twórczość własna, przypomniana przez specjalistów, znajduje uznanie. Można ją oglądać m.in. na bieżącej wystawie w Muzeum Narodowym w Lublinie „Co babie do pędzla”, prezentującej twórczość polskich kobiet – artystek.
Siostry Karpińskie miały też interesującą historię rodzinną. Wprawdzie ich życie osobiste nie udało się (kochały, ale wybrańcy wcześnie zmarli), ale wcześniejsze dzieje ich rodziców i dziadków tworzą równie ciekawą opowieść rodzinną – kto wie, być może nawet wartą zekranizowania, jeśli nie w formie fabuły, to z pewnością dokumentu filmowego.
Irena (1901-1985) i Joanna (1902-1999) Karpińskie wraz z rodzicami i rodzeństwem do Siedlec, po wojennej tułaczce, przyjechały w 1920 roku. Częste zmiany miejsca zamieszkania są niemal normą w rodzinach leśników, a w tym zawodzie ich ojciec Józef (1875-1949) robił karierę, będąc m.in. uznanym pracownikiem lasów w Białej Cerkwi, w Dziembrowie u Sapiehów ze Spuszy (Grodzieńszczyzna), a potem m.in. pracując w Żerocinie (ob. Nadleśnictwo Międzyrzec), gdzie zresztą urodziła się Irena. Kulminacyjnym i stabilizującym życie rodziny było zatrudnienie w Dyrekcji Lasów Państwowych w Siedlcach.
O obu siostrach – artystkach plastyczkach, jak i o dziejach rodziny Karpińskich, zadomowionej w Siedlcach od 1920 roku, w programie mówiła dr Agnieszka Pasztor, kustosz w Muzeum Regionalnym w Siedlcach.
01.05.2025
47 min 31 s
O JANUSZU ks. RADZIWILLE I JEGO RODZINIE
Jak słusznie zauważył p. Mikołaj Radziwiłł, gdyby położyć monografię polityczną Janusza Radziwiłła (1880-1967) autorstwa prof. ucz. dr. hab. Jarosława Durki obok najnowszej książki dr Anety Aleksandry Dudy, to mamy niemal całościowy obraz tej postaci. A ponadto, to jak opisała rodzinę Radziwiłłów Autorka, jest niemal gotowym scenariuszem na serial telewizyjny, co w samo w sobie jest świetnym pomysłem.
Książka badaczki ze Słupska jest ogromna i szczegółowa. I nie jest to opowieść bajkowa, tylko opracowanie naukowe, napisane na podstawie dogłębnej analizy źródeł, w tym – jak pisze recenzent prof. dr hab. Kazimierz Karolczak – dotychczas zupełnie niewykorzystanych, zarówno gospodarczych, jak i osobistych, zwłaszcza korespondencji rodzinnej. Poznajemy więc tym razem nie polityka, a głównie ziemianina – właściciela ziemskiego, przemysłowca, ordynata, głowę rodziny, ojca, męża, ale także szwagra, bowiem wątek relacji familijnych i finansowych z domem Lubomirskich jest w tej publikacji porządnie opisany.
Ponoć w pewnym momencie krążyła anegdota u „pań z towarzystwa”, że ten Łoś to pyta o hektary, a kto by to pamiętał i wiedział, ile hektarów w majątku było. Aneta Aleksandra Duda nie pozwala sobie na takie podejście do tematu; tam, gdzie to było możliwe pod względem źródłowym, opisuje, charakteryzuje majątki, wskazując także konkretne dane liczbowe. Ale podkreśla też całą działalność społeczną, najpierw Ferdynanda Radziwiłła (1834-1926), a potem jego syna, Janusza, ostatniego ordynata ołyckiego. Opowiada też o licznych i na różne sposoby przecinających się powiązaniach Radziwiłłów nie tylko z najbliższą rodziną, ale i z wieloma dalszymi krewnymi czy domami zaprzyjaźnionymi.
Innym razem, w 2010 czy 2011 roku, do „Wiadomości Ziemiańskich”, wraz z red. Zofią Pacuską, próbowaliśmy poprawić tekst jednego z Autorów, który opisywał postać Herakliusza Sebastiana Lubomirskiego (1926-1992), wskazując na jego trudną sytuację życiową, ale bezwiednie i nie złośliwie, nie do końca prawdziwy. Miałem szczęście, bo żyła jeszcze wtedy jego pierwsza żona, Anaida Kurulanc (1927-2011), z którą wrócił z zesłania, gdzie musiał dosłownie walczyć o przetrwanie… Pani Anaida pokazała mi nóż i chleb z kieszeni męża… Zrozumiałem wówczas, jak dalece wojna niszczyła ludzi, jakie ofiary powodowała. Dwaj bracia Anny Januszowej Radziwiłłowej, a więc Hubert (1875-1939, ojciec Herakliusza) i Adam (1873-1940) Lubomirscy zginęli z rąk sowieckich na początku wojny i okupacji. Znam więc końcówkę tej tragicznej historii, zaś z książki dr Anety Aleksandry Dudy mogłem poznać wcześniejsze wydarzenia, też niełatwe, kiedy bracia Anny nie umieli poradzić sobie w życiu – co skutkowało podupadaniem majątków – a Janusz Radziwiłł szczególnie, ale i Maria Franciszkowa Zamoyska z Bortnik wspomagali braci i szwagrów, zapewniając im godziwe życie. Jest w tej historii także to, co oczywiście socjologicznie nazwalibyśmy klanowością, ale skuteczną w praktyce: najbliższym, gdy mają kłopoty, podaję się rękę. Nie tylko z pobudek rodzinnych, lecz również religijnych.
Wracając do głównego bohatera książki, wokół której toczy się opowieść i dysertacja naukowa zarazem: Janusz Radziwiłł to wielki autorytet w polityce (przy także istniejących przeciwnikach, co naturalne), w społeczeństwie polskim, w rodzinie oraz w społecznościach lokalnych – tam, gdzie były dobra ziemskie, lasy, tartaki, cukrownie; patriota, mimo potocznej nazwy tej części rodziny, czyli linii berlińskiej Radziwiłłów. Zaczęła dr Ewelina Wanke (pisząca o Ferdynandzie Radziwille), kontynuuje dr A. A. Duda – obie badaczki są zgodne co do tego, że opuszczenie Wilhelmstraße 77 i osiedlenie się w Warszawie, Nieborowie, w Ołyce czy Szpanowie pozwoliło służyć Polsce w pełni i z przekonaniem, wypływającym z poczucia polskości.
O Radziwiłłach z tzw. linii berlińskiej, w programie mówi dr Aneta Aleksandra Duda, autorka książki, Ordynat ołycki książę Janusz Radziwiłł i jego rodzina. Społeczno-ekonomiczny obraz polskiej rodziny arystokratycznej od II połowy XIX wieku do 1939 roku.
-----------------------------
Aneta Aleksandra Duda, Ordynat ołycki książę Janusz Radziwiłł i jego rodzina. Społeczno-ekonomiczny obraz polskiej rodziny arystokratycznej od II połowy XIX wieku do 1939 roku, red. Ilona Kalamon z Zespołem, recenzja wydawnicza: prof. dr hab. Kazimierz Karolczak, dr hab. prof. UK Jarosław Durka; Lublin 2024, Wydawnictwo Naukowe Episteme; ss. 1230, indeks osób, bardzo bogata Bibliografia, rysunki, tabele, wykresy, ikonografia (domena publiczna i rodzinna).
---------------------------
Audycje, poświęcone bezpośrednio i pośrednio tzw. berlińskiej linii Radziwiłłów (historia i współczesność), wejdź na tytuł, kliknij:
Postać Ferdynanda Radziwiłła, marszałka seniora Sejmu Ustawodawczego II RP
21.04.2025
45 min 30 s
Urokliwe miejsce
To piękny, podwarszawski region, obszar Puszczy Białej, położony w dolinie dolnego Bugu, pośród sosen, wiekowych dębów oraz wzdłuż międzynarodowej trasy szybkiego ruchu S8. Nad Niegowem (gm. Zabrodzie, pow. wyszkowski) dominuje wiadukt. Ludzie naturalnie cieszą się, bo jego wybudowanie ułatwiło poruszanie się między dwiema stronami wsi. Tuż przy przystanku autobusowym znajduje się przedwojenny młyn. A zaraz potem cmentarz parafialny, na którym obok rzeszy mieszkańców tej miejscowości, pochowani są dawni właściciele tutejszego folwarku oraz znajduje się kwatera sióstr Samarytanek.
Zgromadzenie Sióstr Benedyktynek Samarytanek Krzyża Chrystusowego
Matka Wincenta (Jadwiga) Jaroszewska
W kwaterze sióstr znajduje się m.in. grób Marii Jędrzejowicz (1887-1966, c. Mariana i Ludwiki z Jędrzejowiczów), która ostatnich dni dożyła u gościnnych Samarytanek, a zaraz potem jest centralnie umieszczona mogiła m. Wincenty - Jadwigi Jaroszewskiej (1900-1937), założycielki Zgromadzenia. Jej zbyt krótkie życie naznaczone zostało najpierw wczesną utratą rodziców, a potem postanowieniem, że biednym upadłym kobietom (prostytutkom), które znała jeszcze z Piotrkowa, należy pomóc. Drugą jej troską byli chłopcy z zaburzeniami psychicznymi. Obie grupy w latach przedwojennych znalazły się poza marginesem społeczeństwa.
Matka Wincenta w zajmowaniu się prostytutkami oczywiście nie była pierwsza, bo już pod koniec XIX w. Antoni Wysłouch, lekarz wenerolog pisał, że przymusowe wciąganie dziewcząt do regestów i tworzenie tym sposobem klasy prostytutek uważam w najwyższym stopniu za niemoralne [A. Wysłouch, Ohyda wieku [w:] „Krytyka Lekarska”, Warszawa 1902, s. 7], ale problem nie zniknął, przeciwnie narastał, więc matka wzięła się do pracy. I potem ktoś zauważył, że gdy pojawiała się w szpitalu św. Łazarza (jeszcze jako założycielka stowarzyszenia, nie zakonu), kobiety te jakoś przychylnie i bez strachu traktowały jej habit, z czasem nabierając do niej zaufania. I nie bała się ludzkich głosów, że przecież osobie z dobrego domu nie godzi się wchodzić do szpitala z „tymi” kobietami.
Interesowała się już od początku swej posługi (jeszcze jako osoba świecka) nie tylko kobietami upadłymi: W latach 1933 czy 1934 w Piotrkowie szwagierka moja Jadzia, tzn. m. Wincenta, zwróciła się do mnie, aby ułatwić jej wejście na teren więzienia, ponieważ miałem wówczas możliwość służbową ułatwienia jej. Szwagierka z właściwą sobie energią, przy pomocy władz więziennych, zapoznała się z życiem więźniów, żywo interesując się ich warunkami. Przeprowadziła z niektórymi więźniami rozmowy. Jak mogłem się przekonać, w jej ówczesnych planach leżało podjęcie w swym zakonie opieki duchowej nad więźniami. [Z listu Henryka Izdebskiego, dnia 11 XI 1964 r.; Archiwum ss. Samarytanek w Niegowie, wyb. s. Margarita Brzozowska OSBSam]
To troskliwe spojrzenie na potrzebujących wykluczonych, nie przeszkadzało matce Wincencie na budynku kupionego dworu w Niegowie, który został Domem Generalnym Samarytanek, umieścić w herbie rodzinnej Zagłoby; zresztą jedna z arystokratek mówiła: Chyba mnie dość dobrze wychowano, żebym potrafiła przejść przez bagno [M. Miller, Arystokracja, Warszawa 1998, s. 7]. Idąc tym grzęzawiskiem, Wincenta pomagała jak umiała, swoją ideą zaraziła też inne siostry, a stowarzyszenie powoli przekształciła w Zgromadzenie zakonne, sięgając do reguły benedyktyńskiej. Żyła krótko, ale tym, co dane jej było przeżyć i zrobić, można by obdzielić kilka osób.
Zdążyła jeszcze około siedmiu lat pożyć w tym urokliwym miejscu, które na kredyt – bo niby skąd miała mieć pieniądze – kupiła od pań Dzierzbickich. Dom, czyli dwór w stylu renesansowej willi włoskiej plus ziemię, o łącznej powierzchni ponad 74 ha. W Niegowie utworzyła więc Dom Generalny swego zakonu, ciesząc się, że wokół jest tyle przyrody, że jest prawdziwy gazon z podjazdem, że siostry i podopieczni będą mieli swój kawałek ziemi.
Panie Józefa Dzierzbicka i jej córka Anna Wyszyńska miały roszczenia, że raty kredytu nie spływają na czas. Ale Wincenta, tak jak m. E. R. Czacka w Laskach i m. Marcelina Darowska w Szymanowie, oddawała wszystko Bogu, zawierzała. Udało się w 1942 roku; po spłaceniu rat uzyskała zaświadczenie od byłych właścicielek, że nie mają pretensji. Józefa Dzierzbicka i Anna Wyszyńska zresztą nie opuściły swojej ziemi, bo na reszcie całkiem sporego majątku, nadal gospodarowały, a piękny murowany dwór, zastąpiły skromniejszym, drewnianym; nie ma dziś po nim śladu.
Wszystko, co trwałe, ponadczasowe i ważne, w Niegowie (jak i w okolicach) jednak pozostało. Jest klasztor, są domy pomocy społecznej w typie tzw. rodzinek, jest wreszcie dziedzictwo kulturowe: dom zakonny, młyn, późno klasycystyczny kościół, jak i pamięć o postaciach z historii, o bohaterach i zwykłych ludziach. Na cmentarzu, tuż za bramą stoi kaplica grobowa ks. Floriana Gieczyńskiego (1793-1866), proboszcza niegowskiego i kompozytora, bo to taki skrawek ziemi, na której jest jak u Reja: pan, wójt i pleban.
Niegowscy dziedzice na cmentarzu
A pośród dawnych właścicieli, którzy też oddawali ziemię pod nekropolię, pochowani tam są:
- Piotr Zieliński (1813-1893), właściciel Niegowa, kolekcjoner dzieł sztuki; sfinansował podróż Ludwika Norwida (brata Cypriana) do Francji. Był świadkiem na ślubie Pauliny z Norwidów (siostry poety, Niegów 1838) i Jana Suskiego, właściciela Wólki Słopskiej.
- Stanisław Marian Starża-Dzierzbicki (1862-1920), mąż Józefy z Lewandowskich, współwłaścicielki Niegowa.
- Zosia Wilczyńska (1864-1864), córka posesora (nadzorcy) majątku niegowskiego.
- Bronisława Deskurówna (1857-1859), córka Bronisława (1835-1895), właściciela Niegowa, założyciela pobliskiego Deskurowa, powstańca styczniowego 1863, i jego żony Teresy z Bobrownickich. Bronisław Deskur był fundatorem dzwonów kościelnych w Niegowie. Nagrobek z piaskowca w stylu klasycystycznym, został odrestaurowany przez rodzinę, w czym walny udział miał kard. Andrzej Maria Deskur (1924-2011, s. Andrzeja L. i Stanisławy z Kosseckich), stryjeczny prawnuk Bronisława.
- Bracia Zielińscy: Leon (1836-1846) i Bronisław (1844-1855), synowie właściciela Wólki Słopskiej Józefa Zielińskiego (1811-1892), rodem ze znanej rodziny ze Skępego (i Józefy z Jażwińskich), sędziego pokoju okręgu radzymińskiego, fundatora dzwonnicy.
- Aleksander Ihnatowicz (1847-1882), drugi mąż Józefy Pauliny z Szyszków, dziedziczki niegowskiej, córki Pauliny z Dobrowolskich; radca stanu. Do Niegowa sprowadził się z Litwy. Nagrobek Ihnatowicza ujawnia wpływ kultury francuskiej. Jest to eklektyczna forma z klasycystycznymi elementami zdobniczymi: tablica inskrypcyjna z kartuszem, po bokach ornamenty roślinne z motywem akantu, krzyż z ciekawymi motywami roślinnymi. Nagrobek został wystawiony sumptem żony, która prosi przechodnia o anielskie pozdrowienie.
- Wojciech Orłowski (1864-1906), trzeci mąż Józefy Pauliny z Szyszków. Z początku był on administratorem dóbr niegowskich Józefy P. 1° Dobrowolskiej, 2° Ihnatowiczowej, z czasem oboje pobrali się. Nie mając potomstwa, Józefa P. Orłowska (już jako wdowa, zm. 1926) w testamencie dobra niegowskie zapisała swej dalszej krewnej, Józefie Annie z Lewandowskich (1872-1960, jej mąż Stanisław Marian Starża-Dzierzbicki 1862-1920) oraz jej dzieciom; Annie Władysławowej Wyszyńskiej (1898-1994) i Wacławowi (1896-1967). Od nich to właśnie m. Wincenta zakupiła zespół dworsko-parkowy w Niegowie.
s. Benigna – „Anioł śmierci”
Poza Niegowem, Samarytanki w Warszawie prowadziły dom, w którym poprzez opiekę i dyskretną resocjalizację warszawskie prostytutki wracały do społeczeństwa. Kolejny piękny dom – willa na tzw. Henrykowie (ob. dzielnica Białołęka) przy ul. Modlińskiej 257, był miejscem pracy s. Benigny, czyli Stanisławy Umińskiej (1901-1977), córki Antoniego i Walerii z Wiśniewskich. Była uzdolnioną, chwaloną przez Leona Schillera aktorką, rozwijającą swą karierę z sukcesem. Zaręczyła się z Janem Marcelim Żyznowskim (1889-1924), artystą malarzem, pisarzem i scenografem, który zachorował na nowotwór. Po kolejnym etapie leczenia, gdy nie mógł znieść cierpienia, w paryskim szpitalu, gdzie przebywał na kuracji, poprosił narzeczoną, aby odebrała mu życie. Ona, w stanie wzburzenia, chcąc spełnić jego wolę i uwolnić go – z miłości wszak, od cierpienia, zastrzeliła swojego oblubieńca. Proces sądowy był głośny, wyrok uniewinniający. Ona jednak nie umiała pogodzić się z moralną, negatywną oceną czynu; jej sumienie silnie protestowało. Szukała początkowo możliwości powrotu na scenę, ale czuła, że z takim obciążeniem nie będzie to możliwe. Jeszcze we Francji została przyjęta do domu ss. Benedyktynek, gdzie powoli powracała do psychicznej równowagi. Po powrocie do kraju i gdy zrozumiała, że aktorstwo już nie jest jej drogą życiową, postanowiła wstąpić do zakonu. Aleksander Zelwerowicz zapytał m. Wincentę Jaroszewską, czy nie przyjęłaby nowej adeptki do Zgromadzenia, na co uzyskał zgodę, pokierowaną zrozumieniem i wyrażoną otwartością. W ten sposób Stanisława Umińska została Samarytanką, która w sposób szczególny podjęła się pracy, ale i kontynuowała, zaczęty jeszcze we Francji rozwój duchowy. Swoje doświadczenia, zarówno te traumatyczne, jak i zawodowe, z wielką siłą i oddaniem wykorzystywała w pracy z „upadłymi kobietami” w Henrykowie przed wojną, ale i w czasie okupacji, podczas której przy Modlińskiej chroniono Żydów, a aktorzy razem z s. Benigną tworzyli teatr.
Dom w Henrykowie, dzięki wieloletnim staraniom Fundacji AVE, wraz z jego prezesem Bartłomiejem Włodkowskim, został odrestaurowany i będzie służył działaniom na polu kultury na Białołęce.
Dziedzictwo i kontynuacja
Dziedzictwem i trwającą pracą Zgromadzenia są nadal domy pomocy społecznej, w których mieszkają osoby z niepełnosprawnością intelektualną, a kolejne pokolenia sióstr wypełniają misję m. Wincenty Jaroszewskiej, która pisała: Wychowując - musimy stać się matkami duchowymi. Ale nie takimi matkami, które umieją tylko morały prawić, a same brzydzą się upośledzonymi dziećmi i kalekami, często stają się niedelikatne jak one. My musimy być matkami. Trzeba dać dziecku troszkę serca... Musimy mu zastąpić matkę... Nie tylko dać kawałek chleba, ale wczuć się w jego radości i smutki, musimy poznać jego życie! [WP 68; wyb. s. Margarita Brzozowska OSBSam).
O historii zgromadzenia Sióstr Benedyktynek Samarytanek Krzyża Chrystusowego, z uwzględnieniem posługi jego założycielki, m. Wincenty oraz dziejów Domu w Niegowie, w programie opowiadała s. Margarita Brzozowska OSBSam, w asyście m. Anuncjaty (Elwiry) Zdunek, przełożonej generalnej Zgromadzenia.
20.04.2025
52 min 04 s
Młyn, pizza i młocarnia
Młyn, stojący niemal tuz przy ruchliwej trasie S8 w Niegowie (gm. Zabrodzie, pow. wyszkowski) jest z okresu międzywojnia. Jego budowę rozpoczął w 1923 roku Marian Dąbrowski i w rękach jego rodziny pozostawał on do końca. Urządzenia mechaniczne, mlewniki, silnik i inne pochodzą jeszcze z XIX wieku. Gdy przyjechał go zobaczyć badacz z tytułem profesorskim, zajmujący się zabytkami młynarstwa, nie sądził, że znajdzie w pełni sprawny obiekt; był w szoku. Dzięki staraniom miłośników zabytków techniki i historii, mechanizm młyński jest stopniowo restaurowany. Młyn stał się miejscem spotkań mieszkańców wsi i gości, przybywających do niego np. na Europejskie Dni Dziedzictwa (EDD). Murowany młyn motorowy z Niegowa zbudowano z prefabrykatów, co wówczas stanowiło szczyt nowoczesności, stąd i jego nazwa „Nowość”.
Młyn młynem, ale w budynku i obok, znajdują się przedmioty, z których część już kiedyś była prezentowana: uratowane meble, pająk pod sufitem, czy tkane chodniki. Znajdowały się one w regionalnej izbie szkolnej w Zabrodziu, utworzonej przez tamtejszym pioniera w tej dziedzinie, śp. Józefa Kućmierowskiego (1945-2014). Wielka szkoda, że izby już nie ma, ale cieszy, że przedmioty te trafiły pod opiekę Stowarzyszenia na Rzecz Gminy Zabrodzie „Bractwo Zabrodzkie”.
Poza młynem, można tam zobaczyć piec chlebowy pod wiatą. Pieczono w nim nie tylko tradycyjny chleb, ale i… pizzę. Obok jednak jest rarytas: młockarnia „Kutnowianka” – cudo z Fabryki Maszyn i Narzędzi Rolniczych Kraj Alfreda Vaedtke w Kutnie.
Takimi młockarniami szczyciły się majątki ziemskie, stawiające na rozwój i nowoczesność. Ciekawe, czy miały taką młockarnię Józefa z Lewandowskich Dzierzbicka (1872-1960) i jej córka Anna Wyszyńska (1898-1994), ostatnie współwłaścicielki Niegowa, a może i Stanisław Ścibor-Marchocki (1926-2015), wieloletni dyrektor PGR Niegów?
Dziedzic w PGR
Córka p. Stanisława, Maryla Ścibor-Marchocka opowiadała w audycji radiowej o uroku drogi, którą pokonywała, idąc do Głuch, gdzie urodził się Cyprian Norwid, gdzie mieszkał zapomniany rzeźbiarz, Bolesław Jeziorański. A matka generalna Samarytanek, s. Anuncjata Zdunek oraz s. Margarita Brzozowska przypomniały, że „Ścibor”, jak go nazywali wszyscy, na niedzielne msze św. z córką chodził do kaplicy sióstr – był z klasztorem blisko, a zakonna siostra ekonomka wie, że i współpraca PGR-u ze Zgromadzeniem stanowiła o ich wspólnym współistnieniu na tym skrawku Mazowsza. Zapewne niewielu wiedziało w Niegowie, że ten noszący się niemal po wojskowemu, poważny dyrektor PGR-u ma za sobą nie tylko ziemiańską przeszłość rodzinną, ale też własne „przygody” z UB, wyroki, więzienie, tylko za to, że kochał Polskę, że walczył o nią zarówno w czasie wojny, jak i jako Żołnierz Niezłomny. I choć może sumiasty wąs mógł zdradzać jego korzenie, to nie był to czas, by do nich przyznawać się, co nie znaczy, że władza ludowa o nich nie wiedziała. A on, jak znów wspomina córka Maryla, opowiadał ludziom w Niegowie historię Polski. Nie wynoszący się ponad innych, twardy, ostry, ale zawsze sprawiedliwy i po cichu, po swojemu traktujący pracowników jak ojciec, a ziemię jak matkę, bo to ona – niezależnie od tego, czy ktoś herbowy czy spod strzechy – dawała chleb. A nie wszyscy mieli do niego łatwy dostęp, nie tylko na często (choć nie zawsze) biednej wsi, ale też w mieście, do którego niby to na służbę trafiały ubogie dziewczyny.
W ogóle – choć opowiemy o tym innym razem – lata powojenne w Niegowie był trudne, ale i ciekawe. Stanisław Ścibor-Marchocki, obejmując PGR w Niegowie, usłyszał od zwierzchników, że jeśli jemu nie uda się uratować podupadającego gospodarstwa, to ono zostanie zlikwidowane.
Tymczasem po młynie w Niegowie w programie oprowadzają: Arkadiusz Redlicki, prezes Stowarzyszenia na Rzecz Gminy Zabrodzie „Bractwo Zabrodzkie” oraz matka Anuncjata Zdunek, przełożona generalna Zgromadzenia Sióstr Benedyktynek Samarytanek Krzyża Chrystusowego w Niegowie.
20.04.2025
28 min 04 s
06.04.2025
45 min 44 s
Jedna z byłych ziemianek, zaraz po II wojnie światowej, podczas wizyty adoratora swej córki, usłyszała od młodego człowieka, że jest on krewnym lub powinowatym znanego i szanowanego wykładowcy jednej z uczelni wyższych. Zupełnie bezwiednie zapytała: Rozumiem... tak... A to, z których [jest] pan Kowalskich, z tych dużych czy z tych małych? Na co młodzieniec przytomnie odpowiedział: z tych najmniejszych, łaskawa pani.
Anegdota ta pokazuje różnice wewnętrzne w środowisku ziemiańskim. Choć było to już po 1945 roku, nie istniała struktura społeczna sprzed wojny, starsza pani nadal myślała kategoriami kręgu społecznego, w którym wyrosła i spędziła część dorosłego życia.
Z kolei, przedstawiciel Hordliczków, będąc u swojej czeskiej siostry w Pradze, czuł, iż jest ona pełna podziwu dla niego i całej polskiej linii tej rodziny, że na ziemiach polskich osiągnęła ona nie tylko sukces ekonomiczny, ale i społeczny. Siostra, mieszkająca w stolicy Czech, bynajmniej nie znajdująca się na nizinach społecznych, uznawała jednak wyższość brata i fakt, że zaliczał się on do elit.
Na czym jednak polega różnica? Ziemianie w Polsce, poza kapitałem ekonomicznym, szczycili się również „starożytnością” rodu, a więc pochodzeniem sięgającym wieki wstecz, jak również naturalnymi, rodzinnymi oraz towarzyskimi relacjami ze światem ziemiaństwa, a niekiedy arystokracji. Mówiono o Malczewskich (rodzinie malarza), choć dawno nie posiadali żadnego majątku, ale cały czas obracali się w tym samym kręgu, tak jakby nic w życiu tej rodziny nie zmieniło się.
Hordliczkowie, dotarłszy do tej wysokiej pozycji w burżuazji i ziemiaństwie polskim, wykonali wcześniej gigantyczną pracę. I trudno sobie wyobrazić, aby ktoś z tej rodziny o swoim krewnym powiedział, że jest z „małych” lub „dużych” Hordliczków. Więź między nimi wydaje się naturalna i oczywista. I nie była podyktowana statusem ekonomicznym. Co najwyżej można zauważyć, iż ze względu na „obcy” początkowo grunt, czyli środowisko polskie, z pewnością łączyło ich pochodzenie narodowe. Z czasem i to się zmieniło, bowiem spolonizowali się, a Agata Hordliczkówna, mówiąca z troską, że „nie o takiej Polsce myśleliśmy”, jest na to dobitnym przykładem.
Trudno powiedzieć, jakby zachowali się, gdyby spotkało ich to, co Lilpopów. Z identycznego poziomu społecznego, Stanisław Wilhelm Lilpop (syn przemysłowca obcego pochodzenia i ziemianin), liczył, że jedyna dziedziczka jego dóbr brwinowskich, Anna, wyjdzie za mąż za Krzysztofa księcia Radziwiłła z Sichowa. Radziwiłłom jednak ten mariaż nie przypadł do gustu, nie doszło do niego, a Anna za to wyszła za mąż za Jarosława Iwaszkiewicza, co z kolei początkowo nie podobało się zamożnemu Lilpopowi, bo jakże to z pracy piórem można utrzymać rodzinę?
Hordliczkowie z pewnością mieli ambicje osiągnięcia pozycji ekonomicznej i społecznej. To się im udało, ale mimo późniejszych mariaży z członkami polskiego ziemiaństwa, nie traktowali tego jako cel sam w sobie. Jak mówi w programie dr Anna Ogonowska – to jednak byli Czesi.
Pod każdym względem więc, dzieje rodziny Hordliczków niejako wymykają się polskim stereotypom, co nie przeszkadzało im na dostosowanie się czy przyjęcie bezwiednie za własny kodu kulturowego polskich elit ziemiańskich i burżuazyjnych (zachowania, obyczaj towarzyski, filantropia, szczególny - pozytywny stosunek do pracowników, potrzeby życia kulturalnego, wykształcenie młodzieży, wychowanie itd.).
Jest coś, co bardzo wyraźnie charakteryzuje rodziny pochodzenia obcego w Polsce, a co budziło zdziwienie szczególnie u okupanta niemieckiego, że w ogromnej większości opowiedziały się one po stronie polskości. Tak też było u Hordliczków, o czym świadczy ich zaangażowanie w Podziemiu, udział w powstaniu warszawskim 1944 roku i osobiste historie członków rodziny z pokolenia wojennego.
O tym, co charakterystyczne dla tej rodziny oraz niejako o efektach ich przybycia, a potem zakorzenienia się w Polsce, w drugiej części programu mówią: dr Anna Ogonowska, prezes Fundacji Koszary Przywróćmy Pamięć, Krzysztof Kot, wiceprezes Fundacji i Krzysztof Czyżewski, potomek (z młodego pokolenia) rodziny Hordliczków.
23.03.2025
50 min 08 s
PODCASTY
Dziennikarz Mateusz Szymkowiak spotyka się w audycji z ludźmi, którzy odnieśli w życiu sukces. Z tymi, którzy w biznesie, nauce czy przemysłach kreatywnych, nie mają w Polsce równych.
Magazyn PoWarszawsku to audycja, która przeniesie Was w świat dawnej Warszawy. Zanurz się z nami w dawne gazety i książki, pełne ciekawostek, anegdot i spraw ważnych też. Każda audycja to też gość, który opowie Wam i nam o swojej Stolicy.
W Polskim Radiu RDC rozmawiamy o edukacji w dobie cyfryzacji. New Education Forum w Centrum Nauki Kopernik to wydarzenie, które w 2015 roku zostało zapoczątkowane przez Centrum Innowacyjnej Edukacji. NEF jest platformą wymiany wiedzy, doświadczeń i kontaktów w dziedzinie innowacji edukacyjnych.
Program o sile, inspiracji i równości. W każdą niedzielę o 12.30 zapraszam na spotkanie z wyjątkową kobietą. Dorota N. Haller.