Wieczór RDC
Od kultury, przez naukę, po publicystykę prowadzoną z dziennikarską dociekliwością. Rozmawiamy z ciekawymi gośćmi o świecie, Mazowszu i Warszawie.
Urokliwe miejsce
To piękny, podwarszawski region, obszar Puszczy Białej, położony w dolinie dolnego Bugu, pośród sosen, wiekowych dębów oraz wzdłuż międzynarodowej trasy szybkiego ruchu S8. Nad Niegowem (gm. Zabrodzie, pow. wyszkowski) dominuje wiadukt. Ludzie naturalnie cieszą się, bo jego wybudowanie ułatwiło poruszanie się między dwiema stronami wsi. Tuż przy przystanku autobusowym znajduje się przedwojenny młyn. A zaraz potem cmentarz parafialny, na którym obok rzeszy mieszkańców tej miejscowości, pochowani są dawni właściciele tutejszego folwarku oraz znajduje się kwatera sióstr Samarytanek.
Zgromadzenie Sióstr Benedyktynek Samarytanek Krzyża Chrystusowego
Matka Wincenta (Jadwiga) Jaroszewska
W kwaterze sióstr znajduje się m.in. grób Marii Jędrzejowicz (1887-1966, c. Mariana i Ludwiki z Jędrzejowiczów), która ostatnich dni dożyła u gościnnych Samarytanek, a zaraz potem jest centralnie umieszczona mogiła m. Wincenty - Jadwigi Jaroszewskiej (1900-1937), założycielki Zgromadzenia. Jej zbyt krótkie życie naznaczone zostało najpierw wczesną utratą rodziców, a potem postanowieniem, że biednym upadłym kobietom (prostytutkom), które znała jeszcze z Piotrkowa, należy pomóc. Drugą jej troską byli chłopcy z zaburzeniami psychicznymi. Obie grupy w latach przedwojennych znalazły się poza marginesem społeczeństwa.
Matka Wincenta w zajmowaniu się prostytutkami oczywiście nie była pierwsza, bo już pod koniec XIX w. Antoni Wysłouch, lekarz wenerolog pisał, że przymusowe wciąganie dziewcząt do regestów i tworzenie tym sposobem klasy prostytutek uważam w najwyższym stopniu za niemoralne [A. Wysłouch, Ohyda wieku [w:] „Krytyka Lekarska”, Warszawa 1902, s. 7], ale problem nie zniknął, przeciwnie narastał, więc matka wzięła się do pracy. I potem ktoś zauważył, że gdy pojawiała się w szpitalu św. Łazarza (jeszcze jako założycielka stowarzyszenia, nie zakonu), kobiety te jakoś przychylnie i bez strachu traktowały jej habit, z czasem nabierając do niej zaufania. I nie bała się ludzkich głosów, że przecież osobie z dobrego domu nie godzi się wchodzić do szpitala z „tymi” kobietami.
Interesowała się już od początku swej posługi (jeszcze jako osoba świecka) nie tylko kobietami upadłymi: W latach 1933 czy 1934 w Piotrkowie szwagierka moja Jadzia, tzn. m. Wincenta, zwróciła się do mnie, aby ułatwić jej wejście na teren więzienia, ponieważ miałem wówczas możliwość służbową ułatwienia jej. Szwagierka z właściwą sobie energią, przy pomocy władz więziennych, zapoznała się z życiem więźniów, żywo interesując się ich warunkami. Przeprowadziła z niektórymi więźniami rozmowy. Jak mogłem się przekonać, w jej ówczesnych planach leżało podjęcie w swym zakonie opieki duchowej nad więźniami. [Z listu Henryka Izdebskiego, dnia 11 XI 1964 r.; Archiwum ss. Samarytanek w Niegowie, wyb. s. Margarita Brzozowska OSBSam]
To troskliwe spojrzenie na potrzebujących wykluczonych, nie przeszkadzało matce Wincencie na budynku kupionego dworu w Niegowie, który został Domem Generalnym Samarytanek, umieścić w herbie rodzinnej Zagłoby; zresztą jedna z arystokratek mówiła: Chyba mnie dość dobrze wychowano, żebym potrafiła przejść przez bagno [M. Miller, Arystokracja, Warszawa 1998, s. 7]. Idąc tym grzęzawiskiem, Wincenta pomagała jak umiała, swoją ideą zaraziła też inne siostry, a stowarzyszenie powoli przekształciła w Zgromadzenie zakonne, sięgając do reguły benedyktyńskiej. Żyła krótko, ale tym, co dane jej było przeżyć i zrobić, można by obdzielić kilka osób.
Zdążyła jeszcze około siedmiu lat pożyć w tym urokliwym miejscu, które na kredyt – bo niby skąd miała mieć pieniądze – kupiła od pań Dzierzbickich. Dom, czyli dwór w stylu renesansowej willi włoskiej plus ziemię, o łącznej powierzchni ponad 74 ha. W Niegowie utworzyła więc Dom Generalny swego zakonu, ciesząc się, że wokół jest tyle przyrody, że jest prawdziwy gazon z podjazdem, że siostry i podopieczni będą mieli swój kawałek ziemi.
Panie Józefa Dzierzbicka i jej córka Anna Wyszyńska miały roszczenia, że raty kredytu nie spływają na czas. Ale Wincenta, tak jak m. E. R. Czacka w Laskach i m. Marcelina Darowska w Szymanowie, oddawała wszystko Bogu, zawierzała. Udało się w 1942 roku; po spłaceniu rat uzyskała zaświadczenie od byłych właścicielek, że nie mają pretensji. Józefa Dzierzbicka i Anna Wyszyńska zresztą nie opuściły swojej ziemi, bo na reszcie całkiem sporego majątku, nadal gospodarowały, a piękny murowany dwór, zastąpiły skromniejszym, drewnianym; nie ma dziś po nim śladu.
Wszystko, co trwałe, ponadczasowe i ważne, w Niegowie (jak i w okolicach) jednak pozostało. Jest klasztor, są domy pomocy społecznej w typie tzw. rodzinek, jest wreszcie dziedzictwo kulturowe: dom zakonny, młyn, późno klasycystyczny kościół, jak i pamięć o postaciach z historii, o bohaterach i zwykłych ludziach. Na cmentarzu, tuż za bramą stoi kaplica grobowa ks. Floriana Gieczyńskiego (1793-1866), proboszcza niegowskiego i kompozytora, bo to taki skrawek ziemi, na której jest jak u Reja: pan, wójt i pleban.
Niegowscy dziedzice na cmentarzu
A pośród dawnych właścicieli, którzy też oddawali ziemię pod nekropolię, pochowani tam są:
- Piotr Zieliński (1813-1893), właściciel Niegowa, kolekcjoner dzieł sztuki; sfinansował podróż Ludwika Norwida (brata Cypriana) do Francji. Był świadkiem na ślubie Pauliny z Norwidów (siostry poety, Niegów 1838) i Jana Suskiego, właściciela Wólki Słopskiej.
- Stanisław Marian Starża-Dzierzbicki (1862-1920), mąż Józefy z Lewandowskich, współwłaścicielki Niegowa.
- Zosia Wilczyńska (1864-1864), córka posesora (nadzorcy) majątku niegowskiego.
- Bronisława Deskurówna (1857-1859), córka Bronisława (1835-1895), właściciela Niegowa, założyciela pobliskiego Deskurowa, powstańca styczniowego 1863, i jego żony Teresy z Bobrownickich. Bronisław Deskur był fundatorem dzwonów kościelnych w Niegowie. Nagrobek z piaskowca w stylu klasycystycznym, został odrestaurowany przez rodzinę, w czym walny udział miał kard. Andrzej Maria Deskur (1924-2011, s. Andrzeja L. i Stanisławy z Kosseckich), stryjeczny prawnuk Bronisława.
- Bracia Zielińscy: Leon (1836-1846) i Bronisław (1844-1855), synowie właściciela Wólki Słopskiej Józefa Zielińskiego (1811-1892), rodem ze znanej rodziny ze Skępego (i Józefy z Jażwińskich), sędziego pokoju okręgu radzymińskiego, fundatora dzwonnicy.
- Aleksander Ihnatowicz (1847-1882), drugi mąż Józefy Pauliny z Szyszków, dziedziczki niegowskiej, córki Pauliny z Dobrowolskich; radca stanu. Do Niegowa sprowadził się z Litwy. Nagrobek Ihnatowicza ujawnia wpływ kultury francuskiej. Jest to eklektyczna forma z klasycystycznymi elementami zdobniczymi: tablica inskrypcyjna z kartuszem, po bokach ornamenty roślinne z motywem akantu, krzyż z ciekawymi motywami roślinnymi. Nagrobek został wystawiony sumptem żony, która prosi przechodnia o anielskie pozdrowienie.
- Wojciech Orłowski (1864-1906), trzeci mąż Józefy Pauliny z Szyszków. Z początku był on administratorem dóbr niegowskich Józefy P. 1° Dobrowolskiej, 2° Ihnatowiczowej, z czasem oboje pobrali się. Nie mając potomstwa, Józefa P. Orłowska (już jako wdowa, zm. 1926) w testamencie dobra niegowskie zapisała swej dalszej krewnej, Józefie Annie z Lewandowskich (1872-1960, jej mąż Stanisław Marian Starża-Dzierzbicki 1862-1920) oraz jej dzieciom; Annie Władysławowej Wyszyńskiej (1898-1994) i Wacławowi (1896-1967). Od nich to właśnie m. Wincenta zakupiła zespół dworsko-parkowy w Niegowie.
s. Benigna – „Anioł śmierci”
Poza Niegowem, Samarytanki w Warszawie prowadziły dom, w którym poprzez opiekę i dyskretną resocjalizację warszawskie prostytutki wracały do społeczeństwa. Kolejny piękny dom – willa na tzw. Henrykowie (ob. dzielnica Białołęka) przy ul. Modlińskiej 257, był miejscem pracy s. Benigny, czyli Stanisławy Umińskiej (1901-1977), córki Antoniego i Walerii z Wiśniewskich. Była uzdolnioną, chwaloną przez Leona Schillera aktorką, rozwijającą swą karierę z sukcesem. Zaręczyła się z Janem Marcelim Żyznowskim (1889-1924), artystą malarzem, pisarzem i scenografem, który zachorował na nowotwór. Po kolejnym etapie leczenia, gdy nie mógł znieść cierpienia, w paryskim szpitalu, gdzie przebywał na kuracji, poprosił narzeczoną, aby odebrała mu życie. Ona, w stanie wzburzenia, chcąc spełnić jego wolę i uwolnić go – z miłości wszak, od cierpienia, zastrzeliła swojego oblubieńca. Proces sądowy był głośny, wyrok uniewinniający. Ona jednak nie umiała pogodzić się z moralną, negatywną oceną czynu; jej sumienie silnie protestowało. Szukała początkowo możliwości powrotu na scenę, ale czuła, że z takim obciążeniem nie będzie to możliwe. Jeszcze we Francji została przyjęta do domu ss. Benedyktynek, gdzie powoli powracała do psychicznej równowagi. Po powrocie do kraju i gdy zrozumiała, że aktorstwo już nie jest jej drogą życiową, postanowiła wstąpić do zakonu. Aleksander Zelwerowicz zapytał m. Wincentę Jaroszewską, czy nie przyjęłaby nowej adeptki do Zgromadzenia, na co uzyskał zgodę, pokierowaną zrozumieniem i wyrażoną otwartością. W ten sposób Stanisława Umińska została Samarytanką, która w sposób szczególny podjęła się pracy, ale i kontynuowała, zaczęty jeszcze we Francji rozwój duchowy. Swoje doświadczenia, zarówno te traumatyczne, jak i zawodowe, z wielką siłą i oddaniem wykorzystywała w pracy z „upadłymi kobietami” w Henrykowie przed wojną, ale i w czasie okupacji, podczas której przy Modlińskiej chroniono Żydów, a aktorzy razem z s. Benigną tworzyli teatr.
Dom w Henrykowie, dzięki wieloletnim staraniom Fundacji AVE, wraz z jego prezesem Bartłomiejem Włodkowskim, został odrestaurowany i będzie służył działaniom na polu kultury na Białołęce.
Dziedzictwo i kontynuacja
Dziedzictwem i trwającą pracą Zgromadzenia są nadal domy pomocy społecznej, w których mieszkają osoby z niepełnosprawnością intelektualną, a kolejne pokolenia sióstr wypełniają misję m. Wincenty Jaroszewskiej, która pisała: Wychowując - musimy stać się matkami duchowymi. Ale nie takimi matkami, które umieją tylko morały prawić, a same brzydzą się upośledzonymi dziećmi i kalekami, często stają się niedelikatne jak one. My musimy być matkami. Trzeba dać dziecku troszkę serca... Musimy mu zastąpić matkę... Nie tylko dać kawałek chleba, ale wczuć się w jego radości i smutki, musimy poznać jego życie! [WP 68; wyb. s. Margarita Brzozowska OSBSam).
O historii zgromadzenia Sióstr Benedyktynek Samarytanek Krzyża Chrystusowego, z uwzględnieniem posługi jego założycielki, m. Wincenty oraz dziejów Domu w Niegowie, w programie opowiadała s. Margarita Brzozowska OSBSam, w asyście m. Anuncjaty (Elwiry) Zdunek, przełożonej generalnej Zgromadzenia.
Kategorie:
OGÓLNY OPIS PODCASTU
Rody i Rodziny Mazowsza
Mamy w Polsce i na Mazowszu całą mozaikę rodzin. Są rody wielkie, możne i zasłużone, które przez wieki miały znaczenie polityczne, wsławiały się mecenatem kulturalnym i szeroką działalnością filantropijną. O wszystkich tych rodach staramy się mówić w tej audycji, najczęściej z udziałem ich członków lub z pomocą historyków.
TO, CO JEST
Pan domu dyskretnie podchodzi do żony i mówi: „tam już nie ma wody ani herbaty”. Za moment na stole niczego nie brakuje, zaraz ktoś korzysta, bo na zewnątrz ciepło, miejscami słońce dobrze praży. Licznie zgromadzona młodzież – z własnego wyboru! – poddaje się egzaminowi. Dwie godziny wcześniej kilku chłopaków, także uczestników konkursu, dźwigało stół pingpongowy, aby go rozstawić tuż obok wiekowych drzew, pamiętających Zofię Zawiszankę. Pomiędzy „odpytywaniem”, jest czas na spacery, na zrobienie wianka z roślin, które upiększają soczystą zieloną trawę, ale i czas na odbijanie białej piłeczki, co nam obserwującym przywołuje również własne wspomnienia.
Gdzieś nagle odnajdujemy się ze znanym tylko wirtualnie rockmanem, piszącym od czasu do czasu o mieszkańcach dworów swojego regionu. A nestorka i matka pana domu, zabawia dorosłych, nie tylko miłą i lekką rozmową, ale też opowiada o swojej tytanicznej pracy historyka (choć jest psycholingwistką) nad losami powojennymi Leny Kichler i jej podopiecznych – dzieci żydowskich, które cudem przeżyły Holocaust.
W którymś momencie przy stoliku na tarasie siada jedna z uczestniczek konkursu szkolnego. Widzę, jak uważnie słucha i wzrokiem próbuje „ogarnąć” tych kilka osób, które mogłyby być jej babkami i dziadkami. Ona musi mieć świadomość, że tych rozmów nie znajdzie w Internecie, może nawet w książkach, więc chce wykorzystać okazję, aby z pierwszych rąk czegoś się dowiedzieć. O historii domu, może o ukrywających się w nim Żydach w czasie okupacji; może o Piłsudskim, a może o poetce i emancypantce…
To nie jest dom z samymi „antykami”, choć rodzinnych pamiątek jest sporo. To dwór, w którym dawny klimat ziemiańskiej wiejskiej siedziby przeplata się z nowoczesnością i zwykłymi problemami dnia. Wszyscy patrzą z podziwem na nowy dach, który już nie przecieka. Ale też mowa jest o kolejnych potrzebnych pracach, aby zabytek, świadek historii, a zarazem dom rodzinny, miał się jak najlepiej.
Aby trafić do pokoju gościnnego, muszę przejść przez kuchnię. Na stole płatki dzikiej róży, a obok gar pełen poszarpanej do jedzenia sałaty lodowej. Pani Marta sama sałatę przygotowuje, a od wczoraj czeka pyszne ciasto, także jej rękami zrobione. Przy którymś z kolejnych moich przejść przez kuchnię, widzę ją, trzymającą w ręce plik listów. Dowiaduję się, że jest to korespondencja z okresu wojennego; ktoś bliski z rodziny pisał z oflagu… I pada pytanie, myślę, że nieco retoryczne: „co z nimi zrobić?”. Historyk, dr Stanisław Borowiak podpowiada, że można je złożyć w Muzeum Ziemiaństwa w Dobrzycy. „Rozumiem, że wziąłbyś, Stasiu, do siebie wszystko” – z żartem odpowiadam –„to wszak zacna placówka. Ale może lepszym rozwiązaniem byłoby przekazanie do archiwum.” Mówiąc to, myślałem o Narodowym Archiwum w Krakowie lub o Bibliotece Narodowej w Warszawie, bowiem w latach 2012/2013 tam właśnie został przekazany gigantyczny zbiór ponad 2000 teczek dokumentów, tekstów, listów itd., Jerzego Turowicza dziadka pana domu. To on zresztą tę spuściznę polskiej kultury pomagał dziadkowi porządkować, gdy był jego sekretarzem. Książki, poza częścią zachowaną dla siebie przez rodzinę, trafiły do Biblioteki Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II (UPJPII) w Krakowie.
Głowa moja pusta, ale w mig łapię: to zestawienie sałaty, przygotowywanie gościom kolacji, wymiana kolejnej partii naczyń w zmywarce, a zaraz potem stare listy z oflagu i opowieści rodzinne, uświadomiło mi, że to tak jak w Dańkowie u pp. Anny z Branickich i Tadeusza Wolskich. Ich współpracownik mi powiedział: „nie no, nie oszukujmy się, tu się dużo mówi o historii i wspomina się, co jest wartością samą w sobie – taki dom!”
Fotografie, nieliczne portrety, szkice, ale przede wszystkim przedmioty, których używali dawniejsi właściciele dworu, sprawiają wrażenie, że oni, choć dawno nie żyją, ciągle są tu obecni. A mieli niektórzy z nich ciekawe charaktery!
Po wymienionych faktach i nazwiskach, wielu już zapewne wie, że chodzi o Goszyce (pow. krakowski, gm. Kocmyrzów-Luborzyca). Dr Maciej Rydel, który często o Goszycach mówi, bo je lubi, ma też z nimi relacje rodzinne (jest spokrewniony z Turowiczami), uważa, że taki był polski dwór przed komuną; przenikały się w nim światy dawny i współczesny, ludzie zajmowali się bieżącym życiem, ale przeszłość była, rzecz jasna w odpowiednich proporcjach, stale obecna.
Rodzinną opowieść historyczną kończy w programie prof. dr hab. Magdalena z Turowiczów Smoczyńska, zaś o współczesności dworu w Goszycach opowiada jego współgospodarz, Michał Smoczyński, romanista, tłumacz, który dla ratowania rodzinnego dworu, razem z żoną poświęcił dotychczasowe życie zawodowe.
05.07.2026
01 godz 01 min 40 s
DOM DOBREJ ENERGII
„Przyjeżdżaliśmy na cmentarz i wtedy podchodziliśmy zobaczyć dwór, obchodziliśmy go na około. Ale mama stawała tyłem do domu i nie obchodziła go. Zapalała papierosa i czekała na nas... Dla niej spojrzenie na dom było zbyt bolesne. [Jednak] miała marzenie, aby odczynić to, co się stało. Żeby tu nie widzieć obcych ludzi, odzyskać dom i oddać go potomnym. ” [Magdalena Smoczyńska]
TO, CO JEST
Pan domu dyskretnie podchodzi do żony i mówi: „tam już nie ma wody ani herbaty”. Za moment na stole niczego nie brakuje, zaraz ktoś korzysta, bo na zewnątrz ciepło, miejscami słońce dobrze praży. Licznie zgromadzona młodzież – z własnego wyboru! – poddaje się egzaminowi. Dwie godziny wcześniej kilku chłopaków, także uczestników konkursu, dźwigało stół pingpongowy, aby go rozstawić tuż obok wiekowych drzew, pamiętających Zofię Zawiszankę. Pomiędzy „odpytywaniem”, jest czas na spacery, na zrobienie wianka z roślin, które upiększają soczystą zieloną trawę, ale i czas na odbijanie białej piłeczki, co nam obserwującym przywołuje również własne wspomnienia.
Gdzieś nagle odnajdujemy się ze znanym tylko wirtualnie rockmanem, piszącym od czasu do czasu o mieszkańcach dworów swojego regionu. A nestorka i matka pana domu, zabawia dorosłych, nie tylko miłą i lekką rozmową, ale też opowiada o swojej tytanicznej pracy historyka (choć jest psycholingwist&ką) nad losami powojennymi Leny Kichler i jej podopiecznych – dzieci żydowskich, które cudem przeżyły Holocaust.
W którymś momencie przy stoliku na tarasie siada jedna z uczestniczek konkursu szkolnego. Widzę, jak uważnie słucha i wzrokiem próbuje „ogarnąć” tych kilka osób, które mogłyby być jej babkami i dziadkami. Ona musi mieć świadomość, że tych rozmów nie znajdzie w Internecie, może nawet w książkach, więc chce wykorzystać okazję, aby z pierwszych rąk czegoś się dowiedzieć. O historii domu, może o ukrywających się w nim Żydach w czasie okupacji; może o Piłsudskim, a może o poetce i emancypantce…
To nie jest dom z samymi „antykami”, choć rodzinnych pamiątek jest sporo. To dwór, w którym dawny klimat ziemiańskiej wiejskiej siedziby przeplata się z nowoczesnością i zwykłymi problemami dnia. Wszyscy patrzą z podziwem na nowy dach, który już nie przecieka. Ale też mowa jest o kolejnych potrzebnych pracach, aby zabytek, świadek historii, a zarazem dom rodzinny, miał się jak najlepiej.
Aby trafić do pokoju gościnnego, muszę przejść przez kuchnię. Na stole płatki dzikiej róży, a obok gar pełen poszarpanej do jedzenia sałaty lodowej. Pani Marta sama sałatę przygotowuje, a od wczoraj czeka pyszne ciasto, także jej rękami zrobione. Przy którymś z kolejnych moich przejść przez kuchnię, widzę ją, trzymającą w ręce plik listów. Dowiaduję się, że jest to korespondencja z okresu wojennego; ktoś bliski z rodziny pisał z oflagu… I pada pytanie, myślę, że nieco retoryczne: „co z nimi zrobić?”. Historyk, dr Stanisław Borowiak podpowiada, że można je złożyć w Muzeum Ziemiaństwa w Dobrzycy. „Rozumiem, że wziąłbyś, Stasiu, do siebie wszystko” – z żartem odpowiadam –„to wszak zacna placówka. Ale może lepszym rozwiązaniem byłoby przekazanie do archiwum.” Mówiąc to, myślałem o Narodowym Archiwum w Krakowie lub o Bibliotece Narodowej w Warszawie, bowiem w latach 2012/2013 tam właśnie został przekazany gigantyczny zbiór ponad 2000 teczek dokumentów, tekstów, listów itd., Jerzego Turowicza dziadka pana domu. To on zresztą tę spuściznę polskiej kultury pomagał dziadkowi porządkować, gdy był jego sekretarzem. Książki, poza częścią zachowaną dla siebie przez rodzinę, trafiły do Biblioteki Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II (UPJPII) w Krakowie.
Głowa moja pusta, ale w mig łapię: to zestawienie sałaty, przygotowywanie gościom kolacji, wymiana kolejnej partii naczyń w zmywarce, a zaraz potem stare listy z oflagu i opowieści rodzinne, uświadomiło mi, że to tak jak w Dańkowie u pp. Anny z Branickich i Tadeusza Wolskich. Ich współpracownik mi powiedział: „nie no, nie oszukujmy się, tu się dużo mówi o historii i wspomina się, co jest wartością samą w sobie – taki dom!”
Fotografie, nieliczne portrety, szkice, ale przede wszystkim przedmioty, których używali dawniejsi właściciele dworu, sprawiają wrażenie, że oni, choć dawno nie żyją, ciągle są tu obecni. A mieli niektórzy z nich ciekawe charaktery!
Po wymienionych faktach i nazwiskach, wielu już zapewne wie, że chodzi o Goszyce (pow. krakowski, gm. Kocmyrzów-Luborzyca). Dr Maciej Rydel, który często o Goszycach mówi, bo je lubi, ma też z nimi relacje rodzinne (jest spokrewniony z Turowiczami), uważa, że taki był polski dwór przed komuną; przenikały się w nim światy dawny i współczesny, ludzie zajmowali się bieżącym życiem, ale przeszłość była, rzecz jasna w odpowiednich proporcjach, stale obecna.
TO, CO BYŁO
Porządkując genealogicznie, pomijając czasy rycerskie, od &1823& roku właścicielem dóbr Goszyce był Wojciech Jerzy Boduszyński (1768-1832), lekarz (pierwszy na ziemiach polskich zastosował wynalazek E. Jennera, szczepionkę na ospę), profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, patolog, terapeuta, farmakolog, ale i historyk medycyny. Z Marianną z Nieprskich, prócz dwóch córek, miał syna Feliksa (1808-1870), uczestnika powstania listopadowego (za co skonfiskowano mu część majątku, zwróconą później w ramach amnestii), ożenionego z Antoniną z Łopuszańskich. Józefa Maria (1842-1887), ich córka, została poślubiona Antoniemu Zawiszy (1822-1897), który w ramach kontraktu ślubnego został właścicielem majątku.
Józefa Maria z Boduszyńskich Zawiszyna urodziła dwóch synów: Artura (1861-1901), miłośnika fotografii, posiadającego własne atelier na poddaszu dworu i Augusta (1868-1888). Artur poślubił Marię z Wolskich (1863-1931), córkę Ludwika, prawnika, galicyjskiego publicysty, parlamentarzysty, działacza społecznego, znawcy literatury pięknej oraz Anieli z Pokutyńskich. Marii miastem rodzinnym był Lwów. Mieszkała najpierw w Perepelnikach, a gdy budowano nowy dwór, przebywała nadal w Szpitarach.
Naturalnie, genealogia jest okrutna, bo wszystko w niej widać i o związkach rodzinnych Wolskich z Goszycami, a pośrednio z Medyką Pawlikowskich (Aniela „Lela” z Wolskich Pawlikowska), można rozpisać się na wiele stron.
Zostając jednak przy Goszycach: osobą szczególnie znaną i zasłużoną rodem z tego domu i majątku, była córka Artura i Marii z Wolskich, Zofia Aniela (1889-1971), urodzona w Szpitarach (pow. proszowski), wcześniejszym majątku rodziców, do którego długo jeszcze tęskniła, mając za złe ojcu, że opuścili to miejsce. Wychowana przez matkę, a pośrednio przez dziadka Ludwika Wolskiego („jej szaleńczy goszycki patriotyzm pochodzi właśnie od Ludwika” – podkreśla prof. Magdalena Smoczyńska) w tradycji powstania styczniowego. Już jako nastolatka obracała się w kręgach młodzieży marzącej o suwerennej Polsce. Od 1905 roku, kiedy to – za zgodą matki – zrezygnowała z nauki w szkole średniej (maturę zdała później), działalność niepodległościowa stała się jej absolutnym priorytetem i wyborem życiowym. Z czasem dwór w Goszycach bywał magazynem „bibuły”, pewnego rodzaju centrum walki podziemnej. Majątek, sprawy osobiste, opinia niezbyt życzliwych ludzi, oceniających apodyktyczny charakter „pani na Goszycach” – nic nie mogło jej przeszkodzić w czynnościach, wspierających walkę o wolność.
Nie była Zosią w typie mickiewiczowskim. Łamała współczesne stereotypy o roli kobiety w rodzinie i społeczeństwie, emancypantka, nosiła mundur, jeździła konno po męsku, miała wokół siebie przeważnie mężczyzn – żołnierzy. Niezłomna, odważna, brawurowa. Zarazem wrażliwa, była poetką, pisarką (niezwykłe wspomnienia z pracy wywiadowczej „Poprzez fronty”, 1928, kilka powieści, poezja), miała duszę artystyczną. Jan Józef Szczepański twierdził, że nie była dobrą pisarką, a ona miała takie ambicje i źle się czuła ze świadomością, że na polu pisarskim nie zrobiła niczego ponad przeciętność.
Ciekawe, że będąc tak mocno zaangażowaną w sprawy publiczne, zrobiła studia rolnicze (UJ) i odbyła praktykę rolną w Lubelskiem, wiedząc, że kiedyś obejmie goszycki majątek. Niezachwycona tą perspektywą, przyjęła ją jako zobowiązanie i normalną kolej rzeczy. Będąc „dziedziczką” tradycyjnie chodziła na wieś robić ludziom biednym zastrzyki, gdy zaszła potrzeba, na własny koszt sprowadzała lekarza.
Będąc już mężatką nawiązała kontakt z Narodowym Związkiem Chłopskim, potem z PSL „Wyzwolenie”, redagowała m.in. pismo „Bartosz”, na wsi prowadziła niepodległościową agitację. Jak wspominała jej córka, zdarła sobie gardło, przemawiając na chłopskich wiecach. Udzielała się w różnych organizacjach, m.in. w Związku Ziemian. Mimo, że to chłopi ją wciągnęli do działalności w lokalnej organizacji ludowej, dla nich była ciągle ziemianką, szlachcianką czy obszarniczką (mimo, że sama rozparcelowała część ziemi, przeznaczając ją dziesięciu chłopom – legionistom), zaś dla ziemian – niebezpieczną rewolucjonistką. Do tego ostracyzm społeczny, gdy – bynajmniej nie z jej winy – rozpadło się jej małżeństwo z Januszem Gąsiorowskim, została sama z liczącą zaledwie rok córką Anną.
Dla pamięci historycznej goszyckiego domu najsilniejsza jest tradycja ścisłych związków Zofii Zawiszanki z Legionami i Józefem Piłsudskim. O tym najczęściej opowiada się tam gościom, do czego też zobowiązuje tablica, umieszczona na ścianie frontowej dworu. Poświęcona jest ona Zofii jako działaczce niepodległościowej (ruch strzelecki, praca wywiadowcza w Legionach, szkolenie kobiet) i przypomina pobyt siedmioosobowego patrolu Beliny w Goszycach w 1914 roku. Dekadę potem, w związku z rocznicą zatrzymania się tutaj Władysława Belina-Prażmowskiego z żołnierzami, w uroczystościach wziął udział marszałek Józef Piłsudski, bardzo ją ceniący jako legionową wywiadowczynię. Poza rocznicą i szacunkiem dla pani domu, marszałek miał też inny powód przybycia do Goszyc – był bowiem ojcem chrzestnym córki Zofii i Janusza Gąsiorowskich – Anny.
ARKA NOEGO
Tak dwór nazwali wojenni goście, co przywołuje wnuczka Zofii, p. Elżbieta Jogałła:
„Już w 1941 roku, na imieniny Zofii Kernowej, podarowano jej pięknie ilustrowany ręką
„Leli” (Anieli) i Luli Pawlikowskich album zatytułowany „Arka Noego”, zawierający wierszyki autorstwa Stefana Szumana i jego córki Grażyny, Danuty i Juliusza Wolskich, Anny i Jerzego Turowiczów, Anny Wolskiej, Ireny Bykowskiej, Józefa Zubrzyckiego. Romuald Kern, przedstawiony jako Noe, stara się opanować dom, w którym gnieździ się „każdego zwierza po parze”.
Poemat niemały, napisany ku chwale dworu Goszyckiego, w którym krewni stłoczeni jak w Arce Noego, przed potopu zalewem strasznym się schronili… Co oni tutaj wszyscy pospołu przeżyli, i też jak dokuczali swoim gospodarzom, którzy, dobrzy ludzie, nawet się nie skarżą, na przedziwne maniery swoich miłych gości, i na nigdy nie syte, wilcze ich wnętrzności – to niech potomności te księgi przekażą!”
W czasie okupacji przez goszycki dom przewinęło się wiele osób tak z rodziny, jak i obcych, zarówno z Podziemia, jak i np. uciekinierzy z Poznańskiego, popowstaniowi uchodźcy z Warszawy. Była również żydowska rodzina Aleksandrostwa Glücksmanów: Melita z córką Wandą (późniejszą Kalinowską) i synem Leopoldem. Nieżyjący już Aleksander Glücksman i Romuald Kern spotkali się po wielu latach na uroczystości 40-lecia matury. Nie była to znajomość szczególnie bliska, ale Zofia wiedziała od męża, kim są ci państwo. Dlatego odpowiedziała pozytywnie na list Melity (niezaradnej wdowy), szukającej schronienia wojennego. Rodzina ta z fałszywymi dokumentami, była oficjalnie zameldowana w Goszycach. Dalsze jej losy są dowodem na to, że ukrywanie jej (najpierw w domach dwóch dawnych legionistów, a potem w Goszycach) stanowiło ogromne zagrożenie dla goszyckich gospodarzy dworu. Jest to oddzielna opowieść o heroicznej walce o przeżycie tej rodziny. I powinna ona zakończyć się przyznaniem Zofii i Romualdowi Kernom Medalu Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata.
Z tego okresu, dwa nazwiska przykuwają uwagę: Czesław Miłosz (1911-2004) i Jan Józef Szczepański (1919-2003). Drogi ich obu skrzyżowały się w Goszycach na przełomie 1944 i 1945 roku. Przypomniała mi się sytuacja także wojenna z Kozłówki Leszków Zamoyskich, gdzie przebywali m.in. ówczesny ks. prof. Stefan Wyszyński i prof. Czesław Znamierowski. Dyskusje panów na tematy zasadnicze dla człowieka, zwłaszcza jego kondycji moralnej w obliczu okrucieństw Niemców, bywały tak ostre, że aż Jadwiga Zamoyska musiała interweniować, prosząc o zachowanie umiaru w rozmowach.
Tu podobnie: Miłosz, krytykujący decyzję o rozpoczęciu powstania warszawskiego oraz Szczepański (popierany przez goszycką młodzież, biorącą udział w Podziemiu), czynny członek AK, przedstawiciel pokolenia Kolumbów, widzący sens w walce zbrojnej, wychowany w tradycjach niepodległościowych. Ślady tej wymiany zdań (odbyła się ona ponoć podczas nocy sylwestrowej 1944/1945) mamy w twórczości J. J. Szczepańskiego („Koniec legendy”).
CIĄGŁOŚĆ Z DOBRĄ ENERGIĄ
Od 1939 roku w Goszycach przez okres wojenny mieszkali też, wspomniani wyżej Anna z Gąsiorowskich (1916-2000) i Jerzy (1912-1999) Turowiczowie. Ona, jedyna córka Zofii Zawisza-Kernowej – przewidywana na następną ziemiankę w rodzinie, miała odziedziczyć majątek. Wychowanka przez krótki czas harcerskiej szkoły Olgi Małkowskiej, a potem niepokalanek w Jazłowcu; tę drugą szkołę bardzo chwaliła, czuła się w niej dobrze. Studiowała historię na UJ, a przed wojną, tak jak Stefan i Maria Swieżawscy, z którymi się Turowiczowie przyjaźnili, działała w „Odrodzeniu” – stowarzyszeniu młodzieży katolickiej, propagującej zmiany w Kościele, które zaistnieć mogły dopiero po 1962 roku, czyli po Soborze Watykańskim II. Anna Turowiczowa została tłumaczką z języka francuskiego, tłumaczyła dzieła wybitnych teologów, filozofów, m.in. Mouniera, de Lubaca, współpracowała przy przekładzie poezji Karola Wojtyły i Czesława Miłosza (m.in. „Który skrzywdziłeś”), publikując w „Tygodniku Powszechnym”, „Znaku” i „Przekroju”.
Jerzy Turowicz zaś – dziennikarz, filozof, działacz „Odrodzenia”, po wojnie jeden z założycieli i wieloletni redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego”. Publicysta, sumienie polskiej inteligencji powojennej. Bez jego niezłomności w PRL-owskich trudnych latach i pracy dla Kościoła i Polski, nie bylibyśmy dzisiaj w tym samym miejscu; zarówno jako kraj, ale i wspólnota ludzi Kościoła powszechnego.
Zofia Kernowa, jako właścicielka, do końca nominalnie władała majątkiem. Bliższa jej jednak była aktywność społeczna, a gospodarstwem w Goszycach z powodzeniem zajmował się jej drugi mąż, Romuald Leon Kern (1881-1955), inżynier kolejnictwa, rodem z okolic Koniuszy. Goszyce, jak prawie wszystkie ziemiańskie warsztaty pracy, zostały rodzinie odebrane w ramach tzw. reformy rolnej 1944/1945. Ostatnia z majątku wyjeżdżała Anna Turowiczowa z dwiema córkami. Chwilę tę przeżyła bardzo emocjonalnie, o czym wspominała po latach: „Przyjemne to nie było, ale nie będąc bynajmniej marksistką, podzielam przekonanie, że sprawiedliwość kazała się podzielić z bezrolnymi. Natomiast nie mogłam się pogodzić z utratą domu. (...) No bo to okropne, że się ludziom zabiera ich historię, miejsce, w którym ich rodzina żyła od pokoleń.”
Z grupy ludzi, goszczonych w Goszycach w czasie wojny, zawiązały się dwa małżeństwa. Współcześnie zaś, w odkupionym od skarbu państwa dworze, mieszkają, gospodarują i przyjmują gości pp. Marta z Wolskich i Michał Smoczyńscy (Michał jest prawnukiem Zofii Kernowej, która zdążyła go jeszcze poznać w 1971 roku – umarła, gdy miał pół roku). Ich wspólnymi przodkami są Ludwik Wolski (1835-1887) i Aniela z Pokutyńskich.
Los chciał, że dla nich dom w Goszycach to nie bajka, ani spłowiała już tradycja. W obu rodzinach ten dwór, ta historia to wartość konkretna, tak jak w Dańkowie – wartość sama w sobie. Może dlatego, że nie musieli sobie od początku opowiadać, kto jest kim w familijnej układance z przeszłości. Może dzięki sile przekazu babek, dziadków i rodziców. A zapewne też z powodu szacunku do historii jako takiej, co też wynosi się z domu – stali się współczesnymi „dziedzicami” Goszyc, a z pewnością ich kustoszami.
Tak jak pochłonięta ideą niepodległości prababka Michała Smoczyńskiego, Zofia gościła w Goszycach tabuny ludzi (30 osób siadało do stołu!) w czasie wojny, tak teraz Goszyce tak samo nie ryglują drzwi. Przeciwnie, są otwarte dla wszystkich. I nie sposób nie dodać, że gdy wybuchła wojna w Ukrainie, gospodarze przenieśli się do składziku, a do swojego pokoju wstawili dodatkowe łóżka i materace, by pomieścić tam ukraińskie kobiety z dziećmi koczujące na krakowskim dworcu. Przez Goszyce przewinęło się 50 osób.
Można przypuszczać, że wiatr historii tym razem nie wymiecie prawowitych właścicieli z tego miejsca. Dzieci i wnuki są, jest więc nadzieja, granicząca z pewnością, że pałeczkę w sztafecie pokoleń kiedyś przejmą. Ciekawe, czy wnuki znają tę historię z 1990 roku, kiedy to zaczęła się „wojna na górze”, a ich pradziad usłyszał, że jeśli stłucze termometr, to i gorączka minie?
Ale miało być o Goszycach: są piękne, faktycznie gościnne, z niepowtarzalną atmosferą. Z zapachem kuchni, skrzypiącym parkietem i półkami uginającymi się od książek. Goście wojenni mówili o nich „Arka”, „azyl”, a słyszałem też, że Goszyce mają dobrą energię. Teraz już poczułem to sam, ale od zawsze o tym miejscu dobrze mówił Maciej Rydel. A Maciej na dworach się zna, on wie co mówi!
Gościem programu była prof. dr hab. Magdalena Smoczyńska, psycholingwistka, badaczka losów dzieci żydowskich, ocalonych z Holocaustu, przebywających tuż po II wojnie światowej w sierocińcach w Polsce, a następnie we Francji.
--------------
Lit. (wybór):
- K. Cybulska, „Kobiety w ruchu niepodległościowym na ziemi kieleckiej w latach 1914-1918”, „Studia Muzealno-Historyczne”, Kielce 2015, s. 86
- E. Jogałła, „Dwór w Goszycach, Zofia Zawisza-Kernowa i dzieje przyjaźni Szczepańskich i Turowiczów, „Konteksty Kultury”, nr 11, Bielsko-Biała 2024, s. 76
- M. Smoczyńska, M. Smoczyński, relacje, Goszyce 29.05.2026
- R. Graczyk: „Dom pod skrzydłami aniołów”, rozmowa z Anną Turowiczową, wdową po J. Turowiczu, „Magazyn Gazety Wyborczej”, Warszawa 23.12.1999, s. 42.
- M. Trojanowska, Życie i twórczość Anieli z Wolskich Pawlikowskiej (1901-1980), red. A. Pawlikowska, Przemyśl, s. 67, 213
- Cz. Miłosz, „Pani Anna”, „Tygodnik Powszechny”, nr 28, Kraków 2000, s. 17
- Ks. A. Boniecki, „Pani Anna”, „Tygodnik Powszechny”, nr 27, Kraków 2000, s. 5
- P. Libicki, „Dwory i pałace wiejskie w Małopolsce i na Podkarpaciu”, red. K. Raźniewska, Poznań 2012, s. 101-102
- „Dwór w Woli Więcławskiej”, „Naddłubiańskie pejzaże”, nr 34, Michałowice 2009, s. 22
- https://krakow.ipn.gov.pl/pl4/aktualnosci/51682,Malopolscy-Bohaterowie-Niepodleglosci-Zofia-Zawiszanka-1889-1971-legionistka-z-G.html
28.06.2026
01 godz 00 min 43 s
Jak mówi notatka biograficzna, Franciszek Chorin (Horain) urodził się około 1802 r na Węgrzech, w Buzad k. Arad (obecnie Rumunia). Był synem pułkownika Zygmunta Franciszka i Marianny z d. Tertoelitz. Prawdopodobnie prawdziwe węgierskie nazwisko to Horanyi. 9 maja 1824 r. uzyskał dyplom doktora medycyny i chirurgii na Uniwersytecie Fryderyka Wilhelma w Berlinie. Na uczelni zetknął się z wieloma Polakami. Rok wcześniej doktorat uzyskał znany lekarz, Wielkopolanin, Karol Marcinkowski. Około 1829/30 r. musiał się znaleźć na ziemiach polskich i tutaj poślubił Aleksandrę Turchetii, pochodzącą z mediolańskiej rodziny osiadłej w Polsce w czasach Stanisława Augusta.
Z małżeństwa tego była córka Emilia urodzona 14 marca 1831 r. w Warszawie, od 1852 r. żona Marcina Bieguńskiego, urzędnika Biura Naczelnika Powiatu Siedleckiego, i syn Aleksander.
Taki jest początek rodzinnej historii, jeśli zaczniemy ją właśnie od dr. Franciszka Chorina. Informacje te od lat zbiera Włodzimierz Bieguński, pasjonujący się dziejami różnych rodzin, choć oczywiście jego własna, jest na pierwszym miejscu. Wyniki swoich prac publikuje on w nieraz skromny sposób, ale zawsze są to interesujące opowieści. Ostatnie słowo jest nie do końca prawdziwe, bo materiały te mają solidną podbudowę naukową. Jeśli można coś skonfrontować w rodzinnym przekazie, to autor to czyni. Najważniejsze są jednak liczne dokumenty, które udało mu się zebrać. Znajdują się one w zasobach krewnych, powinowatych, ale także w państwowych archiwach. Jednym z pisarskich efektów tej mozolnej pracy genealoga i historyka, jest publikacja Doktor Franciszek Chorin i jego potomkowie, wydana w cyklu „Węgrowianie” przez Miejską Bibliotekę Publiczną im. A. Cieszkowskiego w Węgrowie. Dlaczego książka została wydana w Węgrowie? – z bardzo prostego powodu: słynny zabytek węgrowski, tzw. Dom Gdański przez jakiś czas należał do rodziny miejscowego lekarza, Franciszka Chorina. Historię tę w programie opowiada Włodzimierz Bieguński, jego praprawnuk.
------------
Włodzimierz P. Bieguński, Doktor Franciszek Chorin i jego potomkowie, red. Małgorzata Rozpara [dyr. Miejskiej Biblioteki Publicznej w Węgrowie], rec. dr Grzegorz Welik [dyr. Archiwum Państwowego w Siedlcach], wstęp dr Rafał Dmowski [dyr. Archiwum Uniwersytetu w Siedlcach], Węgrów 2021.
21.06.2026
52 min 25 s
Z Wołynia do Warszawy
Okolscy są z Wołynia. Wśród aktów urodzenia, chrztów, ślubów i zgonów na Wołyniu, a szczególnie w powiecie ostrogskim, w parafii Tajkury i sąsiednich, jest bardzo wielu przedstawicieli tej rodziny. Musieli wszyscy trzymać się razem, gdyż pojawiają się jako krewni i powinowaci w dokumentach, np. jako rodzice chrzestni.
Nas interesują ci, którzy mieszkali właśnie na terenie parafii św. Wawrzyńca w Tajkurach. Pierwszą, pewną osobą jest Adolf Okolski (1864-1914), syn Józefa. Należał on do środowiska ziemian nie jako właściciel, a dzierżawca dóbr rodziny Zwolińskich z Choniakowa (najpewniej Leona 1847-1915), którzy w dzierżawę oddali mu folwark Nowostawce. Co ciekawe, los Zwolińskich i Okolskich musiał być podobny, bo obie rodziny znalazły się potem w Warszawie, a nekrolog Zwolińskiego już nie mówi o byłym obywatelu ziemskim, ale o urzędniku kolejowym.
Dość powiedzieć, że jeszcze potomkowie Adolfa Okolskiego (Adolf, Bolesław, Antoni, Norbert i Konrad) swoje początkowe lata życia spędzili na Wołyniu. W akcie ślubu Konrada informacje te potwierdzają się, a dalej dowiadujemy się, że był on w Warszawie, mieszkał na Pradze (ul. Sprzeczna, parafia św. Floriana), a ślub zawarł w kościele św. Dzieciątka Jezus, zaś wybranką została Leokadia Eisrych, nauczycielka.
Konrad Okolski, lekarz i “głowa” rodziny
Potomków Adolfa było kilkoro (kolejne generacje dożyły naszych czasów), ale dla nas kluczową postacią jest Konrad, brat Norberta i in., syn Adolfa z Nowostawiec i Felicji z Antoszewskich.
Konrad Okolski (1884-1952) uczęszczał do szkoły średniej w Łucku, ukończył I gimnazjum w Żytomierzu (1904), po czym studiował na Wydz. Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego. Uczestniczył w strajku szkolnym, w związku z czym został usunięty z uczelni. Naukę kontynuował na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, w 1909 r. uzyskując dyplom lekarski. W okresie studiów należał do „Spójni” i PPS. W 1910 r., po zdaniu egzaminów na uniwersytecie w Moskwie, uzyskał dyplom lekarski tej uczelni.
Po ukończeniu nauki pracował jako lekarz–wolontariusz w Szpitalu Dzieciątka Jezus w Warszawie, a następnie od 1912 r. był lekarzem cementowni „Wołyń” w Zdołbunowie. Jednocześnie prowadził prywatną praktykę, prowadził też działalność oświatowo–społeczną wśród Polaków.
Podczas I wojny światowej w 1914 r. zmobilizowany do armii rosyjskiej. Kontuzjowany na początku 1915 r., leczył się w Równem i w Czernihowie. Tam zorganizował dla polskich uchodźców kuchnie, ochronki, szkołę, bibliotekę i klub. W związku z tą działalnością skierowany na front.
Po rewolucji w Rosji (1917) został prezesem Związku Wojskowych Polaków 7 Armii i garnizonu Czernihowa. Był współorganizatorem polskich oddziałów wojskowych. Zdemobilizowany, powrócił do Zdołbunowa, a w końcu 1918 r. przyjechał do Warszawy.
Wstąpił wówczas do WP. W 1919 r. zorganizował szpital wojskowy w Skierniewicach.
Zweryfikowany jako mjr lek. z 1 czerwca 1919 r. i awansowany 1 lipca 1923 r. na ppłk. lek., był komendantem Szpitala Rejonowego w Skierniewicach. W czerwcu 1927 r. przeniesiony do rezerwy.
Od 1927 r. był lekarzem Kasy Chorych w Skierniewicach i prowadził wolną praktykę w tym mieście. Jednocześnie radny miejski, przewodniczący Powiatowej Rady Szkolnej, członek zarządu PCK. W 1932 r. został dyrektorem Szpitala Dzieciątka Jezus w Warszawie i specjalistą–ginekologiem w Centralnej Przychodni Kolejowej (od 1933).
Działacz społeczny; był prezesem Zarządu Głównego Związku Lekarzy Państwa Polskiego, członkiem stałej rady Naczelnej Izby Lekarskiej, przewodniczącym koło lekarzy Obozu Zjednoczenia Narodowego, prezesem Stowarzyszenia Lekarzy Kolejowych.
Podczas kampanii 1939 r. zorganizował dodatkowy oddział chirurgiczny w Szpitalu Dzieciątka Jezus, w którym leczył rannych żołnierzy i cywilów. Po zakończeniu walk jeden z organizatorów tajnego nauczania medycyny. Aresztowany w czerwcu 1940 r. przez Niemców, był więziony na Pawiaku, po czym 15 sierpnia uwięziony w obozie koncentracyjnym w Auschwitz. W sierpniu 1941 r. wykupiony, został zwolniony. Powrócił do Warszawy. Został lekarzem kolejowym i przychodni Szpitala „Przy Skarpie”. Od 1943 r. był ordynatorem oddziału gruźliczego w szpitalu na Grochowie. Współpracował z AK. Podczas powstania warszawskiego był komendantem Szpitala Dzieciątka Jezus przy ul. Lindleya. Po kapitulacji oddziałów powstańczych (2 października 1944) zorganizował ewakuację ciężko rannych do Milanówka, Grodziska Mazowieckiego i Piastowa, a sam jako jeden z ostatnich ewakuował się 7 października.
W 1945 r. powrócił do Warszawy i przystąpił do odbudowy Szpitala Dzieciątka Jezus, obejmując stanowisko jego dyrektora. W 1948 r. usunięty z tej funkcji, w kolejnych latach pracowałjako lekarz Ubezpieczalni Społecznej i lekarz kolejowy. W 1950 r. został inspektorem Lecznictwa i członkiem Obwodowej Komisji Lekarskiej.
Zmarł 26 września 1952 r. w Warszawie. Pochowany na tamtejszym Cmentarzu Parafialnym na Powązkach w Warszawie kwat. 239.
Odznaczony złotym Krzyżem Zasługi i Medalem Niepodległości.
Źródło: https://fundacja100.pl/krzyz-i-medal-niepodleglosci/lista-odznaczonych/konrad-okolski]
Rola Konrada Okolskiego dla rodziny była pierwszorzędna. On sam i jego dom stanowiły jakby centrum familijne, utrzymywał kontakty z członkami rodu, pomagał im. Sprzyjała temu uczuciowa więź, ale i jego pozycja zawodowo-społeczna.
W 1946 roku K. Okolski był również jednym ze świadków lat wojny i okupacji niemieckiej w Warszawie, o czym mówią zachowane w IPN jego zeznania – jako świadek przesłuchiwany był w Prokuraturze Specjalnego Sądu Karnego.
Okolscy w konspiracji i powstaniu warszawskim
Okres II wojny światowej w dziejach tej rodziny zostawił liczne ślady. Mierzyła się ona z ciągłym strachem i śmiercią. Zaangażowanie w Podziemie, walka, uczestnictwo w powstaniu warszawskim 1944 r. były konsekwencją wychowania domowego i przekazywanych wartości.
Poza opisanymi działaniami w czasie wojny doktora Konrada Okolskiego, nie sposób nie wymienić jego syna, Konrada jr. (1923-1944), młodego, pełnego ideałów przedstawiciela pokolenia Kolumbów.
Zaczynał, jak wielu z jego generacji, w harcerstwie. W konspiracji “Kuba”. Urodził się w Skierniewicach, przed wojną należał do 80. Warszawskiej Drużyny Harcerskiej. W czasie okupacji był członkiem Szarych Szeregów, a następnie Grup Szturmowych. Ukończył konspiracyjną Szkołę Podchorążych Rezerwy Piechoty. Uczestniczył w wielu akcjach bojowych, m.in.: "Pod Arsenałem", "Celestynów", "Góral", "Sieczychy", "Wilanów", "Pogorzel". Odznaczony dwukrotnie Krzyżem Walecznych oraz Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari.
W powstaniu warszawskim był dowódcą plutonu "Felek" 2. kompanii "Rudy" Batalionu AK "Zośka". Podczas walk na Woli, 11 sierpnia 1944 r. otrzymał śmiertelny postrzał w głowę. Pochowany w kwaterach baonu "Zośka" na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie. Źródło: [https://www.pap.pl/aktualnosci/news%2C1607614%2Cdokumenty-i-zdjecia-por-phm-konrada-okolskiego-ps-kuba-zaprezentowano-w]
Jako lekarz ("Bakcyl" Sanitariat Okręgu Warszawskiego Armii Krajowej - Szpital Powstańczy nr 1, gmach PKO, ul. Jasna – Świętokrzyska), w powstaniu warszawskim brała udział starsza siostra “Kuby”, Halina z Okolskich Kaczorowska (1915-1960), ps. Kalina. Była lekarzem, działała w tym samym miejscu, co jej ojciec Konrad. Po wojnie, co odkryliśmy przed nagraniem audycji, jej los też nie należał do łatwych…
I wreszcie, Wanda Jadwiga Okolska (1928-2024, po mężu Woltanowska), córka Norberta Okolskiego i Leokadii z Eisrychów. Jeszcze przed powstaniem straciła w czasie wojny matkę. Pseudonim AK “Mrówka”, łączniczka, do konspiracji należała od grudnia 1943 r., zajmowała się kolportażem, przenoszeniem rzeczy i wiadomości w związku z działalnością podziemną pozostałych członków rodziny, zanosiła paczki na Pawiak. W powstaniu ranna, w wyniku gangreny, straciła nogę. W jej przypadku widać tę ogromną więź Okolskich między sobą, bowiem po wojnie opieką objął ją stryj, ww. doktor Konrad Okolski. W zrywie 1944 roku w Warszawie uczestniczył także jej brat, Zbigniew Jan Okolski (1925-2019), walcząc na Żoliborzu.
Można powiedzieć, że to tylko część szerokiej biografii rodziny Okolskich, ale tradycja w kolejnych pokoleniach pozostała, jak też i dbałość o te, pamiątki, które pozostały – ich kopie (bo są kolejne generacje, które przejmą oryginały) zostały przekazane do Muzeum Powstania Warszawskiego, o czym w programie mówi p. Maria Kaczorowska-Kamińska, córka Haliny z Okolskich i Bogdana Kaczorowskich.
19.06.2025
51 min 49 s
Ta rodzinna historia wiąże się z Podkarpaciem i Sandomierszczyzną, Wołyniem oraz Lwowem, ale także z Warszawą ze względu na powstanie warszawskie. Można jeszcze dodać Wieluń, Łowicz, Skierniewice i Pułtusk, więc jesteśmy terytorialnie w różnych częściach kraju, w tym na Mazowszu; i jest o czym mówić.
Archiwa rodzinne bywają skromne. Z różnych powodów: słabej świadomości ich wagi, braku zainteresowania, ale najczęściej ze względu na pożogi wojenne i trudne losy ich twórców. Każdy skrawek papieru, który świadczy o przeszłości domu rodzinnego, jest więc na wagę złota. Do tego zdarzają się sytuacje zwyczajne w życiu, jak przeprowadzka, skłaniające właścicieli zbiorów do ich uporządkowania.
Jak pisałem w jednym z artykułów (Spotkania z archiwami prywatnymi i historią polskich rodzin ziemiańskich. Przykłady i refleksje [w:] Ziemianie i ziemiaństwo w domowych archiwach, red. W. Kaczmarek, Dobrzyca 2024, s. 11-17), przed audycją radiową nieczęsto mam dostęp do rodzinnego archiwum swoich bohaterów, więc niektóre historie wychodzą “na jaw” w trakcie nagrania. Tak też było w przypadku p. Marii Kaczorowskiej-Kamińskiej, która przed radiowym spotkaniem w swoim domu, przygotowała archiwalne, starannie uporządkowane w pudełkach, skarby…
Kaczorowscy h. Jelita, Asnykowie, Brzezińscy
Sięgnijmy do zapisków heraldyka Adama Bonieckiego, który opisuje genealogię Kaczorowskich h. Jelita, wymieniając: Macieja, pisarza kancelarii koronnej (1646), Bartłomieja z ziemi lwowskiej (1651), Pawła, pisarza skarbu koronnego (1654), Wojciecha, miecznika owruckiego (1678), Łukasza, stolnika czernihowskiego (zm. 1702). Pisze też o głośnym lekarzu w Poznaniu, Teofilu [Wawrzyńcu] Kaczorowskim (1830-1889), ożenionym z Franciszką z Wysockich (18331888), z którą miał córkę Zofię (1856-1876), żonę… Adama Snyka (1838-1897), poety. Dała mu ona syna Włodzimierza Asnyka (1876-1901), zmarła tuż po porodzie.
Według tradycji, którą potwierdza A. Boniecki, Kacper Kaczorowski brał czynny udział w konfederacji barskiej (1768-1772). Miał on własność, być może cząstkową, w jednej ze wsi powiatu pilzneńskiego.
W I Rzeczypospolitej do 1795 roku powiat pilznieński był najbardziej na południe wysuniętym obszarem województwa sandomierskiego. Wydaje się, że to jakoś tłumaczy fakt, że po konfederacji (w której brał udział również syn Kaspra, Franciszek Antoni) Kaczorowscy znaleźli się na terenie dla siebie bezpieczniejszym, pod zaborem austriackim. Już po I rozbiorze Polski, obszar ten został podzielony na część południową (austriacką) i północną (jeszcze polską, ale de facto stanowiącą protektorat rosyjski); granicę stanowiła Wisła. Być może udało im się przenieść na południe od rzeki po tym, jak Rosjanie zaczęli ścigać konfederatów. Nie wybyli zbyt daleko, bo Kasper pełnił funkcję komornika granicznego pilznieńskiego (1779).
Kasper i Salomea ze Szczodrowskich mieli kilkoro dzieci, a dla tej opowieści ważny jest jeden z ich synów, Henryk (1825-1902), ożeniony z Anną z Kropaczków.
I tu znów ciekawostka, którą odnalazł lokalny młody historyk Konrad Wiatr, wówczas uczeń LO im. Bartosza Głowackiego w Jodłowej – poprzez siostrę Anny, Ernestynę, rodzina Kaczorowskich jest spowinowacona z Brzezińskimi, czyli z przodkami Zbigniewa Brzezińskiego (1928-2017), politologa i sowietologa, doradcy do spraw bezpieczeństwa Jimmy’ego Cartera (1977–1981), prezydenta USA.
Interesujące, iż powiązanie to prowadzi też do rodziny Korybut-Woronieckich: Ernestyna z Kropaczków (1838-1930, córka Karola i Marianny z Ostrowskich), prababka polsko-amerykańskiego polityka, wyszła za Maksymiliana Woronieckiego (ślub 1863), syna Józefa i Marianny z Piotrowskich. Według nieżyjącego już Michała Woronieckiego, badacza tej familii, jest to gałąź prawdopodobnie austriacka, choć autor, aby to sprawdzić, nie zdążył dojechać na Podkarpacie, choćby na grób rodzinny Brzezińskich w Przemyślu (gdzie leży Ernestyna), a obecnie w wyjaśnieniu tych danych pomagają już źródła internetowe, jak np. Genetaka. Pamiątką zaś tych dociekań jest list prof. Zbigniewa Brzezińskiego do M. Woronieckiego (z pomyłką w nazwisku prababki).
Porządkując: Zofia z Woronieckich (c. ww. Ernestyny z Kropaczków) była żoną Kazimierza Brzezińskiego (1866-1924), sędziego w Przemyślu; ich syn Tadeusz (1896-1990), dyplomata, ożeniony z Leonią z Romanów miał pasierba Jerzego Żylińskiego oraz trzech własnych synów: Lecha, Adama i właśnie prof. Zbigniewa Brzezińskiego.
Przeczyca z cudowną figurą Matki Bożej
Przeczycę (gm. Brzostek, pow. dębicki, woj. podkarpackie), tj. majątek ziemski, w 1889 r. kupił Henryk Kaczorowski (1825-1907), emerytowany od roku kancelista sądów powiatowych, zasłużony dla swej nowej wsi m.in. przez wybudowanie drewnianej szkoły czteroklasowej i oddaniu nauczycielowi 3 morgów ziemi, na zachętę do podjęcia pracy.
Majątek przeczycki należał do opactwa tynieckiego, potem do dóbr biskupów krakowskich, a podczas zaborów Austriacy włączyli go do tzw. funduszu religijnego, aby ostatecznie sprzedać w ręce prywatne. W historii parafii pod pierwotnym wezwaniem św. Michała Archanioła w Przeczycy mamy trzy świątynie: najstarszą drewnianą (spaloną 1657 przez wojska J. Rakoczego podczas potopu szwedzkiego), drugą również z drewna, wybudowaną w 1687 roku, istniejącą do 1907 roku oraz kościół nowy murowany, powstały w latach 1904-1906, według projektu Stanisława Majerskiego (1872-1926), uznanego architekta przemyskiego.
Stając się kolatorem miejscowego kościoła, już słynącego z kultu maryjnego – figura gotycko-renesansowa Matki Bożej Przeczyckiej z końca XV wieku, Henryk z rodziną zaangażowali się w starania o koronację obrazu, w czym wspomagali proboszczów. Odbyła się ona 15 sierpnia 1925 roku.
Czasy Włodzimierza Kaczorowskiego
W kolejnym pokoleniu (ale jeszcze wspólnie z Henrykiem), do nowej świątyni (poza stałym wsparciem finansowym) Kaczorowscy ufundowali neogotycką ławę kolatorską, a w latach następnych trzy witraże. To były już czasy Włodzimierza Kaczorowskiego (1870-1952), który majątek od ojca przejął w 1901 roku, ucząc się zrazu malarstwa (SSP), a dalej łącząc prowadzenie rolnictwa z zatrudnieniem się w innych miejscach, np. w szkole, starostwie itp. Poszerzył istniejącą szkołę do poziomu ośmioklasowego, a z wsią żył w absolutnej zgodzie, wspomagając ją na każdym kroku. W pomoc konkretnym rodzinom i osobom wiejskim włączona była mocno jego małżonka, Olga z Mikosiów.
Artystyczne zdolności Włodzimierz Kaczorowski wykorzystał przy upiększaniu kościoła, podarowując, wiszący w bocznym ołtarzu do dziś, obraz. Malarstwo nie było jego domeną pierwszą, stąd trudno go znaleźć wśród popularnych artystów, wystawiających, robiących w tym kierunku karierę. Niemniej uważa się, że znane jego prace, w tym obraz Serca Jezusowego (1930), podarowany przez autora, jest dziełem dobrym. Pozostałe to najpewniej portrety rodzinne oraz istotna w jego twórczości tematyka religijna. Gdy kraj od wschodu zajmowali bolszewicy, w 1920 oku wystawił obok dworu kapliczkę z postacią Matki Boskiej z Lourdes i napisem “nie opuszczaj nas”. Pełne zaangażowanie się rodziny w sprawy kościoła lokalnego, w którym ważne było nie tylko utrzymanie świątyni, ale też aspekt kultu maryjnego, sprawiło, iż Włodzimierz Kaczorowski został szambelanem papieskim Piusa XI.
Interesy prowadził dobrze, posiadał cegielnię, kamieniołom, udzielał się także społecznie w różnych organizacjach i samorządzie, jak też prezesował lokalnemu Związkowi Ziemian. Jego pasją była też, o czym wspomina Maria Kaczorowska-Kamińska, hodowla koni. W czasie okupacji w 1942 roku powstały silosy na paszę dla zwierząt, choć być może wiązało się to z niemieckim zarządzaniem majątkiem.
Dwór, murowany w stylu polskim (jak chce P. Libicki, przypominającym wille miejskie), a przez pracownika Narodowego Instytutu Dziedzictwa (NID) nazwany modernistycznym, powstał w 1920 roku. W nim mieszkała rodzina właściciela, ale też inni krewni, którzy traktowali to miejsce jak gniazdo rodzinne.
Anna Aldona
Warto wymienić Anne Aldonę Kaczorowską, działaczkę Narodowej Organizacji Kobiet we Lwowie, obrończynię wiary katolickiej, obyczajowości, nienaruszalności małżeństwa, religii w szkołach oraz wychowania młodzieży. Zbliżona poglądami, choć nie należąca formalnie do Narodowej Demokracji, kandydująca do samorządu lwowskiego, postrzegana jako aktywistka kobieca, dziś powiedzielibyśmy, że była feministką, ale w duchu na wskroś katolickim. Niewątpliwie, jak w całej rodzinie, przemawiał przez nią głęboki patriotyzm, czego wyrazem była zwycięska walka o upamiętnienie bitwy pod Dytiatynem w 1920 roku. Był to majątek metropolii lwowskiej, ale dzierżawiony przez jej siostrę Jadwigę z mężem Stanisławem Michniewskim. Wielkim wysiłkiem formalnym (pisma, prośby, przekonywanie), jak i organizacyjnym doprowadziła do wybudowania kaplicy oraz umieszczenia tam prochów poległych w bitwie. Innym polem jej działania stałą się troska o polskość Kresów. Przy czym, aktywność społeczna we Lwowie poprzedzona została pomocą bratu w czasie, gdy niemal sama zarządzała majątkiem w Przeczycy.
Już po II wojnie światowej, Bogdan Kaczorowski (1892-1969), dr praw, filozof (UJ), przedwojenny starosta wieluński, a na kilka lat przed 1939 rokiem – pułtuski, gdy z córką zajeżdżał do Przeczycy, z sentymentem wskazywał na balkon pokoju, w którym mieszkał, gdy chętnie i często gościł u swego stryja Włodzimierza.
O losach ojca, matki, stryjów oraz innych członków rodziny, ale też o własnym odkrywaniu nieco zakurzonej wiedzy rodzinnej o Przeczycy, w programie opowiada p. Maria Kaczorowska-Kamińska, córka ww. Bogdana i Haliny z Okolskich.
15.06.2025
58 min 26 s
Krystyna Krahelska (1914-1944), poetka, harcerka, etnografka (studentka Cezarii Baudouin de Courtenay-Ehrenkreutz-Jędrzejewiczowej), modelka do głowy warszawskiej „Syrenki”, w latach 1941-1942 napisała piosenkę „Kołysanka o zakopanej broni.” Wyraziła nią zachwyt nad faktem, że w Sosnowicy (pow. parczewski) już na początku II wojny światowej zawiązała się komórka Podziemia niepodległościowego, a Stanisław Armaciński – pracownik, bliski współpracownik Teodora Libiszowskiego, gromadzi broń. Ale nie używa jej, jak wiele band pseudopartyzanckich na Lubelszczyźnie do napadów na dwory, do celów rabunkowych, ale czeka na faktyczną walkę z okupantem niemieckim. Czeka na decyzje dowództwa i możliwości utworzenia oddziału. Stanisław Armaciński nie doczekał tej chwili, ale jego brat Bronisław walczył, będąc zastępcą komendanta włodawskiego Obwodu Armii Krajowej w Okręgu Lubelskim.
Krahelska znalazła się na Lubelszczyźnie z racji powiązań rodzinnych z tamtejszym ziemiaństwem, a dzięki temu, co zobaczyła i jak odebrała patriotyzm mieszkańców tego regionu, jej piosenka weszła do kanonicznego zbioru utworów wojennych, stałą się jedną z popularniejszych pieśni, choć występujących często pod skróconym tytułem.
Na terenie powiatu włodawskiego oraz bardziej na południowy wschód, to ziemie ordynacji zamojskiej lub tzw. alodialne, czyli będące poza ordynacją, a stanowiące własność różnych linii tej rodziny. Jednym z polityków, współpracujących od czasów jeszcze zaborów z Maurycym Zamoyskim, XV ordynatem zamojskim, był współtwórca niepodległości, Roman Dmowski. On też należał do kręgu gości, bywających w Sosnowicy u Teodora Libiszowskiego. Łączyły ich poglądy polityczne i podobny stosunek do pojęcia patriotyzmu.
W pierwszej audycji o Sosnowicy nasi goście przedstawili Libiszowskiego jako młodego gospodarza, rozwijającego rybołówstwo, a tym razem Teodor Libiszowski jako działacz społeczny, lokalny polityk oraz losy powojenne jego i potomstwa. A opowiadają: Jarosław Armaciński, prawnuk ww. Stanisława oraz Jeremi Doria-Dernałowicz, wnuk Teodora Libiszowskiego.
11.05.2025
41 min 18 s
Maj jest w polskiej historii miesiącem szczególnym. Świadczą o tym liczne daty, a wraz z nimi pamięć o wydarzeniach historycznych. Dla części społeczeństwa ważny będzie dzień 1 maja, a dla całego – 3 maja, w tym roku 234 rocznica uchwalenia Ustawy Rządowej – Konstytucji 3 Maja.
W Kościele powszechnym i polskim także istotne daty: św. Jan Paweł II (Karol Wojtyła) urodził się 18 maja 1920 roku, 13 maja 1981 roku miał miejsce zamach na papieża, a zanim objął on stolicę Piotrową, 29 maja 1967 roku został kreowany kardynałem.
Jan Paweł II zmarł 2 kwietnia 2005 roku, pogrzeb odbył się 8 kwietnia. Papież Franciszek zmarł 21 kwietnia 2025 roku. Daty może są tylko symbolem, ale pozwalają też lepiej pamiętać o osobach i wydarzeniach, nie są magią, ale czymś konkretnym.
Z Kościołem, nie tylko poprzez członkostwo w nim przez sakrament chrztu świętego, ale też dzięki kontaktom z duchownymi i hierarchami Kościoła, związana jest rodzina Swieżawskich. Prof. Stefan Swieżawski (1907-2004), historyk filozofii, autor wielu publikacji z tej dziedziny, jak np. Dzieje europejskiej filozofii klasycznej, Św. Tomasz na nowo odczytany, wydał także swoje dwutomowe wspomnienia. Przyjaźnił się z księdzem Karolem Wojtyłą, potem biskupem, kardynałem i papieżem Janem Pawłem II, będąc zrazu jego wykładowcą akademickim. Jan Paweł II od lat był nie tylko przyjacielem, ale też przewodnikiem duchownym całej rodziny Swieżawskich. Stefan Swieżawski ożeniony był z Marią ze Stadnickich z Nawojowej (1912-2004), mieli dwie córki: Helenę (1934-2019) Deskurową i Marię (1936-2010) Roqueplo.
Kiedy na antenie Polskiego Radia RDC („Radia dla Ciebie”) mówiliśmy w 2005 roku o zmarłym Janie Pawle II, wśród gości były wnuczki profesorostwa Swieżawskich: Dorota Roqueplo, Maria Deskur oraz Dominika Woźniakowska (1963-2010) – zmarła pięć lat później na chorobę nowotworową. Dn. 30 kwietnia br. przypadła 15. rocznica Jej odejścia. W związku z powyższymi datami, splotami wydarzeń, powiązaniami rodzinnymi i przyjacielskimi, w programie wyemitowaliśmy rozmowę z 2005 roku, która ukazała dzieje rodziny Swieżawskich poprzez jej bliskość z papieżem Janem Pawłem II oraz w ogóle z Kościołem powszechnym, stanowiąc też osobiste świadectwa.
01.05.2025
45 min 36 s
Tuż po II wojnie św. dwie artystki malarki – siostry Karpińskie – utworzyły w Siedlcach Miejską Szkołę Malarstwa i Przemysłu Artystycznego. Wprawdzie szkoła istniała tylko trzy lata, ale zostawiła po sobie trwały ślad w dziejach polskiej sztuki. Jej założycielki również miały swoją pozycję, a ich twórczość własna, przypomniana przez specjalistów, znajduje uznanie. Można ją oglądać m.in. na bieżącej wystawie w Muzeum Narodowym w Lublinie „Co babie do pędzla”, prezentującej twórczość polskich kobiet – artystek.
Siostry Karpińskie miały też interesującą historię rodzinną. Wprawdzie ich życie osobiste nie udało się (kochały, ale wybrańcy wcześnie zmarli), ale wcześniejsze dzieje ich rodziców i dziadków tworzą równie ciekawą opowieść rodzinną – kto wie, być może nawet wartą zekranizowania, jeśli nie w formie fabuły, to z pewnością dokumentu filmowego.
Irena (1901-1985) i Joanna (1902-1999) Karpińskie wraz z rodzicami i rodzeństwem do Siedlec, po wojennej tułaczce, przyjechały w 1920 roku. Częste zmiany miejsca zamieszkania są niemal normą w rodzinach leśników, a w tym zawodzie ich ojciec Józef (1875-1949) robił karierę, będąc m.in. uznanym pracownikiem lasów w Białej Cerkwi, w Dziembrowie u Sapiehów ze Spuszy (Grodzieńszczyzna), a potem m.in. pracując w Żerocinie (ob. Nadleśnictwo Międzyrzec), gdzie zresztą urodziła się Irena. Kulminacyjnym i stabilizującym życie rodziny było zatrudnienie w Dyrekcji Lasów Państwowych w Siedlcach.
O obu siostrach – artystkach plastyczkach, jak i o dziejach rodziny Karpińskich, zadomowionej w Siedlcach od 1920 roku, w programie mówiła dr Agnieszka Pasztor, kustosz w Muzeum Regionalnym w Siedlcach.
01.05.2025
47 min 31 s
O JANUSZU ks. RADZIWILLE I JEGO RODZINIE
Jak słusznie zauważył p. Mikołaj Radziwiłł, gdyby położyć monografię polityczną Janusza Radziwiłła (1880-1967) autorstwa prof. ucz. dr. hab. Jarosława Durki obok najnowszej książki dr Anety Aleksandry Dudy, to mamy niemal całościowy obraz tej postaci. A ponadto, to jak opisała rodzinę Radziwiłłów Autorka, jest niemal gotowym scenariuszem na serial telewizyjny, co w samo w sobie jest świetnym pomysłem.
Książka badaczki ze Słupska jest ogromna i szczegółowa. I nie jest to opowieść bajkowa, tylko opracowanie naukowe, napisane na podstawie dogłębnej analizy źródeł, w tym – jak pisze recenzent prof. dr hab. Kazimierz Karolczak – dotychczas zupełnie niewykorzystanych, zarówno gospodarczych, jak i osobistych, zwłaszcza korespondencji rodzinnej. Poznajemy więc tym razem nie polityka, a głównie ziemianina – właściciela ziemskiego, przemysłowca, ordynata, głowę rodziny, ojca, męża, ale także szwagra, bowiem wątek relacji familijnych i finansowych z domem Lubomirskich jest w tej publikacji porządnie opisany.
Ponoć w pewnym momencie krążyła anegdota u „pań z towarzystwa”, że ten Łoś to pyta o hektary, a kto by to pamiętał i wiedział, ile hektarów w majątku było. Aneta Aleksandra Duda nie pozwala sobie na takie podejście do tematu; tam, gdzie to było możliwe pod względem źródłowym, opisuje, charakteryzuje majątki, wskazując także konkretne dane liczbowe. Ale podkreśla też całą działalność społeczną, najpierw Ferdynanda Radziwiłła (1834-1926), a potem jego syna, Janusza, ostatniego ordynata ołyckiego. Opowiada też o licznych i na różne sposoby przecinających się powiązaniach Radziwiłłów nie tylko z najbliższą rodziną, ale i z wieloma dalszymi krewnymi czy domami zaprzyjaźnionymi.
Innym razem, w 2010 czy 2011 roku, do „Wiadomości Ziemiańskich”, wraz z red. Zofią Pacuską, próbowaliśmy poprawić tekst jednego z Autorów, który opisywał postać Herakliusza Sebastiana Lubomirskiego (1926-1992), wskazując na jego trudną sytuację życiową, ale bezwiednie i nie złośliwie, nie do końca prawdziwy. Miałem szczęście, bo żyła jeszcze wtedy jego pierwsza żona, Anaida Kurulanc (1927-2011), z którą wrócił z zesłania, gdzie musiał dosłownie walczyć o przetrwanie… Pani Anaida pokazała mi nóż i chleb z kieszeni męża… Zrozumiałem wówczas, jak dalece wojna niszczyła ludzi, jakie ofiary powodowała. Dwaj bracia Anny Januszowej Radziwiłłowej, a więc Hubert (1875-1939, ojciec Herakliusza) i Adam (1873-1940) Lubomirscy zginęli z rąk sowieckich na początku wojny i okupacji. Znam więc końcówkę tej tragicznej historii, zaś z książki dr Anety Aleksandry Dudy mogłem poznać wcześniejsze wydarzenia, też niełatwe, kiedy bracia Anny nie umieli poradzić sobie w życiu – co skutkowało podupadaniem majątków – a Janusz Radziwiłł szczególnie, ale i Maria Franciszkowa Zamoyska z Bortnik wspomagali braci i szwagrów, zapewniając im godziwe życie. Jest w tej historii także to, co oczywiście socjologicznie nazwalibyśmy klanowością, ale skuteczną w praktyce: najbliższym, gdy mają kłopoty, podaję się rękę. Nie tylko z pobudek rodzinnych, lecz również religijnych.
Wracając do głównego bohatera książki, wokół której toczy się opowieść i dysertacja naukowa zarazem: Janusz Radziwiłł to wielki autorytet w polityce (przy także istniejących przeciwnikach, co naturalne), w społeczeństwie polskim, w rodzinie oraz w społecznościach lokalnych – tam, gdzie były dobra ziemskie, lasy, tartaki, cukrownie; patriota, mimo potocznej nazwy tej części rodziny, czyli linii berlińskiej Radziwiłłów. Zaczęła dr Ewelina Wanke (pisząca o Ferdynandzie Radziwille), kontynuuje dr A. A. Duda – obie badaczki są zgodne co do tego, że opuszczenie Wilhelmstraße 77 i osiedlenie się w Warszawie, Nieborowie, w Ołyce czy Szpanowie pozwoliło służyć Polsce w pełni i z przekonaniem, wypływającym z poczucia polskości.
O Radziwiłłach z tzw. linii berlińskiej, w programie mówi dr Aneta Aleksandra Duda, autorka książki, Ordynat ołycki książę Janusz Radziwiłł i jego rodzina. Społeczno-ekonomiczny obraz polskiej rodziny arystokratycznej od II połowy XIX wieku do 1939 roku.
-----------------------------
Aneta Aleksandra Duda, Ordynat ołycki książę Janusz Radziwiłł i jego rodzina. Społeczno-ekonomiczny obraz polskiej rodziny arystokratycznej od II połowy XIX wieku do 1939 roku, red. Ilona Kalamon z Zespołem, recenzja wydawnicza: prof. dr hab. Kazimierz Karolczak, dr hab. prof. UK Jarosław Durka; Lublin 2024, Wydawnictwo Naukowe Episteme; ss. 1230, indeks osób, bardzo bogata Bibliografia, rysunki, tabele, wykresy, ikonografia (domena publiczna i rodzinna).
---------------------------
Audycje, poświęcone bezpośrednio i pośrednio tzw. berlińskiej linii Radziwiłłów (historia i współczesność), wejdź na tytuł, kliknij:
Postać Ferdynanda Radziwiłła, marszałka seniora Sejmu Ustawodawczego II RP
21.04.2025
45 min 30 s
Urokliwe miejsce
To piękny, podwarszawski region, obszar Puszczy Białej, położony w dolinie dolnego Bugu, pośród sosen, wiekowych dębów oraz wzdłuż międzynarodowej trasy szybkiego ruchu S8. Nad Niegowem (gm. Zabrodzie, pow. wyszkowski) dominuje wiadukt. Ludzie naturalnie cieszą się, bo jego wybudowanie ułatwiło poruszanie się między dwiema stronami wsi. Tuż przy przystanku autobusowym znajduje się przedwojenny młyn. A zaraz potem cmentarz parafialny, na którym obok rzeszy mieszkańców tej miejscowości, pochowani są dawni właściciele tutejszego folwarku oraz znajduje się kwatera sióstr Samarytanek.
Zgromadzenie Sióstr Benedyktynek Samarytanek Krzyża Chrystusowego
Matka Wincenta (Jadwiga) Jaroszewska
W kwaterze sióstr znajduje się m.in. grób Marii Jędrzejowicz (1887-1966, c. Mariana i Ludwiki z Jędrzejowiczów), która ostatnich dni dożyła u gościnnych Samarytanek, a zaraz potem jest centralnie umieszczona mogiła m. Wincenty - Jadwigi Jaroszewskiej (1900-1937), założycielki Zgromadzenia. Jej zbyt krótkie życie naznaczone zostało najpierw wczesną utratą rodziców, a potem postanowieniem, że biednym upadłym kobietom (prostytutkom), które znała jeszcze z Piotrkowa, należy pomóc. Drugą jej troską byli chłopcy z zaburzeniami psychicznymi. Obie grupy w latach przedwojennych znalazły się poza marginesem społeczeństwa.
Matka Wincenta w zajmowaniu się prostytutkami oczywiście nie była pierwsza, bo już pod koniec XIX w. Antoni Wysłouch, lekarz wenerolog pisał, że przymusowe wciąganie dziewcząt do regestów i tworzenie tym sposobem klasy prostytutek uważam w najwyższym stopniu za niemoralne [A. Wysłouch, Ohyda wieku [w:] „Krytyka Lekarska”, Warszawa 1902, s. 7], ale problem nie zniknął, przeciwnie narastał, więc matka wzięła się do pracy. I potem ktoś zauważył, że gdy pojawiała się w szpitalu św. Łazarza (jeszcze jako założycielka stowarzyszenia, nie zakonu), kobiety te jakoś przychylnie i bez strachu traktowały jej habit, z czasem nabierając do niej zaufania. I nie bała się ludzkich głosów, że przecież osobie z dobrego domu nie godzi się wchodzić do szpitala z „tymi” kobietami.
Interesowała się już od początku swej posługi (jeszcze jako osoba świecka) nie tylko kobietami upadłymi: W latach 1933 czy 1934 w Piotrkowie szwagierka moja Jadzia, tzn. m. Wincenta, zwróciła się do mnie, aby ułatwić jej wejście na teren więzienia, ponieważ miałem wówczas możliwość służbową ułatwienia jej. Szwagierka z właściwą sobie energią, przy pomocy władz więziennych, zapoznała się z życiem więźniów, żywo interesując się ich warunkami. Przeprowadziła z niektórymi więźniami rozmowy. Jak mogłem się przekonać, w jej ówczesnych planach leżało podjęcie w swym zakonie opieki duchowej nad więźniami. [Z listu Henryka Izdebskiego, dnia 11 XI 1964 r.; Archiwum ss. Samarytanek w Niegowie, wyb. s. Margarita Brzozowska OSBSam]
To troskliwe spojrzenie na potrzebujących wykluczonych, nie przeszkadzało matce Wincencie na budynku kupionego dworu w Niegowie, który został Domem Generalnym Samarytanek, umieścić w herbie rodzinnej Zagłoby; zresztą jedna z arystokratek mówiła: Chyba mnie dość dobrze wychowano, żebym potrafiła przejść przez bagno [M. Miller, Arystokracja, Warszawa 1998, s. 7]. Idąc tym grzęzawiskiem, Wincenta pomagała jak umiała, swoją ideą zaraziła też inne siostry, a stowarzyszenie powoli przekształciła w Zgromadzenie zakonne, sięgając do reguły benedyktyńskiej. Żyła krótko, ale tym, co dane jej było przeżyć i zrobić, można by obdzielić kilka osób.
Zdążyła jeszcze około siedmiu lat pożyć w tym urokliwym miejscu, które na kredyt – bo niby skąd miała mieć pieniądze – kupiła od pań Dzierzbickich. Dom, czyli dwór w stylu renesansowej willi włoskiej plus ziemię, o łącznej powierzchni ponad 74 ha. W Niegowie utworzyła więc Dom Generalny swego zakonu, ciesząc się, że wokół jest tyle przyrody, że jest prawdziwy gazon z podjazdem, że siostry i podopieczni będą mieli swój kawałek ziemi.
Panie Józefa Dzierzbicka i jej córka Anna Wyszyńska miały roszczenia, że raty kredytu nie spływają na czas. Ale Wincenta, tak jak m. E. R. Czacka w Laskach i m. Marcelina Darowska w Szymanowie, oddawała wszystko Bogu, zawierzała. Udało się w 1942 roku; po spłaceniu rat uzyskała zaświadczenie od byłych właścicielek, że nie mają pretensji. Józefa Dzierzbicka i Anna Wyszyńska zresztą nie opuściły swojej ziemi, bo na reszcie całkiem sporego majątku, nadal gospodarowały, a piękny murowany dwór, zastąpiły skromniejszym, drewnianym; nie ma dziś po nim śladu.
Wszystko, co trwałe, ponadczasowe i ważne, w Niegowie (jak i w okolicach) jednak pozostało. Jest klasztor, są domy pomocy społecznej w typie tzw. rodzinek, jest wreszcie dziedzictwo kulturowe: dom zakonny, młyn, późno klasycystyczny kościół, jak i pamięć o postaciach z historii, o bohaterach i zwykłych ludziach. Na cmentarzu, tuż za bramą stoi kaplica grobowa ks. Floriana Gieczyńskiego (1793-1866), proboszcza niegowskiego i kompozytora, bo to taki skrawek ziemi, na której jest jak u Reja: pan, wójt i pleban.
Niegowscy dziedzice na cmentarzu
A pośród dawnych właścicieli, którzy też oddawali ziemię pod nekropolię, pochowani tam są:
- Piotr Zieliński (1813-1893), właściciel Niegowa, kolekcjoner dzieł sztuki; sfinansował podróż Ludwika Norwida (brata Cypriana) do Francji. Był świadkiem na ślubie Pauliny z Norwidów (siostry poety, Niegów 1838) i Jana Suskiego, właściciela Wólki Słopskiej.
- Stanisław Marian Starża-Dzierzbicki (1862-1920), mąż Józefy z Lewandowskich, współwłaścicielki Niegowa.
- Zosia Wilczyńska (1864-1864), córka posesora (nadzorcy) majątku niegowskiego.
- Bronisława Deskurówna (1857-1859), córka Bronisława (1835-1895), właściciela Niegowa, założyciela pobliskiego Deskurowa, powstańca styczniowego 1863, i jego żony Teresy z Bobrownickich. Bronisław Deskur był fundatorem dzwonów kościelnych w Niegowie. Nagrobek z piaskowca w stylu klasycystycznym, został odrestaurowany przez rodzinę, w czym walny udział miał kard. Andrzej Maria Deskur (1924-2011, s. Andrzeja L. i Stanisławy z Kosseckich), stryjeczny prawnuk Bronisława.
- Bracia Zielińscy: Leon (1836-1846) i Bronisław (1844-1855), synowie właściciela Wólki Słopskiej Józefa Zielińskiego (1811-1892), rodem ze znanej rodziny ze Skępego (i Józefy z Jażwińskich), sędziego pokoju okręgu radzymińskiego, fundatora dzwonnicy.
- Aleksander Ihnatowicz (1847-1882), drugi mąż Józefy Pauliny z Szyszków, dziedziczki niegowskiej, córki Pauliny z Dobrowolskich; radca stanu. Do Niegowa sprowadził się z Litwy. Nagrobek Ihnatowicza ujawnia wpływ kultury francuskiej. Jest to eklektyczna forma z klasycystycznymi elementami zdobniczymi: tablica inskrypcyjna z kartuszem, po bokach ornamenty roślinne z motywem akantu, krzyż z ciekawymi motywami roślinnymi. Nagrobek został wystawiony sumptem żony, która prosi przechodnia o anielskie pozdrowienie.
- Wojciech Orłowski (1864-1906), trzeci mąż Józefy Pauliny z Szyszków. Z początku był on administratorem dóbr niegowskich Józefy P. 1° Dobrowolskiej, 2° Ihnatowiczowej, z czasem oboje pobrali się. Nie mając potomstwa, Józefa P. Orłowska (już jako wdowa, zm. 1926) w testamencie dobra niegowskie zapisała swej dalszej krewnej, Józefie Annie z Lewandowskich (1872-1960, jej mąż Stanisław Marian Starża-Dzierzbicki 1862-1920) oraz jej dzieciom; Annie Władysławowej Wyszyńskiej (1898-1994) i Wacławowi (1896-1967). Od nich to właśnie m. Wincenta zakupiła zespół dworsko-parkowy w Niegowie.
s. Benigna – „Anioł śmierci”
Poza Niegowem, Samarytanki w Warszawie prowadziły dom, w którym poprzez opiekę i dyskretną resocjalizację warszawskie prostytutki wracały do społeczeństwa. Kolejny piękny dom – willa na tzw. Henrykowie (ob. dzielnica Białołęka) przy ul. Modlińskiej 257, był miejscem pracy s. Benigny, czyli Stanisławy Umińskiej (1901-1977), córki Antoniego i Walerii z Wiśniewskich. Była uzdolnioną, chwaloną przez Leona Schillera aktorką, rozwijającą swą karierę z sukcesem. Zaręczyła się z Janem Marcelim Żyznowskim (1889-1924), artystą malarzem, pisarzem i scenografem, który zachorował na nowotwór. Po kolejnym etapie leczenia, gdy nie mógł znieść cierpienia, w paryskim szpitalu, gdzie przebywał na kuracji, poprosił narzeczoną, aby odebrała mu życie. Ona, w stanie wzburzenia, chcąc spełnić jego wolę i uwolnić go – z miłości wszak, od cierpienia, zastrzeliła swojego oblubieńca. Proces sądowy był głośny, wyrok uniewinniający. Ona jednak nie umiała pogodzić się z moralną, negatywną oceną czynu; jej sumienie silnie protestowało. Szukała początkowo możliwości powrotu na scenę, ale czuła, że z takim obciążeniem nie będzie to możliwe. Jeszcze we Francji została przyjęta do domu ss. Benedyktynek, gdzie powoli powracała do psychicznej równowagi. Po powrocie do kraju i gdy zrozumiała, że aktorstwo już nie jest jej drogą życiową, postanowiła wstąpić do zakonu. Aleksander Zelwerowicz zapytał m. Wincentę Jaroszewską, czy nie przyjęłaby nowej adeptki do Zgromadzenia, na co uzyskał zgodę, pokierowaną zrozumieniem i wyrażoną otwartością. W ten sposób Stanisława Umińska została Samarytanką, która w sposób szczególny podjęła się pracy, ale i kontynuowała, zaczęty jeszcze we Francji rozwój duchowy. Swoje doświadczenia, zarówno te traumatyczne, jak i zawodowe, z wielką siłą i oddaniem wykorzystywała w pracy z „upadłymi kobietami” w Henrykowie przed wojną, ale i w czasie okupacji, podczas której przy Modlińskiej chroniono Żydów, a aktorzy razem z s. Benigną tworzyli teatr.
Dom w Henrykowie, dzięki wieloletnim staraniom Fundacji AVE, wraz z jego prezesem Bartłomiejem Włodkowskim, został odrestaurowany i będzie służył działaniom na polu kultury na Białołęce.
Dziedzictwo i kontynuacja
Dziedzictwem i trwającą pracą Zgromadzenia są nadal domy pomocy społecznej, w których mieszkają osoby z niepełnosprawnością intelektualną, a kolejne pokolenia sióstr wypełniają misję m. Wincenty Jaroszewskiej, która pisała: Wychowując - musimy stać się matkami duchowymi. Ale nie takimi matkami, które umieją tylko morały prawić, a same brzydzą się upośledzonymi dziećmi i kalekami, często stają się niedelikatne jak one. My musimy być matkami. Trzeba dać dziecku troszkę serca... Musimy mu zastąpić matkę... Nie tylko dać kawałek chleba, ale wczuć się w jego radości i smutki, musimy poznać jego życie! [WP 68; wyb. s. Margarita Brzozowska OSBSam).
O historii zgromadzenia Sióstr Benedyktynek Samarytanek Krzyża Chrystusowego, z uwzględnieniem posługi jego założycielki, m. Wincenty oraz dziejów Domu w Niegowie, w programie opowiadała s. Margarita Brzozowska OSBSam, w asyście m. Anuncjaty (Elwiry) Zdunek, przełożonej generalnej Zgromadzenia.
20.04.2025
52 min 04 s
PODCASTY
Od kultury, przez naukę, po publicystykę prowadzoną z dziennikarską dociekliwością. Rozmawiamy z ciekawymi gośćmi o świecie, Mazowszu i Warszawie.
Dziennikarz Mateusz Szymkowiak spotyka się w audycji z ludźmi, którzy odnieśli w życiu sukces. Z tymi, którzy w biznesie, nauce czy przemysłach kreatywnych, nie mają w Polsce równych.
Wakacje na Mazowszu – czyli jak spędzić czas w naszym regionie w czasie wakacji. Polecamy miejsca znane i nieznane, zapraszamy do udziału w wydarzeniach i odkrywamy sekrety województwa mazowieckiego
Kobiecy wieczór RDC to czas na ważne, pogłębione rozmowy o poszukiwaniu wartości, o relacjach ze sobą i światem. To pełne ciepła spotkania w obszarze psychologii, socjologii, zdrowia i szeroko pojętej kultury.