Wiadomości
Posłuchaj z regionu
Opis odcinka
Wiszniewscy z Horyhlad nad Dniestrem
Moja mama była ogromnie przywiązana do Radzymina, ogromnie. Leczyła tam ludzi do siedemdziesiątego piątego roku życia, więc przez trzy pokolenia. Ojciec szybko zmarł, ale też był bardzo cenionym lekarzem. Gdy był na zesłaniu, to Podstawowa Organizacja Partyjna w Radzyminie też się zwracała z uprzejmą prośbą [do władz], aby dali jakiś znak, czy ojciec w ogóle żyje.
(Hanna z Wiszniewskich Sokołowska)
Horyhlady, gdzie to jest?
Zanim jednak był Radzymin, rodzina Wiszniewskich żyła w Horyhladach.
Sama wieś [jest] jak z folderu reklamującego podróż wehikułem czasu, tak jak niegdyś żyli tu dwieście, może trzysta lat temu ludzie, tak i dzisiaj żyją jej współcześni mieszkańcy – napisał Stanisław Wodyński w Kresowym Serwisie Informacyjnym.
Horyhlady należały do powiatu tłumackiego (woj. stanisławowskie) i były samodzielną gminą wiejską, a z dniem 1 sierpnia 1934 roku zostały włączone do nowopowstałej gminy Olesza. Oddalone ok. 14 km na wschód od Tłumacza, położenie mają specyficzne, bowiem leżą na lewym brzegu Dniestru, na półwyspie otoczonym z trzech stron wodami tej rzeki.
Poczta znajdowała się w Niżniowie, w tym miasteczku był również most oraz stacja kolejowa. Jeszcze pod koniec XIX wieku sąd powiatowy i telegraf były w Tłumaczu, ale poczta także w Koropcu, co być może należy wiązać z tym, iż było to centrum rozległych dóbr rodziny hr. Badenich, zaangażowanych w politykę i należących do elity władzy w Galicji.
Tam, gdzie rzeka stanowi o pięknie krajobrazu, ale i jest utrudnieniem w codzienności, ludzie potrafili sobie radzić, nie narzekając na naturę, przeciwnie, starając się do niej dostosować i przyzwyczaić, choćby w podróżowaniu. Między Horyhladami a Niżniowem, we wsi Ostra był prom. Pojazdami konnymi mieszkańcy Horyhlad dojeżdżali do promu i nim przeprawiali się do Niżniowa. I z tej drogi wodnej korzystano najczęściej. Gdy jednak rzeka wylewała, trzeba było pojechać drogą bitą najpierw do mostu w Niżniowie i dopiero w ten sposób docierało się do miasteczka. Droga lądowa była jednak dłuższa o 24 km; z samego Niżniowa pociągiem można było wyruszyć w dalszą podróż.
Korespondencja była przewożona z Horyhlad w torbie skórzanej, w której znajdował się worek zamykany na kłódkę, do której jeden klucz znajdował się w posiadaniu naczelnika urzędu pocztowego w Niżniowie a drugi był w gabinecie ojca.
Posłaniec, który przywoził pocztę do Niżniowa oddawał naczelnikowi worek, który po opróżnieniu przez urząd zostawał napełniony korespondencją przeznaczoną dla Horyhlad i po ponownym zamknięciu na kłódkę oddawany z powrotem temu samemu posłańcowi. Normalnie ekspediowano z Horyhlad pocztę około 14-tej, by około 19-tej otrzymać świeżą.
(ze wspomnień Andrzeja Wiszniewskiego; źródło: lik.info.pl)
Wijący się mocno Dniestr często więc wpływał na życie mieszkających tam ludzi. Rzekę tę we wspomnieniach przywołuje m.in. Andrzej Krzeczunowicz z Bołszowiec, opowiadał o niej Władysław Heydel z Beremian, pisali również bracia, wspomniany Andrzej i Tadeusz Wiszniewscy.
Teren dorzecza Dniestru usłany jest śladami polskiej działalności na rubieżach wschodnich; wystarczy podać kilka ośrodków miejskich, kościelnych (klasztornych) czy majątków ziemskich: Bursztyn (dobra Jabłonowskich), Buczacz (miasto), Beremiany (dobra ziemskie wraz z pensjonatem letnim Heydlów), Chmielowa (dobra Głażewskich), Jazłowiec (klasztor ss. niepokalanek), Koropiec (dobra Badenich), Niżniów (miasto, klasztor ss. niepokalanek, dobra Stefanii z Lanckorońskich Urbańskiej), Torskie (dobra ziemskie z winnicą Rostworowskich), Zaleszczyki (miasto, ośrodek wypoczynkowy) i inne.
Los powstańca wyzutego z majątku
Malowniczo położony majątek Horyhlady wraz z sąsiednim folwarkiem Ostrą, w 1906 roku kupił Leonard Roman Wiszniewski (1835-1914), przeznaczając go dla syna.
Zanim Wiszniewscy osiedli nad Dniestrem, ojciec Leonarda, Jan Wiszniewski (ożeniony z Różą z Ciechanowskich), oficer wojsk napoleońskich, posiadał dobra Kamień, Malinówkę i Jackowicze (pow. owrucki), był również pisarzem ziemskim owruckim.
Leonard Wiszniewski poszedł do powstania 1863 roku, będąc naczelnikiem powiatu owruckiego, przebył długą drogę walki; dowodził m.in. oddziałem powstańczym w bitwie pod Moskalówką, dosłużył się rangi kapitana. W chwili wybuchu powstania, gospodarował w Jackowiczach, które w ramach represji carskich, utracił.
Jego siostra Alojza (o czym w audycji nadmienia H. Sokołowska), zamężna za Janem Mazurkiewiczem, była matką doktora Władysława Mazurkiewicza (1871-1933), który miał wyjechać do Łodzi, ale na prośbę partii wziął udział w organizacji ucieczki aresztowanego Józefa Piłsudskiego, przebywającego od marca 1901 na obserwacji w szpitalu dla umysłowo chorych Mikołaja Cudotwórcy w Petersburgu. Dzięki rozległym stosunkom swego ojca w Petersburgu dostał posadę lekarza w tym szpitalu. W czasie dyżuru lekarskiego 1 (14) maja 1901 wyprowadził Piłsudskiego ze szpitala. Po ucieczce schronił się w Galicji, a następnie udał się na studia w Wiedniu i Pradze. [Wikipedia]
Alojza z Wiszniewskich Mazurkiewiczowa odziedziczyła tę część dóbr rodzinnych, której nie skonfiskowano, czyli Kamień w Owruckiem.
Poza wartościami przyrodniczo-krajobrazowymi, już pod koniec XIX wieku Horyhlady były znane z uprawy tytoniu, hodowli krów i owiec, ale też z wycinankarstwa ludowego. Ta historyczna, stara wieś w przeciągu wieków była we władaniu m.in. Jabłonowskich, Mogilnickich, Rymińskich oraz od 1868 roku Heleny z Mogi(e)lnickich Władysławowej Melbechowskiej. Po niej dwaj synowie, Aleksander i Adam byli współwłaścicielami tych dóbr oraz wsi Odyje. Ze względu na problemy rodzinne, związane z małżeństwami Aleksandra, zdecydowali się oni sprzedać Horyhlady, a nabywcą był właśnie Leonard Wiszniewski. Horyhlady to 391 ha ziemi ornej i 135 ha lasu, zaś Ostra (jako drugi, sąsiedni folwark) to 433 ha ziemi i 138 ha lasu. Ostrą L. Wiszniewski kupił od Dawida Uricha.
Jak pamiętamy, L. Wiszniewski był weteranem powstania styczniowego. Gdy objął nowy majątek, prawdopodobnie „odziedziczył” też innego weterana 1863 roku – Aleksandra Rydla, który zmarł w 1911 roku – donosił „Górnoślązak”. Po przejściach wojennych osiadł on w Horyhladach, będąc przez 27 lat (do śmierci) leśniczym u Melbechowskich, a następnie u Wiszniewskich.
Będąc człowiekiem przedsiębiorczym, wykształconym w Wojskowej Wyższej Szkole Technicznej w Petersburgu, Leonard Wiszniewski pracował w Mołdawii, a następnie jako inżynier rządowy przy budowie kolei w Rumunii. Po powrocie stamtąd, osiadłszy w Drohobyczu, zajął się rozwojem przemysłu naftowego w Galicji, ściśle współpracując z Ignacym Łukasiewiczem. Na założoną spółkę naftową otrzymał kredyt podatkowy w filii w Ołomuńcu Praskiego Banku Kredytowego (bank czeski, finansujący rozwój przemysłu naftowego w Galicji). Posiadał udziały w kopalniach w Uryczu i Sopocie (pow. stryjski), a na spółkę z inż. Kazimierzem Gąsiorowskim (1856-1936, dyrektorem kopalni wosku ziemnego w Borysławiu), szyb naftowy na działce o powierzchni 6000 m² w Schodnicy koło Kropiwnika. Wszystkie ww. szyby naftowe znajdowały się obok siebie, w bliższym lub dalszym sąsiedztwie, w dorzeczu Stryja. Na wiertni w Schodnicy w 1895 roku doszło do wybuchu i pożaru. Poza pracownikami (jeden z nich zginął na miejscu), obrażeń również doznali obaj synowie współwłaściciela, a Jan Wojciech Wiszniewski (1880-1895) zmarł.
Leonard Wiszniewski był aktywnym członkiem organizacji i instytucji gospodarczych, samorządowych oraz politycznych. W ramach działań Izby Handlowej i Przemysłowej we Lwowie zajmował się np. analizą rządowego projektu o ochronie emigrantów, jak również pracował nad projektem statutu Muzeum Technologicznego dla Przemysłu Rękodzielniczego.
W czasach długoletniej prezesury Augusta Gorayskiego w Krajowym Towarzystwie Naftowym, L. Wiszniewski był wiceprezesem, a w latach 1901-1902, z racji nieobecności prezesa głównego, sam kierował Towarzystwem. Dwukrotnie był wybierany posłem na Sejm Krajowy we Lwowie, zajmując się w nim m.in. reformą systemu wyborczego (jedno z burzliwych wydarzeń i dyskusji politycznych Galicji) w ramach Centralnego Komitetu Wyborczego dla Galicji Wschodniej, należąc do grupy posłów tzw. Lewicy Sejmowej, sprzyjającej od pewnego momentu konserwatystom. Wiszniewski był też marszałkiem Rady Powiatowej w Drohobyczu, a w stosunkach finansowych miał opinię człowieka najsolidniejszego.
Pracą i tą solidnością L. Wiszniewski, poza liczną rodziną, osiągnął coś, co pewnie dziś byśmy nazwali sukcesem: stał się człowiekiem dość zamożnym, znaczącym na skalę galicyjską.
Wcześniej zaś, po stracie majątku po powstaniu styczniowym umiał się podnieść, a wykorzystując umiejętności z wykształceniem, włączył się w nurt odbudowy kraju (jak rozumiano wówczas Galicję), co oczywiście w perspektywie miało doprowadzić do wzmocnienia Polski i odzyskania niepodległości. Tego momentu już jednak nie dożył.
Będąc w dobrej sytuacji ekonomicznej, a chcąc uposażyć dzieci, córce Janinie kupił dobra Świtarzów (pow. sokalski), ale z powodu nieuczciwego postępku jednego z adwokatów, po pewnym czasie musiał ten majątek sprzedać.
Początkowo centrum majątku w Horyhladach było w samej wsi, ale L. Wiszniewski przesunął je około jednego kilometra poza nią. Tam powstał dwór oraz zaplecze gospodarcze. Całość założenia pięknie opisał wnuk Leonarda, Tadeusz, z którego wynika, że obie części: mieszkalną i folwarczną oddzielała dokładnie zaplanowana kompozycja drzew i krzewów, rozmieszczonych wzdłuż alej, tworzących niemal ściany zieleni. Oddzielała ona nie tylko folwark, ale i część sportową, czyli kort tenisowy.
Leonard Wiszniewski ożeniony był z Ludmiłą z Zakrzewskich (1850-1936), z którą miał sześcioro dzieci: Marię Helenę (1871), zamężną za 1° Adolfem Weberem, 2° Antonim Giełdanowskim, Helenę Ludwikę (1876-1934), 1° Kuczkiewiczową (potomstwo), 2° Leonową Wąsowską (potomstwo), Jana Wojciecha (1880-1895), Janinę (1888-1951) zamężną za 1° Romanem A. Augustynowiczem, ich syn Krzysztof (1911-1999), wg ustaleń Huberta Niewięgłowskiego, 2° Ludwikiem Wiktorem, synem Tadeusza (1859-1922), gen. por. Wojska Polskiego i Marii Ludwiki z ks. Ponińskich z Horyńca, Zofię Ewę (1874-1910), zamężną za Aleksandrem Onyszkiewiczem (potomstwo) i Marię Ludwika Błażeja, ostatniego właściciela Horyhlad z Ostrą.
Horyhlady w czasach Ludwika
Sytuacja domu i majątku w Horyhladach zmieniła się, gdy Maria Ludwik Wiszniewski (1879-1940) założył rodzinę. Ale po kolei. Będąc jedynym dziedzicem rodzinnych dóbr, aby je prowadzić, zdobył wykształcenie rolnicze we Wrocławiu i Lipsku, zaś wcześniej na Uniwersytecie Lwowskim uzyskał doktorat z obu praw (cywilnego i kanonicznego).
W 1908 roku ożenił się.
Kraińscy z Jabłonki i Niebocka
Wybranką Ludwika Wiszniewskiego została Teresa z Kraińskich (1888-1965), córka Władysława (1842-1926), właściciela dóbr Jabłonka i Niebocko (pow. brzozowski) oraz Wyszatyce (gm. Żurawica, pow. przemyski), i Marii z Trzecieskich z Miejsca Piastowego, córki przemysłowca naftowego.
Ojciec jej był znanym działaczem galicyjskim. Jako pogrobowiec (ojciec Władysława Kraińskiego zmarł jeszcze przed jego urodzeniem), wychowywany był przez matkę, ale pod czujną opieką stryja Maurycego Kraińskiego (1804-1885), polityka galicyjskiego, konserwatysty, wicemarszałka Wydziału Krajowego. Władysław na Uniwersytecie Lwowskim obronił doktorat z obojga praw, a z finansową pomocą stryja kontynuował studia ekonomiczne na Sorbonie.
Początkowo pracował w bankowości. Z czasem podjął się szerokiej działalności na polu społecznym i politycznym w kilku organizacjach, ale przede wszystkim był posłem do Sejmu Krajowego dla Galicji i dożywotnim członkiem austriackiej Izby Panów.
W parlamencie zajmował się sprawą kondycji budżetu (podatki), był zwolennikiem kredytu krótkoterminowego dla włościan. Największe uznanie społeczne przysporzyła mu aktywność w Galicyjskim Towarzystwie Kredytowym Ziemskim, gdzie był prezesem dyrekcji przez kilkanaście lat. Budowa silnego zaplecza ekonomicznego TKZ pod prezesurą Kraińskiego przyczyniła się do poprawy sytuacji rolnictwa Galicji.
Będąc zięciem Tytusa Trzecieskiego (1811-1878), prowadził z żoną majątek w Miejscu Piastowym, potem Władysławostwo Kraińscy przenieśli się do Wyszatyc, podarowanych przez stryja Maurycego Kraińskiego. Tam Władysław rozpoczął swoją drogę publicznej działalności, będąc członkiem Rady Powiatowej i Wydziału Powiatowego w Przemyślu.
Po I wojnie św. nie powrócił do polityki, kontynuował jednak pracę społeczno-religijną. Działał w Sodalicji Mariańskiej, organizacji, odwołującej się do tradycji maryjnej i nauki jezuickiej. W 1920 roku przeniósł się do Niebocka, gdzie zmarł w 1926 roku.
W latach 30. XX w. Niebocko (będące dziedzictwem Anieli z Wiktorów Kraińskiej, babki Teresy Wiszniewskiej) wydzierżawił Tadeusz Czeczel-Nowosielecki (1894-1960), który sam zajmował się głównie interesami naftowymi, a gospodarstwo prowadziła jego żona, Kazimiera z Jaczyńskich Nowosielecka.
Z domu o tradycjach społecznikowskich, politycznych i mocno religijnych, wspartych wykształceniem u ss. Niepokalanek w Jazłowcu, wyszła Teresa Wiszniewska. Być może surowość zasad, o których w audycji mówi jej wnuczka, Hanna Sokołowska wywodzi się właśnie z tych domów w Wyszatycach czy Niebocku.
Z Dźwiniacza do Horyhlad
W okresie I wojny św. Horyhlady zostały mocno zniszczone przez maszerujące tamtędy wojska. Po ślubie więc, Ludwik i Teresa Wiszniewscy zamieszkali w Dźwiniaczu Dolnym koło Ustrzyk Dolnych, majątku (w l. 20. XX w. – 349 ha), który Teresa kupiła z ojcem. Ludwik Wiszniewski jako ochotnik wziął udział w wojnie polsko-bolszewickiej.
Po wojnie przeprowadził odbudowę i remont budynków gospodarczych oraz dworu, założył wodociąg, zaprowadził też sad z karłowatych odmian drzew owocowych.
Jeśli chodzi o dom, to ciekawym, usprawniającym życie rozwiązaniem było połączenie oficyny z dworem oszklonym korytarzem.
Po kilku latach Wiszniewscy postanowili powrócić nad Dniestr, gdzie rolnictwo, ze względu na lessowe ziemie, obiecywało więcej niż w dużej mierze leśny Dźwiniacz.
Dźwiniacz Dolny wydzierżawił Jan Budzyński, a w l. 1936-1939 na terenie leśnej działki (20 ha) Teresa z Wiszniewskich Wąsowska (1910-1987) z mężem Józefem (1910-1944) prowadziła fermę srebrnych lisów.
Aby rozwijającej się rodzinie zapewnić przestrzeń, Ludwikostwo Wiszniewscy w latach 20. przeprowadzili zmiany w domu, polegające na podzieleniu dwóch ogromnych pokoi na pięć mniejszych, stworzenie łazienki, ubikacji i kilku pomieszczeń gościnnych na poddaszu dworu. Nowe rozwiązania zaprojektowali i dopilnowali ich wykonania bliscy rodzinnie i towarzysko: Tadeusz Sroczyński z Markowiec i Antoni Kraiński (1883-1975), brat Teresy Wiszniewskiej.
Na polu aktywności społecznej Maria Ludwik Wiszniewski był kontynuatorem postawy swego ojca Leonarda. Był prezesem Związku Ziemian i członkiem Rady Powiatowej w Tłumaczu, członkiem Rady Nadzorczej Towarzystwa Zaliczkowego i Kredytowego, prezesem gniazda rzeszowskiego Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” (1900-1905), detaksatorem Wydz. Okręgowego Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego w Tłumaczu, członkiem i delegatem na Radę Ogólną Galicyjskiego Towarzystwa Gospodarczego (GTG), Towarzystwa Zjednoczonych Kół Zjazdów Rolniczych, członkiem Galicyjskiego Towarzystwa Łowieckiego oraz Towarzystwa Kółek Ziemian.
Sam spróbował i polecał innym wprowadzenie innowacji gospodarczych, z których w Horyhladach najbardziej sprawdziła się uprawa rzepaku. Była to reakcja na kryzys, jaki dotknął świat, a w tym i polskie rolnictwo na przełomie lat 20. i 30. XX wieku.
Ze względu na bliskość Dniestru i przepiękne położenie majątku, w przygotowanych na poddaszu pokojach gościli latem członkowie rodziny i inne osoby. Podobnie do Heydlów w Beremianach, w Horyhladach Wiszniewscy zorganizowali mały pensjonat letni.
Wraz z wybuchem II wojny św., ani po wkroczeniu sowietów 17 września 1939 r., Maria Ludwik Wiszniewski nie opuścił Horyhlad, uważając, iż nic mu nie grozi, wobec dobrych relacji z ludnością wiejską. Został jednak aresztowany (w ramach akcji aresztowania grupy ziemian z powiatu tłumackiego), uwięziony najpierw w Tłumaczu, potem w Stanisławowie. Ostatni raz był widziany w Mikołajewsku wiosną 1940 roku. Figuruje w wykazie osób, zamordowanych przez NKWD w 1940 roku na Ukrainie (tzw. Lista Ukraińska).
Potomstwo z Horyhlad
Maria Ludwik i Teresa z Kraińskich Wiszniewscy doczekali się licznego potomstwa:
- Jan Leonard (1908-1941), ukończył Wydział Prawa na Uniwersytecie Lwowskim oraz Akademię Handlu Zagranicznego. Należał do Stowarzyszenia Katolickiej Młodzieży Akademickiej „Odrodzenie” we Lwowie, będąc w organizacyjnym i przyjacielskim gronie m.in. ze Stefanem Swieżawskim (1907-2004), prof., historykiem filozofii, późniejszym przyjacielem ks. Karola Wojtyły (św. Jana Pawła II, papieża), jak i kuzyna Wiszniewskich, ks. Tadeusza Fedorowicza. Brał udział w kampanii wrześniowej 1939 roku; był pilotem Dywizjonu Bombowego 301 w Anglii. Zginął w ataku bombowym na Hamburg 9 sierpnia 1941 roku. Ożeniony z Wandą z Romaszkanów; potomstwo.
- Teresa (1910-1987), ukończyła Akademię Handlu Zagranicznego we Lwowie, zamężna za Józefem Wąsowskim; potomstwo.
- Anna (1911-1960), ukończyła Szkołę Hotelarską w Krakowie, kierownik pensjonatu „Straszny Dwór” w Tatarowie nad Prutem; niezamężna.
- Krystyna (1913-1997), absolwentka Akademii Handlu Zagranicznego we Lwowie, zamężna za Jóżefem Barcikowskim; potomstwo
- Stanisław (1915-1965), lekarz medycyny, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, ppor., wziął udział w wojnie obronnej w 1939 roku, uczestnicząc jako lekarz w Bitwie pod Kockiem. Po uniknięciu niewoli, najpierw pracował w poliklinice we Lwowie, a po zajęciu miasta przez Niemców, wyjechał do Warszawy. Dostał pracę w Radzyminie pod Warszawą (jako ordynator w klinice dr-a Karpińskiego), gdzie poznał Zofię Zasławską (1918-2005), lekarza, córkę Władysława Józefa (1882-1949), lekarza powiatowego w Radzyminie i Celiny z Leśkiewiczów. Z Zofią wziął ślub w lutym 1944 roku. We wrześniu został wezwany na pozór do chorego i w ten sposób aresztowany przez NKWD. Zesłany, wrócił do Radzymina w listopadzie 1946 roku.
Rodzina Wiszniewskich w Radzyminie mieszkała przy ul. Ks. Eleonory Czartoryskiej, w domu wybudowanym przez Władysława Zasławskiego, tuż przy stacji kolejowej. W mieście, mającym liczną społeczność żydowską, okres okupacji był szczególnie trudny. Na los radzymińskich Żydów odpowiedziała też rodzina Zasławskich. Jak pisze autor „Dziejów Radzymina”, Jan Wnuk, opierając się na książce „Polacy, Żydzi” (Warszawa 1971, s. 317, 318), jedną z osób pochodzenia żydowskiego, ukrywającą się u Zasławskich była Barbara Medyńska, która relacjonowała: W czasie okupacji, gdy byłam poszukiwana przez gestapo z powodu żydowskiego pochodzenia, w domu Wiszniewskich [wówczas jeszcze Zasławskich, a dopiero od lutego 1944 roku Wiszniewskich, PŁ] znalazłam nie tylko schronienie i pomoc we wszystkich trudnościach życia okupacyjnego, ale i najczulszy dom rodzinny. Okres od 1942 aż do Powstania Warszawskiego spędziłam w domu państwa Wiszniewskich. Jak podaje Jan Wnuk, u Zasławskich i Wiszniewskich przechowało się kilkoro Żydów radzymińskich.
Po II wojnie św. doktorostwo Zofia z Zasławskich i Stanisław Wiszniewscy nadal leczyli radzymińską społeczność, często nieodpłatnie i z osobistym, wielkim poświęceniem, co mieszkańcy tego miasta zachowali w jak najlepszej pamięci. Doktorostwo Wiszniewscy z Radzymina mieli czworo dzieci, po nich potomstwo.
- Tadeusz Maria (1917-2006), student rolnictwa na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu (UAM), podczas okupacji pracownik Liegenschaftu w Babsku koło Rawy Mazowieckiej, administrator dóbr Gołyń, więzień Oświęcimia i Buchenwaldu. Pozostał na emigracji, ożeniony z Rosamond Disy Fellowes-Gladstone; potomstwo.
- Andrzej Maria (1920-2006), absolwent Szkoły Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu, kapral podchorąży 22 Pułku Ułanów Podkarpackich w Brodach, uczestnik kampanii 1939 roku, cudem uratowany z niemal pewnej wywózki w głąb Rosji. W stanie zagrożenia, okupację spędził jako administrator majątków ziemskich w Generalnym Gubernatorstwie (Babsk, Zameczek k. Rawy Mazowieckiej) oraz w Izbie Rolniczej w Warszawie. Ożeniony z Heleną Dudziak; potomstwo.
Klan
Pierwsze spotkanie Ładomirskich i Kraińskich, którzy wśród krewnych mają również rodzinę Wiszniewskich, odbył się w Modlinie w 1975 roku. Wówczas zawiązał się nieformalny związek rodzinny, nazywany Klanem, który z sukcesem trwa do dziś.
Klan ten tworzą potomkowie dwóch ziemian: Władysława Mariana Kraińskiego (1842-1926) i Konstantego Walentego Ładomirskiego (1832-1895). Rodziny połączyły się w ten sposób, że córka pierwszego, Anna z Kraińskich (1875-1959) wyszła za mąż za syna tego drugiego, czyli Zdzisława Ładomirskiego (1864-1950).
Pomysł Zjazdów był jak najbardziej współczesny, wynikający z chęci spotkania się z, po kraju i świecie rozproszonymi członkami rodziny. Niemniej, nie trudno zauważyć, iż jest to też czysta kontynuacja być może wielu spotkań z historii rodziny, ale o jednym pisał ks. Tadeusz Fedorowicz: Wielką uroczystością rodzinną było złote wesele Dziadków Kraińskich w roku 1924. Zjechały wtedy do Jabłonki trzy córki Dziadków: najstarsza Anna, żona Zdzisława Ładomirskiego z Markowiec pod Stanisławowem, z jedenaściorgiem dzieci, moja matka z naszą ósemką i Teresa Wiszniewska, żona Ludwika z Horyhlad nad Dniestrem, z siedmiorgiem dzieci. Antoni [Kraiński] miał pięcioro dzieci, razem więc wnuków było 31. Zabawa była ogromna. Przy tym, było tam wtedy dużo dalszych krewnych i sąsiadów.
Zakończenie tej sagi jest właściwie typowe: nie ma już Markowiec, nie ma Horyhlad, Klebanówki, Niebocko się rozpada, jest Jabłonka, ale w innych rękach. Te stare domy, pamiętające wydarzenia nieraz sprzed wieków, a z pewnością sprzed kilkudziesięciu lat, stanowiły różnorodne, ale przyjazne gniazda rodzinne. Ich mieszkańcy, wyrzuceni przez historię, na ogół nie wynieśli z nich mebli, luster, sreber..., często zostawali bez niczego, ale ze sobą zabrali coś ważniejszego. Zasady – nawet jeśli nieco już niemodne, a przecież skuteczne, wartości oraz tę, opartą na wierze umiejętność takiego życia, aby ono, według tytułu opowieści Izabeli Broszkowskiej o ks. Tadeuszu Fedorowiczu, było szczęśliwe.
O historii rodzinie Wiszniewskich z Horyhlad nad Dniestrem, nieco o Zasławskich z Radzymina i szczyptę o Klanie Kraińskich i Ładomirskich, w programie mówiła p. Hanna z Wiszniewskich Sokołowska, córka Stanisława i Zofii z Zasławskich Wiszniewskich.
PŁ, V 2020.
Lit.:
- Strona internetowa Klanu Ładomirskich i Kraińskich: lik.info.pl;
- Inf. p. Huberta Niewęgłowskiego;
- S. Bartoszewicz, Wspomnienia z przemysłu naftowego (1901-1902), „Przemysł Naftowy”, z. 4, 25.02.1934, Lwów 1934, s. 86;
- Baza Genealogiczna wielcy.pl;
- K. Broński, Rozwój galicyjskiego systemu bankowego w latach 1841-1914 (zarys problematyki), „Zeszyty Naukowe Akademii Ekonomicznej w Krakowie”, nr 749, Kraków 2007, s. 89;
- I. Broszkowska, Szczęśliwe Zycie. Opowieść o księdzu Tadeuszu Fedorowiczu, Warszawa 2018, s. 10 – 11;
- Al. Fedorowicz, T. Fedorowicz, S. Swieżawski, K. Wojtyła, Pełny wymiar. Listy przyjaciół, Tarnów 2002, s. 25, 26, 31;
- K. Jasiewicz, Lista strat ziemiaństwa polskiego 1939-1956, Warszawa 1995, s. 1121, 1122;
- E. Niewolska, Rodzina Wiszniewskich z Horyhlad, „Zeszyty Tłumackie” (59), Wrocław 2017, s. 1-11;
- M. Semczyszyn, Galicyjskie wybory. Działalność Centralnego Komitetu Wyborczego dla Galicji Wswchodniej w latach 1867-1906, Warszawa 2014, s. 147, 344, 345;
- Sprawozdanie Izby Handlowej i Przemysłowej we Lwowie za rok 1905, Lwów 1906, s. 1, 20;
- S. Swieżawski, Wielki przełom 1907-1945, Lublin 1989, s. 271;
- A. Wiszniewski, Wiszniewski Maria Ludwik Błażej, Wiszniewska Teresa z Kraińskich (biogramy), Ziemianie polscy XX wieku (red. J. Leskiewiczowa), Warszawa 1996, s. 163-168;
- J. Wnuk, Dzieje Radzymina, Radzymin 2015, s. 168;
[gallery ids="337654,337655,337656,337657,337658,337659,337660,337661,337662,337663,337664,337665,337666,337667,337668,337669,337670,337671,337672,337673,337674,337675,337676,337677,337678,337679"]Kategorie:
OGÓLNY OPIS PODCASTU
Rody i Rodziny Mazowsza
Mamy w Polsce i na Mazowszu całą mozaikę rodzin. Są rody wielkie, możne i zasłużone, które przez wieki miały znaczenie polityczne, wsławiały się mecenatem kulturalnym i szeroką działalnością filantropijną. O wszystkich tych rodach staramy się mówić w tej audycji, najczęściej z udziałem ich członków lub z pomocą historyków.
Odcinki podcastu (540)
-
"Wspomnienia z poturzyckich polowań" i inne projekty Związku Rodowego Dzieduszyckich h. Sas
We Lwowie zostały zakończone konserwacja i digitalizacja albumu „Wspomnienia z poturzyckich polowań”. Polskim muzealnikom, bibliofilom, jak i samej rodzinie Dzieduszyckich wydawało się, że ten bezcenny przykład dziedzictwa w wyniku zawieruch wojennych XX wieku, zaginął. Tymczasem, okazało się, że został on przechowany i znajduje się obecnie we Lwowskiej Narodowej Naukowej Bibliotece Ukrainy im. Wasyla Stefanyka.
Album powstał w latach 1870-1896, a więc w okresie, gdy dobrami poturzyckimi władał jeszcze Włodzimierz Dzieduszycki (1825-1899) „Wielki”, polityk galicyjski, bibliofil, ale przede wszystkim twórca Muzeum Przyrodniczego we Lwowie, a na „arenie” rodzinnej pojawił się też jego zięć Tadeusz Dzieduszycki (1841-1918), któremu oddano rękę córki Włodzimierza, Anny.
Mimo tytułu, nie jest to tom z wpisami tylko myśliwskimi (o stosunku Włodzimierza i tej rodziny do łowiectwa więcej w audycji), ale bardzo charakterystyczna – z jednej strony a z drugiej – nietypowa Księga Gości.
Obecnie (październik 2026) trwa merytoryczne opracowanie „Wspomnień z poturzyckich polowań), które wraz z oryginałem w formie elektronicznej, znajdzie swoje miejsce w przestrzeni internetowej, będzie zatem dostępne wszystkim czytelnikom.
Konserwacja (pp. Lesia Dziendzieluk, Lwowska Narodowa Naukowa Biblioteka Ukrainy im. Wasyla Stefanyka we Lwowie jako wykonawczyni wraz z Zespołem oraz Urszula Wencka z Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu jako ekspert), digitalizacja i opracowanie dzieła, zostały sfinansowane ze środków polskiego Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, dysponowanych na poszczególne projekty (w ramach konkursów, które w swojej dziedzinie Związek Rodowy Dzieduszyckich herbu Sas wygrywa nie po raz pierwszy) przez Narodowy Instytut Polskiego Dziedzictwa Kulturowego za Granicą POLONIKA.
O historii i współautorach „Wspomnień z poturzyckich polowań”, projekcie konserwacji i udostępnienia tego dzieła (projektu wspólnego wraz ze Lwowską Narodową Naukową Biblioteką Ukrainy we Lwowie), jak i o innych działaniach we współpracy z Instytutem Polonika, w programie mówią Melania i Mateusz Dzieduszyccy ze Związku Rodowego Dzieduszyckich herbu Sas.
-
04.10.2026
-
53 min 02 s
-
-
Kolekcjoner, fundator, miłośnik sztuki - o nowych i dawniejszych zdobyczach dzieł sztuki - Maciej Radziwiłł, założyciel Fundacji "Trzy Trąby"
"W Łańcucie, bodaj już od 40 lat, pracuje pani Aldona Cholewianka-Kruszyńska, która jest wielką znawczynią tego zamku. I jak ja jej przesyłam zdjęcie jakiegoś obrazu, który gdzieś odnalazłem, to ona od razu mi mówi, na którym gwoździu on wisiał przed ewakuacją w 1944 roku" [Maciej Radziwiłł]
O nowych i nieco dawniejszych odkryciach poloników, głównie obrazów, ale też innych zabytkowych przedmiotów, związanych z rodziną Radziwiłłów i jej krewnymi, w audycji mówił Maciej Radziwiłł, fundator i założyciel Fundacji Trzy Trąby (syn Alberta i Anny z Czartoryskich).
-
20.09.2026
-
49 min 32 s
-
-
Skąpscy: pionier kukurydzy i pamięć rodzinna
Tadeusz Wincenty Skąpski (1902–1963), syn Jana i Zofii z Odrowąż-Pieniążków, jako były ziemianin po II wojnie światowej i tzw. reformie rolnej, musiał szukać miejsca dla siebie, aby zarabiać na życie i utrzymanie rodziny. Pochodzenie społeczne zamykało mu wiele dróg, ale dzięki swojemu wykształceniu i pomysłowości, przez dekadę (1951-161) administrował majątkiem ziemskim (doświadczalnym) Zakładu Naukowego Instytutu Upraw, Nawożenia i Gleboznawstwa w Puławach. Zakład mieścił się w Regułach (gm. Michałowice, pow. pruszkowski), w przedwojennej własności rodziny Trylskich.
To Tadeusz Skąpski jako pierwszy, próbował na większą skalę rozpropagować w Polsce kukurydzę „pękającą”, prażoną, którą później poznaliśmy… szczególnie w kinach. Jego jeden z synów, najmłodszy, Rafał Skąpski (1951) towarzyszył ojcu podczas obróbki kukurydzy, dlatego dobrze pamięta ten okres.
Jest to jeden z niewielu przykładów, aby ziemianie lub ich potomkowie, w okresie władzy ludowej, choćby krótko, żyli i pracowali tak, jak przed wojną. Zawsze jednak byli bacznie obserwowani przez służby bezpieczeństwa i z czasem byli usuwani z dworów, PGR-ów czy z rolniczych zakładów naukowo-doświadczalnych, nawet wówczas, gdy wyniki naukowe i finansowe, majątki te miały dobre. Historię ojca przypomina nasz gość, kończąc jednocześnie refleksje na temat pamięci o jego rodzinie, widocznej coraz częściej we wsiach, w których rodzina Skąpskich żyła i pracowała.
Wydawca, były wiceminister kultury, rodzinny archiwista i historyk – Rafał Skąpski jest gościem programu.
-
13.09.2026
-
52 min
-
-
Antoni Skąpski i jego dzieci. Pamięć rodzinna.
Książka niesie istotne uniwersalne przesłania, ukazując historię Polski od konfederacji barskiej niemal po dzień dzisiejszy, poprzez losy jednej, dużej rodziny. Jest tu udział w wielkich zrywach narodowych, jest odradzanie się po klęskach, są wielkie tragedie i wielkie gorące uczucia, ofiarność i pracowitość. A to Polska właśnie! – chciałoby się rzec za Wyspiańskim. Polska spójna, ale i podzielona równocześnie, Polska indywidualnych wyobrażeń, które, mimo różnic jedność jednak stanowią. Ta opowieść to żywi ludzie i prawdziwe wydarzenia – tak pisze Wydawca książki Antoni i jego dzieci. Szkic do portretu rodziny, Warszawa 2025 (wyd. Fundacja Historia i Kultura), autorstwa Rafała Skąpskiego, prawnika, wydawcy, byłego wiceministra kultury. To już czwarta książka w całości lub w części pamiętnikarska, traktująca o dziejach rozległej rodziny Skąpskich.
Autor z tej okazji otrzymał Nagrodę Sądecczyzna im. Szczęsnego Morawskiego (XIX edycja), przyznawaną właśnie przez Fundację Historia i Kultura.
Tak potężny zbiór publikacji rodzinnych, nad którym prace trwały kilka, a może kilkanaście lat, jest przyczynkiem, aby porozmawiać nie tylko o głównym bohaterze, Antonim Skąpskim (1813-1915), ale o rodzinie w ogóle: czy na przykład w czasach Polski międzywojennej wszyscy w rodzinie znali się i robili familijne zjazdy? Czym jest pamięć rodzinna osobista, bardzo prywatna, a czym publiczna, gdy społeczność lokalna chce uhonorować swego dawnego dziedzica, dobroczyńcę, patriotę?
O tym wszystkim w programie mówi Rafał Skąpski, autor książki, poświęconej swemu pradziadowi i jego potomkom.
-
30.08.2026
-
38 min 28 s
-
-
Sobiescy i Stuartowie. Blask i widmo korony
Sobiescy i Stuartowie. Blask i widmo korony to wystawa w Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie, poświęcona kilkunastoletnim zaledwie, ale ważnym i niezmiernie ciekawym związkom między królewskimi rodzinami władców Polski (Sobiescy) oraz Anglii, Szkocji i Irlandii (Stuartowie). Ekspozycja przypomina aspekty polityczne, ale przez sztukę, głównie portrety oraz rzemiosło artystyczne. Było to możliwe, gdyż oba rody, choć należące do pretendentów do koron swoich krajów, utrzymywali dwory, tak jakby nadal byli monarchami. Świadomie, gdyż ich roszczenia, oczekiwania i walka, miały nie zmniejszać, a przeciwnie – utrzymywać ich najwyższy status społeczny. Wobec tego, na swoich dworach zatrudniali artystów wysokiej miary, którzy portrety i inne formy sztuki, wykorzystywali nie tylko dla tworzenia piękna, ale nade wszystko, starali się tą drogą podkreślać właśnie ową iluzoryczną, ale zgodną z wolą rodów, ich społeczną pozycję.
Dobór eksponatów, opisy i aranżacja, ukazują również, iż jest to historia konkretnych ludzi, którzy z powodu biegu historii i braku możliwości jego zmiany, przeżywali swoje indywidualne tragedie, choć na początku małżeństwa Jakuba i Marii Klementyny, także chwile radości i nadziei.
Jak piszą autorzy ekspozycji, łączy [ona w sobie] wyjątkowe dzieła sztuki, pamiątki osobiste i dokumenty, także z kolekcji prywatnych, które nigdy dotąd nie były udostępniane szerokiej publiczności. Mamy więc m.in.: portret Marii Klementyny Sobieskiej, Jakuba III Stuarta – oba autorstwa Antonio Davida. Możemy zobaczyć portrety ich synów: Karola Edwarda Stuarta i Henryka Benedykta, a dalej: zegarek Marii Klementyny (choć historia i proweniencja tegoż jest dyskusyjna, o czym więcej w programie), modlitewnik królowej Marii Stuart, ryciny rzymskich pałaców, w których mieszkali małżonkowie z dworami.
Warto dodać, że wśród konsultantów merytorycznych wystawy i osób, które zechciały wypożyczyć niektóre eksponaty rodzinne, jest Piotr Piniński (ur. 1956), prezes Rady Fundacji Lanckorońskich, syn Stanisława Aleksandra (1925-2009), ekonomisty oraz finansisty (syna Mieczysława 1895-1945, właściciela dóbr Zielona z Pajówką i in. na przedwojennych Kresach II RP) i Jean Isabel z Grahamów ze szkockiej rodziny książąt Montrose. Wspomniany Piotr Piniński jest w 9 pokoleniu, bezpośrednim potomkiem Jakuba III Stuarta i Marii Klementyny z Sobieskich, którego przodkiem był ich pierwszy syn, Karol Edward Stuart (1720-1788), pretendent, jak i jego ojciec do korony angielskiej, szkockiej i irlandzkiej.
Był 1 września 1719 roku. Najpierw per procura, a potem faktycznie, na ślubnym kobiercu stanęli: Jakub Franciszek Stuart (1688-1766, dynastycznie noszący imię Jakuba III), pretendent do tronu Anglii i Szkocji, syn Jakuba II (1633-1701), ostatniego katolickiego i rządzącego absolutnie króla ww. krajów, który w wyniku tzw. chwalebnej rewolucji, opuścił kraj (zostając de facto wygnańcem), i Marii z Modeny, a obok Jakuba III – Maria Klementyna (1702-1735), córka Jakuba Ludwika Sobieskiego (1667-1737), królewicza, pretendenta do tronu Polski (wielokrotnie mającego nadzieję na koronę) i jego żony, Jadwigi Elżbiety z Wittelsbachów (1673-1722), z linii Pfalz-Neuburgów, księżniczki neuburskiej.
W ten sposób rozpoczęła się (w formie ekspozycji) opowieść o dziejach tego małżeństwa na tle dziejów Polski i Europy, o czym w programie mówi dr Marta Gołąbek, kuratorka – współautorka wystawy Sobiescy i Stuartowie. Blask i widmo korony, prezentowanej w salach wystawowych Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie.
-
23.08.2026
-
41 min 03 s
-
-
Właściciele Sokołowa Podlaskiego, miasta prywatnego, cz. 2
Jeszcze przez większą część XIX wieku Sokołów Podlaski był miastem prywatnym. Gdy zmieniły się uwarunkowania prawne w okresie zaborów, miasto zostało państwowe/rządowe, natomiast poszczególne rody były właścicielami hipotecznymi niektórych nieruchomości w mieście, ale przede wszystkim majątków ziemskich. Od chwili, gdy pojawili się tam Hirchmannowie, klucz majątków wzbogacił się też o przemysł, w postaci m.in. wielkiej cukrowni „Elżbietów”.
Jak przebiegał historia rodów, które władały Sokołowem Podlaskim i jego okolicami w XIX i XX wieku, w 2 części programu, opowiada Piotr Rybak z Pracowni Dokumentacji Dziejów Miasta w Sokołowie Podlaskim.
-
09.08.2026
-
36 min 43 s
-
-
Właściciele Sokołowa Podlaskiego, miasta prywatnego, cz. 1
Gdy Mikołaj Sepieński (zm. ok. 1432), sekretarz wielkiego księcia litewskiego Witolda, sędzia ziemski poznański i poseł na Sobór w Konstancji 1415 roku, otrzymał dobra sokołowskie, Sokołów był już grodem niejako zagospodarowanym. Przyznane przez księcia Witolda prawa miejskie w 1424 roku, potwierdziły pozycję nowego miasta na Podlasiu. Od czasów Mikołaja Sepieńskiego aż po 1944 rok, Sokołów wraz z folwarkami Kupientyn, Przeździatka i in., był de facto miastem prywatnym. Jego właścicielami były rody możne i znane: Sepieńscy, Sokołowscy, Kiszkowie, Radziwiłłowie, Krasińscy, Ogińscy, a potem Kobylińscy, Hirchmannowie, Sobańscy i Malewiczowie.
O historycznych właścicielach podlaskiego Sokołowa (potem Sokołowa Podlaskiego) w części 1 programu mówi Piotr Rybak, historyk z Pracowni Dokumentacji Dziejów Miasta w Sokołowie Podlaskim.
-
02.08.2026
-
37 min 39 s
-
-
Wodiczkowie, kapelmistrzowie i dyrygenci
Historia polskich rodzin jest częścią nie tylko dziejów narodu i kraju, ale jej znaczenie można szczególnie zauważyć w społecznościach lokalnych. Pamięć o nich buduje bowiem tożsamość małych Ojczyzn. Czasami jest tak, że losami kolejnych pokoleń są zainteresowani członkowie tychże rodzin, ale równie często, pochłonięci bieżącym życiem, nie zajmują się oni tym w ogóle. Może więcej szczęścia więc mają te familie, których działalność zawodowa, artystyczna, społeczna czy wszelka – publiczna, wznosi się ponad przeciętność.
U naukowców, regionalistów czy miłośników – amatorów, można zauważyć też zainteresowanie konkretną, jedną osobą, której osobista historia splata się z tą „wielką” historią, co skutkuje tym, że możemy o nich przeczytać w encyklopediach, biogramach itd. Gdy sięga się jednak głębiej, okazuje się, że nie tylko rodzinny luminarz jest ważny, ale niemal w każdej generacji, można znaleźć coś, co zasługuje na uwagę.
Czy rodziną Wodiczków byłby ktoś zaciekawiony, gdyby nie jej główny reprezentant, Bohdan Wodiczko (1911-1985), światowej sławy dyrygent? Jego losy i zasługi na polu artystycznym, są częścią narodowej kultury. Przodkowie zaś, choć też należeli do uzdolnionych artystycznie, prawdopodobnie zginęliby w „pomroku dziejów”.
Pierwszy z tej rodziny, Wacław Wodiczko (1857-1942), będąc wykształconym muzycznie Czechem, został zaproszony do Zwierzyńca k. Zamościa przez rodzinę największych w Polsce właścicieli ziemskich – ordynatów Zamoyskich. Był dyrygentem i prowadzącym (w randze oficera) orkiestry wojskowe na Węgrzech i w Rosji i w tym fachu pracował u Zamoyskich.
Był dwukrotnie żonaty: 1° z Anną z Felklów, a po jej śmierci - 2° z Anną z Topczyńskich, którą jako 27-letni wdowiec poślubił już w Zamościu. Z pierwszego małżeństwa miał on syna Franciszka (1882-1950), którego potomstwo (sześcioro dzieci, z których dorosłości dożyło pięcioro) to bohaterowie tej sagi.
Franciszek należał do nietuzinkowych postaci: ukończył Gimnazjum Państwowe w Suwałkach (w latach 1890-1900) i klasę skrzypiec w warszawskim Instytucie Muzycznym. […] był […]: kolejarzem, działaczem społecznym, członkiem zarządu w Lidze Morskiej i Kolonialnej, sołtysem w Jabłonnie, opiekunem społecznym i organizatorem życia publicznego, strażakiem i członkiem zarządu Ochotniczej Straży Pożarnej w Wołominie, kapelmistrzem i nauczycielem muzyki w warszawskich szkołach, komisarzem spisowym i wreszcie urzędnikiem oraz członkiem zarządu miejskiego w Wołominie (pracował w referacie gospodarki komunalnej i USC). Franciszek Wodiczko zmarł 17 grudnia 1950 r. w Wołominie, w wieku 68 lat [D. Michalik, „Rodzina Wodiczków”, źródło: fundacjaoda.pl].
To właśnie Franciszek, mający za sobą różnorodne doświadczenia zawodowe oraz społeczne, w 1935 roku zamieszkał wraz z rodziną w Wołominie. Kupił willę „Stasin”, stanowiącą przykład letniskowej zabudowy Wołominka. Obszar ten, należący do Gustawa Granzowa, był – przykładem Henryka Woyciechowskiego po drugiej stronie torów kolejowych – parcelowany, a na dużych działkach osiedlali się przedstawiciele zazwyczaj inteligencji, szukający pośród wołomińskich sosen spokojnego, z początku tylko porą letnią, rodzinnego życia.
Jednym z dzieci Franciszka i jego żony, Anny z Gosławskich, był ww. Bohdan Wodiczko, który naturalnie umiejętności artystyczne i miłość do muzyki, wyniósł z domu. Osiągając wybitną pozycję w świecie muzyki klasycznej jako dyrygent, nie zapominał o Wołominie, w którym mieszkali na stałe rodzice, a po śmierci ojca Franciszka, przez 21 lat była tu jeszcze matka. Życie zawodowe, związki małżeńskie oraz losy wojenne sprawiły, że wołomiński dom, choć będący w sercach, stał się rzeczywiście (zgodnie z pierwotnym planem) siedliskiem wakacyjnym. Niemniej, sąsiedzi zapamiętali doskonale tę kulturalną rodzinę (wraz z nienagannymi manierami Franciszka), która, gdy się zbierała w swej willi, lubiła grać na różnych instrumentach.
Te wspomnienia sąsiadów weszły też do jednych z pierwszych relacji historycznych, dotyczących Wodiczków w Wołominie, które po 2000. roku, zaczęła gromadzić nowa właścicielka tejże posesji. Zniszczony, potem opuszczony dom bowiem, Wodiczkowie zdecydowali się sprzedać. Nabywczyni, choć początkowo myślała o tym miejscu jako o siedzibie swej firmy, szybko zorientowała się, że kupiła dom z duszą, którego historia powinna zostać zapisana. Z konieczności technicznej zburzona willa, ustąpiła miejsca nowemu budynkowi, w którym znalazły się pomieszczenia na salon, poświęcony nie tylko Bohdanowi, ale całej rodzinie Wodiczków.
Czym jest Izba Muzealna Wodiczków, dlaczego powstała Fundacja „Oda”, ale przede wszystkim o ciekawych dziejach rodu Wodiczków, w programie opowiada założycielka i prowadząca Izbę, Danuta Michalik.
Więcej: http://fundacjaoda.pl
-
26.07.2026
-
52 min 34 s
-
-
Powrót Ziemian. Przykład Guzowa.
IDEA OSI
Mało kto chyba pamięta, że przy cukrowni w Guzowie był dwuhektarowy park, stworzony przed wojną przez Sobańskich dla mieszkańców wsi. Dzięki temu zachowana została oś widokowa (Guzów – Szymanów), a ponadto, ratowało to park główny (przy pałacu) przed naturalną „ekspansją” ludzi, którzy oczywiście chcieli mieć stały dostęp do jakiegoś miejsca spacerowego.
Szkoda dziewiętnastowiecznych budynków cukrowni, które zostały rozebrane wraz z jej likwidacją przez British Sugar Overseas Polska Sp. z o.o., ale jednocześnie uwolnienie terenu poprzemysłowego otworzyło przestrzeń, która powinna być zagospodarowana w taki sposób, aby tę oś zachować.
CZASY OGIŃSKICH
W XVIII wieku Guzów był ośrodkiem starostwa niegrodowego, którego starostą (lata 80.) był Andrzej Ignacy Ogiński (1739-1787), syn Tadeusza i Izabelli z Radziwiłłów. W swoim życiu piastował wiele urzędów i godności, był kasztelanem trockim, sekretarzem Rady Nieustającej, sekretarzem wielkim litewskim etc., dyplomatą (posłem do Petersburga, Paryża i Berlina). Z małżeństwa z Paulą z Szembeków miał córkę Józefę Ignacową Ogińską oraz syna Michała Kleofasa (1765-1833), polityka (lista urzędów i godności równie długa), pisarza, ale znanego przede wszystkim jako kompozytora, autora słynnego poloneza a - moll „Pożegnanie Ojczyzny”. Do tej postaci Guzów przyznaje się szczególnie – muzyk ma tam swój pomnik.
Ojcu kompozytora, Andrzejowi Ignacemu przypisuje się wybudowanie murowanego późnobarokowego dworu. Mimo, iż po późniejszej przebudowie obiekt zyskał miano pałacu, założenie dworu do dziś jest dobrze widoczne.
CZASY ŁUBIEŃSKICH
Wspomniana Paula z Szembeków (1737-1798, 2° Jan Prosper Potocki, 3° Andrzej Ignacy Ogiński) po raz pierwszy była zamężna za Celestynem Łubieńskim (1729-1759). Ich syn, Feliks (1758-1848) Łubieński należał do grona najwybitniejszych postaci swej epoki. Najpierw jako poseł sieradzki brał czynny udział w pracach Sejmu Wielkiego, był zwolennikiem Konstytucji 3 Maja. Uczestnik insurekcji kościuszkowskiej, potem wsławił się jako minister sprawiedliwości (1807-1813) Księstwa Warszawskiego. Od cesarza pruskiego Fryderyka Wilhelma II dawne starostwo guzowskie otrzymał na własność, a na stałe osiadł w Guzowie osiadł w 1823 r. Sprowadził do niego rzemiosło i wybudował cukrownię, uprzemysławiając dotychczas rolniczą osadę.
POTOMKOWIE „RÓŻY SYBIRU”
Najmłodszą córką Feliksa Łubieńskiego była Róża (1798-1880), słynna „Róża Sybiru”, z powodu swojej postawy postać niemal legendarna. Wyszła ona za mąż za Ludwika Andrzeja Sobańskiego h. Junosza (1791-1837), marszałka szlachty pow. bracławskiego, działacza Towarzystwa Patriotycznego.
Sobańscy pochodzą z Sobanic na Mazowszu (pow. płoński, Ziemia Wyszogrodzka), ale nie byli na nim zbyt długo. Krok po kroku budowali rodzinną pozycję na Kresach.
W wieku XVIII jako pierwszy z tej rodziny na Wołyniu pojawił się Wojciech Sobański (ur. 1692), syn Józefa z Sobanic i Elżbiety z Mokrzyckich. Przybył z Lubelszczyzny, gdzie był regentem grodzkim lubelskim i wojskim urzędowskim. Na Wołyniu szybko dorobił się na dzierżawach zastawnych (na dobrach Koniecpolskich i Wiśniowieckich).
Syn Wojciecha, Kajetan Sobański (1722-1798) nabył od Potockich Obodówkę wraz z przyległościami. Majątek został kupiony formalnie przez Kajetana, ale de facto był to już zakup jego syna Michała, który podzielił się sumiennie z braćmi, samemu zostając właśnie w Obodówce.
Należy więc uznać Michała Sobańskiego (1755-1832) za autora kolejnego etapu budowy zamożności rodu. Był on podstolim winnickim, konsyliarzem bracławskim konfederacji targowickiej, a następnie prezesem Komisji Sądowo-Edukacyjnej Guberni Wołyńskiej, Podolskiej i Kijowskiej. Ta ostatnia działalność przyniosła mu wielkie uznanie w społeczeństwie. Ekonomiczne sukcesy zaś osiągał m.in. jako współzałożyciel żeglugi czarnomorskiej w Odessie. Z małżeństwa z Wiktorią z Orłowskich miał kilkoro dzieci. Pierwszy jego syn to właśnie Ludwik, mąż ”Róży Sybiru”.
Ludwik zaangażował się w szeroką działalność patriotyczną we wszystkich trzech ww. guberniach, a potem na samym Podolu. Dwukrotnie aresztowany. Za pierwszym razem w latach 20. (żona, aby się z nim zobaczyć, przekupiła strażnika więziennego, udając wieśniaczkę, dostarczającą więźniom warzywa), a potem ponownie w 1830 roku. Trafił więc na zesłanie do Permu. Za nim podążyła Róża, wsławiając się pomocą zesłańcom (1830-1833). Po powrocie z wygnania, jak i wcześniej, wykonywała wiele prac charytatywnych, tworząc m.in. nieformalny Komitet Opieki. Nadal opiekowała się zesłańcami, wysyłając im paczki. Tę działalność paraliżowała policja carska, od 1849 roku obejmując Różę specjalnym nadzorem. Jej postawa zyskała naturalnie wielką sławę, zauważana w wielu pamiętnikach, a potem także w literaturze (M. Brandys).
Po Ludwiku podolską fortunę odziedziczył Feliks Sobański (1833-1913). „Przy wielkim uroku osobistym stryj Feliks był człowiekiem żelaznej woli, którą dręczył synów i synowe. Wszyscy musieli iść posłusznie za jego wskazówkami, które bezwzględnie narzucał, w przekonaniu, że ma zawsze rację – co zresztą nieraz się sprawdzało. Nazywano go „Vir Potentissimus”, a częściej „Patryarchą” – wspominała Maria z Grocholskich Hieronimowa Sobańska.
Ta twarda ręka przydała się, bo to Feliks właśnie zdecydował się na objęcie dóbr w Królestwie Polskim. Guzów przeżywał problemy, a że oczywiste były powiązania rodzinne Sobańskich z Łubieńskimi, przeto w drugiej połowie lat 50. XIX w., będąc ożenionym z Emilią z Łubieńskich, przejął matczyne gniazdo rodzinne wraz z cukrownią. W sytuacji, gdy podolskie dobra „przeminęły z wiatrem” bolszewickiej rewolucji, posiadanie własnego, całkiem pokaźnego majątku w centrum kraju, było zbawieniem.
Gwoli prawdy, trzeba dodać, że Feliks także był aktywny na polu politycznym, ale przede wszystkim społecznym i kulturalnym. Jeszcze na Kresach był marszałkiem szlachty bracławskiej. W 1862 roku uczestniczył w zebraniu sygnatariuszy adresu Polaków do cara Aleksandra II, w którym domagali się oni przyłączenia Wołynia i Podola do Królestwa Polskiego. Głosował przeciw temu adresowi, ale po jego skierowaniu do cara, tak jak wszyscy, został osadzony w Twierdzy Pietropawłowskiej. W Warszawie był członkiem i wiceprezesem Komitetu Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, prezesem Warszawskiego Towarzystwa Muzycznego. Fundował stypendia dla artystów, jak też kościoły, ochronki, przytułki, szkoły.
Około 1880 roku Sobański Feliks przystąpił do przebudowy dworu Ogińskich. Na późnobarokowy dom nałożono tzw. kostium francuski, charakteryzujący się m.in. wysokim, łamanym dachem z wystawkami i lukarnami. Przekształcono również elewacje i dobudowano portyk z czterema parami kolumn. Tak powstały pałac jest dziś unikatowy. Podobny styl, czyli tzw. kostium francuski zastosowano w Kozienicach, ale obiekt ten w tej formie już nie istnieje. Z kolei pałac Radziwiłłów w Jadwisinie jest z okresu późniejszego, nie można go wprost z Guzowem porównywać.
Przy pałacu ściana w ścianę stoi kaplica rodzinna, do której wchodziło się wprost z domu przez specjalne przejście. Po tzw. reformie rolnej po II wojnie św. służyła ona jako kościół parafialny. Po wielu latach i bojach, została odzyskana, znów przynależy do rodziny. Sobańscy starali się o nią, ponieważ architektonicznie była zawsze częścią zespołu pałacowo-parkowego. Kaplica wróciła „na swoje miejsce”, a w jej zamian, współwłaściciele: Michał Sobański wraz z siostrą Izabelą, wystawili nowy i nowoczesny kościół dla wiernych z parafii Guzów.
Ten układ: oś, kaplica, kostium francuski, park, sprawiają, że założenie pałacowo-parkowe w Guzowie jest niepowtarzalne na Mazowszu.
Wracając do dziejów rodziny.
Syn Feliksa, Michał Sobański (1858-1934), urodził się w jednym z majątków podolskiego klucza – Wasylówka. Po śmierci ojca w 1913 roku objął schedę (dobrze sobie radząc jako gospodarz), ale przede wszystkim pozostała po nim pamięć filantropa. Fundował ochronki dla dzieci (np. na warszawskiej Woli i w Kijowie) finansował fundację „Schronienie dla Nieuleczalnych”. Roztaczał opiekę nad chorymi, osobiście ich pielęgnując. „Oboje głęboko wierzący i ściśle wedle prawideł wiary żyjący, wychowali pierwszorzędnie troje dzieci, na Bożą chwałę i chlubę rodziny” – pisała M. Sobańska we „Wspominkach nikłych” o małżonkach Michale i Ludwice z Wodzickich Sobańskich. Michał w podziękowaniu za pierworodnego syna i w intencji zdrowia żony po połogu, poszedł do Częstochowy z pielgrzymką.
To właśnie jego dopadły wichry rewolucji bolszewickiej. Utracił wszystko i przeniósł się na Mazowsze, do Guzowa.
Feliks Sobański (1890-1965), syn ww. Michała i Ludwiki z Wodzickich, ukończył historię filozofii w Belgii. Objął dobra guzowskie (majątek), zaś pałac z parkiem oraz cukrownię – jego brat Antoni (dziedzicząc po stryju Kazimierzu). W 1913 roku Feliks ożenił się z Zofią z Kwileckich (1890-1933), córką Hektora i Jadwigi z Załuskich. Ślub odbył się w Kwilczu i był wydarzeniem, ale nie finansowym, bo – jak wspominała Gabriela z Sobańskich Krasicka – oboje byli zamożni i nikt w nic „wżeniać się” nie musiał. Oprócz Guzowa, Feliksowie Sobańscy władali dobrami leśnymi Oporowo k. Kwilcza w Wielkopolsce (wiano Zofii). G. Krasicka żartowała, że w porównaniu z Podolem, „to była nędza”. Jej ojciec żył w kulcie utraconego Podola, podobnie jak jego brat Antoni, który nawet na Podole, bez wiedzy rodziny udał się śladami dziecięcych wspomnień, na Mazowszu nie czuł się najlepiej. Kontynuował jednak pracę społeczną przodków, działając w instytucji o nazwie [nomen omen] „Nędza Wyjątkowa” w klasztorze na Tamce, opiekował się fundacją dla nieuleczalnie chorych (ul. Wiejska).
Trzy córki urodziły się jeszcze w Obodówce, pozostałe dzieci już na Mazowszu.
Porównanie zamożności mazowieckiej z podolską mogło mieć sens na początku małżeństwa Sobańskich, bo potem to już była szara rzeczywistość. Rodzina liczna, a dobra guzowskie nie prosperowały najlepiej. Wpływ na to miały trzy elementy: działy rodzinne, kryzys ekonomiczny końca lat 20. i do połowy 30. oraz duże obciążenia finansowe, związane z fundacjami filantropijnymi Sobańskich. Stąd też, niestety nieudane, pomysły na szukanie nowych, alternatywnych źródeł dochodów, jak np. salon z luksusowymi samochodami czy kupno cyrku, czyli próba zarobkowania na polu rozrywki. W drugiej połowie lat 30. było lepiej, ale rozwój gospodarczy Guzowa przerwał wybuch II wojny św. Trzeba też przyznać, że atmosfera wokół ziemiaństwa nie sprzyjała. Odczuwała to czasami rodzina Sobańskich, mieszkając obok proletariackiego Żyrardowa. Miasto to rozwinęło się przemysłowo, ale już zapomniało, że pierwsze próby uprzemysłowienia należały do właścicieli Guzowa – Łubieńskich; Żyrardów nazywał się jeszcze Wolą Guzowską… Tak więc, szczególnie 1 maja zdarzało się obrzucanie kamieniami pałacu albo karety podczas przejazdu przez las. Nastroje w społeczności lokalnej (co oczywiście było wynikiem komunistycznej propagandy) nie zmieniły się do wojny. Zdaniem Gabrieli Krasickiej, „służba” była przygotowana do tego, że jak wejdą sowieci, to rodzinę właścicieli Guzowa po prostu zabiją… Bo z Podola płynęły nie tylko sentymentalne wspomnienia i kult kresowych stanic, ale przede wszystkim świadomość bezwzględnego niebezpieczeństwa ze strony sowieckiej.
Nic więc dziwnego, że jeszcze na początku wojny, małżonkowie Krasiccy przenieśli się najpierw do Warszawy, a potem do Zagórza na południe. Do Guzowa, który był w Generalnym Gubernatorstwie, a więc pod okupacją niemiecką, Krasiccy dojeżdżali. Feliksowie Sobańscy w Guzowie pozostali, ale „w towarzystwie Niemców”; w Guzowie A. Hitler świętował akt podpisania kapitulacji Warszawy...
Na początku wojny, 25 września 1939 roku zginął zięć Feliksa, Roman Chłapowski (1906-1939), aktywny w pomocy maltańskiej. A na południu, na Sądecczyźnie w konspiracji działała Natalia Lubomirska, przyszła synowa pana na Guzowie.
W czasie okupacji pomocą w majątku służył szwagier Michała Sobańskiego, Adam Sapieha. W tym okresie dochody zaczęła też przynosić cukrownia, poprawiła się sytuacja finansowa. W obawie przed nadejściem sowietów, idących na Berlin, jeszcze przed 1 sierpnia 1944 roku, część cenniejszych rzeczy wraz z dziełami sztuki, Sobańscy wywieźli do stolicy. W powstaniu wszystko przepadło. Mniejsza o rzeczy jednak, bo w powstaniu zginęły dwie córki: Teresa (1923-1944) i Elżbieta (1925-1944) Sobańskie. Ich siostra Gabriela wraz z mężem Xawerym Krasickim z Leska i córką Magdaleną w grupie 16 osób została zesłana do Krasnogorska na trzy lata.
Przez wiele lat m.in. Xawerowie Krasiccy i Ludwika (Lula) Tyszkiewiczowa byli kustoszami rodzinnej pamięci, chętnie opowiadając o dobrych, jak i złych czasach minionych:
Największe dobra Sobańskich znajdowały się na Podolu. Ale to było jeszcze przed rewolucją październikową. Mój dziadek Michał Sobański „Stary”, tak jak wielu ziemian, należał do Sodalicji Mariańskiej, był szalenie pobożny i skromny. W naszym domu mieliśmy księgę gości, którą mój ojciec rozpoczął słowami: „Bóg dał, Bóg wziął”. Ale przyjechał kiedyś Jezuita ojciec Rostworowski, bardzo miły i nowoczesny człowiek, o wielkiej charyzmie, który nawiązując do słowa wstępnego ojca, podpisał się tak: „Bóg dał, diabli wzięli, niech ich pokręci – wspominała Ludwika z Sobańskich Tyszkiewiczowa.
Czerwoni zabrali Podole, czerwoni zabrali także Guzów. W 1979 roku w pałacu Sobańskich nakręcono film „Klucznik”. Dramatyczną, a jednocześnie groteskową opowieść o końcu świata arystokracji, w którym to filmie rolę hrabiego zagrał Tadeusz Łomnicki, a „wiernego” służącego Wirgiliusz Gryń.
Cukrownia nadal działała, upaństwowiona. Potem, jak wiadomo, została zlikwidowana. Pałac niszczał i choć przykryty dachem, przez niewidoczne szczeliny woda powoli go niszczyła.
MICHAŁ I IZABELA
Są dziećmi Renaty z Łopuszańskich i zmarłego śp. Marka: Michał Sobański i Izabela – obecni gospodarze pałacu w Guzowie.
Urodzeni już grubo po wojnie, pokolenie końca PRL i początku zmian ustrojowych. Nasiąknięci rodzinną tradycją, w 1996 roku zdecydowali się wraz z rodzicami kupić od gminy Wiskitki pałac z parkiem. Upłynęło trochę lat, zanim udało się im uzyskać fundusze na początek rewaloryzacji parku i odbudowę pałacu. Środki pochodzą m.in. z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Ministerstwa Kultury. Gigantyczna praca przed nimi, ale obiekt ma potencjał. Można go będzie wykorzystać do celów hotelowych, konferencyjnych, ale i kulturalnych. Dom ma być otwarty i powinien ożywić osadę, mającą wszak duże walory historyczne.
Nie ma siły. Nawet nad Pisią i u bram „czerwonego” Żyrardowa, mit Podola będzie jeszcze długo żywy. Niemniej… gdybym miał urządzać wnętrze pałacu w Guzowie, na czołowym miejscu zawiesiłbym dwa portrety: „Róży Sybiru” z powodu wartości, jakie w sobie jej historia niesie, a obok niej – wizerunek Feliksa „Starego”, w podzięce za to, że w odpowiednim momencie przejął Guzów dla następnych pokoleń Sobańskich. W końcu są z Mazowsza…
Pytanie tylko: czy ktokolwiek w poprzednich pokoleniach przewidziałby, że nad domem w Guzowie będą przelatywały samoloty, a ich pasy startowe będą prostopadle biec w stronę obiektu zabytkowego?
Ta nowa sytuacja, związana z budową Centralnego Portu Komunikacyjnego (CPK), jest kolejnym wyzwaniem dla współwłaścicieli.
I m.in. o tym w audycji dyskutują: Michał Sobański, współwłaściciel pałacu wraz z parkiem w Guzowie oraz dr Marcin K. Schirmer, autor najnowszej publikacji Powrót ziemian. Dwory, pałace i zamki, które odzyskały dawną świetność, red. B. Manińska, Warszawa 2026. Guzów, obok Goszyc, Kopytowej, Korzkwi, Petrykoz, Sułkowic, Zarzecza, jest jednym z bohaterów książki (s. 62-115).
Lit.: M. K. Schirmer, Powrót ziemian. Dwory, pałace i zamki, które odzyskały dawną świetność, red. B. Manińska, Warszawa 2026; R. Aftanazy, Dzieje rezydencji…; T. S. Jaroszewski, W. Baraniewski, Pałace i dwory w okolicach Warszawy; P. i M. Libiccy, Dwory i pałace wiejskie na Mazowszu; A. Augustyniak, Hrabia, literat, dandys. Rzecz o Antonim Sobańskim; A. Sobański, Cywil w Berlinie; M. z Grocholskich Sobańska, Wspominki nikłe; M. Miller, Arystokracja; P. Sz. Łoś, Szkice do portretu ziemian polskich XX wieku (relacje: L. Tyszkiewicz, G. i X. Krasiccy); abp. P. Mańkowski, Pamiętniki; Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego; K. Pułaski, Kronika polskich rodów szlacheckich Podola, Wołynia i Ukrainy; A. Wrzesień („Żyroskop”), wywiad z M. Sobańskim; inf. M. Sobańskiego.
-
12.07.2026
-
58 min 40 s
-
-
Zawiszowie z Goszyc, cz. 2
TO, CO JEST
Pan domu dyskretnie podchodzi do żony i mówi: „tam już nie ma wody ani herbaty”. Za moment na stole niczego nie brakuje, zaraz ktoś korzysta, bo na zewnątrz ciepło, miejscami słońce dobrze praży. Licznie zgromadzona młodzież – z własnego wyboru! – poddaje się egzaminowi. Dwie godziny wcześniej kilku chłopaków, także uczestników konkursu, dźwigało stół pingpongowy, aby go rozstawić tuż obok wiekowych drzew, pamiętających Zofię Zawiszankę. Pomiędzy „odpytywaniem”, jest czas na spacery, na zrobienie wianka z roślin, które upiększają soczystą zieloną trawę, ale i czas na odbijanie białej piłeczki, co nam obserwującym przywołuje również własne wspomnienia.
Gdzieś nagle odnajdujemy się ze znanym tylko wirtualnie rockmanem, piszącym od czasu do czasu o mieszkańcach dworów swojego regionu. A nestorka i matka pana domu, zabawia dorosłych, nie tylko miłą i lekką rozmową, ale też opowiada o swojej tytanicznej pracy historyka (choć jest psycholingwistką) nad losami powojennymi Leny Kichler i jej podopiecznych – dzieci żydowskich, które cudem przeżyły Holocaust.
W którymś momencie przy stoliku na tarasie siada jedna z uczestniczek konkursu szkolnego. Widzę, jak uważnie słucha i wzrokiem próbuje „ogarnąć” tych kilka osób, które mogłyby być jej babkami i dziadkami. Ona musi mieć świadomość, że tych rozmów nie znajdzie w Internecie, może nawet w książkach, więc chce wykorzystać okazję, aby z pierwszych rąk czegoś się dowiedzieć. O historii domu, może o ukrywających się w nim Żydach w czasie okupacji; może o Piłsudskim, a może o poetce i emancypantce…
To nie jest dom z samymi „antykami”, choć rodzinnych pamiątek jest sporo. To dwór, w którym dawny klimat ziemiańskiej wiejskiej siedziby przeplata się z nowoczesnością i zwykłymi problemami dnia. Wszyscy patrzą z podziwem na nowy dach, który już nie przecieka. Ale też mowa jest o kolejnych potrzebnych pracach, aby zabytek, świadek historii, a zarazem dom rodzinny, miał się jak najlepiej.
Aby trafić do pokoju gościnnego, muszę przejść przez kuchnię. Na stole płatki dzikiej róży, a obok gar pełen poszarpanej do jedzenia sałaty lodowej. Pani Marta sama sałatę przygotowuje, a od wczoraj czeka pyszne ciasto, także jej rękami zrobione. Przy którymś z kolejnych moich przejść przez kuchnię, widzę ją, trzymającą w ręce plik listów. Dowiaduję się, że jest to korespondencja z okresu wojennego; ktoś bliski z rodziny pisał z oflagu… I pada pytanie, myślę, że nieco retoryczne: „co z nimi zrobić?”. Historyk, dr Stanisław Borowiak podpowiada, że można je złożyć w Muzeum Ziemiaństwa w Dobrzycy. „Rozumiem, że wziąłbyś, Stasiu, do siebie wszystko” – z żartem odpowiadam –„to wszak zacna placówka. Ale może lepszym rozwiązaniem byłoby przekazanie do archiwum.” Mówiąc to, myślałem o Narodowym Archiwum w Krakowie lub o Bibliotece Narodowej w Warszawie, bowiem w latach 2012/2013 tam właśnie został przekazany gigantyczny zbiór ponad 2000 teczek dokumentów, tekstów, listów itd., Jerzego Turowicza dziadka pana domu. To on zresztą tę spuściznę polskiej kultury pomagał dziadkowi porządkować, gdy był jego sekretarzem. Książki, poza częścią zachowaną dla siebie przez rodzinę, trafiły do Biblioteki Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II (UPJPII) w Krakowie.
Głowa moja pusta, ale w mig łapię: to zestawienie sałaty, przygotowywanie gościom kolacji, wymiana kolejnej partii naczyń w zmywarce, a zaraz potem stare listy z oflagu i opowieści rodzinne, uświadomiło mi, że to tak jak w Dańkowie u pp. Anny z Branickich i Tadeusza Wolskich. Ich współpracownik mi powiedział: „nie no, nie oszukujmy się, tu się dużo mówi o historii i wspomina się, co jest wartością samą w sobie – taki dom!”
Fotografie, nieliczne portrety, szkice, ale przede wszystkim przedmioty, których używali dawniejsi właściciele dworu, sprawiają wrażenie, że oni, choć dawno nie żyją, ciągle są tu obecni. A mieli niektórzy z nich ciekawe charaktery!
Po wymienionych faktach i nazwiskach, wielu już zapewne wie, że chodzi o Goszyce (pow. krakowski, gm. Kocmyrzów-Luborzyca). Dr Maciej Rydel, który często o Goszycach mówi, bo je lubi, ma też z nimi relacje rodzinne (jest spokrewniony z Turowiczami), uważa, że taki był polski dwór przed komuną; przenikały się w nim światy dawny i współczesny, ludzie zajmowali się bieżącym życiem, ale przeszłość była, rzecz jasna w odpowiednich proporcjach, stale obecna.
Rodzinną opowieść historyczną kończy w programie prof. dr hab. Magdalena z Turowiczów Smoczyńska, zaś o współczesności dworu w Goszycach opowiada jego współgospodarz, Michał Smoczyński, romanista, tłumacz, który dla ratowania rodzinnego dworu, razem z żoną poświęcił dotychczasowe życie zawodowe.
-
05.07.2026
-
01 godz 01 min 40 s
-
PODCASTY
Inne z tej kategorii
-
1 odcinek
-
Grać z Chickiem Corea'ą na cztery ręce. Hiromi Uehara w wywiadzie dla RDC
1 odcinek -
W cyfrowym świecie
15 odcinkówProjekt jest realizowany przy współpracy z Ministerstwem Cyfryzacji, w ramach kampanii społecznej promującej rozwój kompetencji cyfrowych oraz korzyści z cyfryzacji. Audycje prowadzone przez Piotra Pilewskiego emitowane są w Popołudniu Polskiego Radia RDC
-
Wyzwania przyszłości
173 odcinkiJak dbać o zdrowie psychiczne dzieci? Jak wspierać uczniów w kryzysie emocjonalnym w szkole, jak oswoić trudne emocje u dzieci w wieku przedszkolnym? O roli dorosłych w zapobieganiu kryzysom i rozwojowi depresji, pierwszej pomocy emocjonalnej w domu, w szkole, w środowisku lokalnym będziemy rozmawiać w każdą środę o 18.30.
CYKL PROGRAMÓW POWSTAŁ PRZY WSPÓŁPRACY Z MAZOWIECKIM KURATORIUM OŚWIATY